sobota, 30 sierpnia 2014

Afryka Trek. Od Przylądka Dobrej Nadziei do Kilimandżaro.

Cześć!
Dzisiaj przedstawię Wam recenzję ciekawej książki podróżniczej :)




    Tytuł: ,,Afryka Trek. Od Przylądka Dobrej Nadziei do
              Kilimandżaro"
   Autorzy: Sonia i Alexandre Poussin
   Rok wydania: 2011
   Okładka: miękka ze skrzydełkami
   Ilość stron: 495









       Młode małżeństwo postanawia przejść na piechotę Afrykę od najdalej wysuniętego punktu w RPA - Przylądka Dobrej Nadziei do Jerozolimy. Francuzi starają się odtworzyć drogę najstarszych niegdyś żyjących plemion. Sonia i Alexandre rozpoczynają swoją wędrówkę od pełnej sprzeczności Republiki Południowej Afryki. Systematycznie maszerują przez zakazane ścieżki tego kraju. Śpią u Afrykanów, często w przerażających warunkach. Europejczycy mają wiele przygód, m.in. spotykają pingwiny, nurkują - oglądając z bliska rekiny, jeżdżą na strusiach. Z zaciekawieniem wysłuchują lokalnych opowieści, przyglądają się tubylcom i ich kulturze. Kolejnym państwem przez które dzielnie wędrują podróżnicy jest Lesotho. Mieszkańcy serdecznie witają Francuzów, pokazują im kopalnię diamentów, jednocześnie podziwiając odwagę małżeństwa. Następnymi afrykańskimi krajami wzdłuż których przemieszczają się bohaterowie są: Zimbabwe, Mozambik, Malawi. Uczestnicy wyprawy podziwiają piękne krajobrazy, jednakże ze smutkiem przypatrują się nędzy popularnej wśród plemion. Piesza wycieczka staje się niebezpieczna nie tylko ze względu na groźne i uzbrojone bandy morderców, ale również poprzez znane choroby. Wkraczając na teren Tanzanii, Francuzi uciekają przed lwami, jednocześnie doznając ataków malarii. 7 tysięczny kilometr wędrówki - a zarazem połowa podróży następuje podczas zdobywania najwyższego szczytu Afryki: Kilimandżaro. 

      Sonia i Alexandre ufają mieszkańcom wiosek i miast. Z przerażeniem dowiadują się o kolejnych morderstwach wśród tubylców czy turystów, jednak nie przerywają swojego celu - jakim jest Jerozolima i maszerują dalej. Małżeństwo poznaje Afrykę prawdziwą: kolorową, dziką i biedną. Wędrowcy mają niewielki tobołek, żywność otrzymują od spotkanych osób. Autor ze smutkiem opisuje sytuację na tym kontynencie. Po zniesieniu apartheidu, społeczeństwo nie poradziło sobie z nowym systemem. Kraje przestały się rozwijać, biali mieszkańcy są systematycznie przepędzani - mimo, iż to oni wkładają w budżet państwa najwięcej pieniędzy. Problem współczesnej Afryki leży przede wszystkim w rządach. Prezydenci stają się milionerami, zabierają tubylcom wszystkie dobra, namawiając ich równocześnie do czynienia zła - wyganiania europejczyków czy wycinania wszystkich roślin nie pochodzących z Czarnego Lądu. 
        Alexandre Poussin krytykuje również mentalność plemion. Są one leniwe, wolą żyć w nędzy - nic nie robiąc i czekając na pomoc międzynarodową. Niewielu rdzennych Afrykanów chce rozwijać się poprzez pracę czy naukę. Ważniejsze są dla nich tradycje, które często stają się przyczyną wielu niepowodzeń. Lekcje o przenoszeniu chorób zakaźnych nie dają większych efektów. Chorzy są hospitalizowani dzięki bezinteresownym jednostkom spoza kontynentu. Izolowani, osłabieni mieszkańcy muszą czasem po wypróżnieniu się - zatkać jedynie specjalny korek w ziemi. Niestety, większości nie chce się go nawet dotykać, z czego cieszą się insekty (szczególnie muchy tse tse).
        Autor zwraca uwagę na niedorzeczność pomocy międzynarodowej. Pieniądze pozostają głównie w organizacjach bądź trafiają do głów rządzących państwami, którzy pomnażają swoje majątki. Społeczeństwo przyzwyczaiło się do pomocy z zewnątrz i wykorzystuje przysyłany prowiant do usprawiedliwiania swojego lenistwa. Szczególnie ważnym przykładem jest Zanzibar - modna ostatnio wyspa wśród europejskich elit. 150 lat temu zabijano na niej niewolników lub sprzedawano ich za niewielkie pieniądze poza granice kraju. Dzisiaj biura turystyczne oferują chętnym jednostkom wycieczki do Tanzanii, gdzie zadowoleni wycieczkowicze opalają się na afrykańskiej plaży, nie wiedząc nawet o jej historii. Przerażająca jest również sytuacja w Aruszy, gdzie znajduje się Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy. Miasto to odwiedza mnóstwo pracowników wymiaru sprawiedliwości, nie przejmując się swoim zadaniem osądzania kryminalistów. Bogacze zyskują coraz więcej pieniędzy z puli międzynarodowej, mają zapewnioną najbardziej luksusową opiekę medyczną, wyśmiewają się ze zbrodniarzy, bowiem dzięki nim pomnażają swoje majątki. Działalność Trybunału została przedłużona na kolejne lata, do tego czasu europejscy wybrańcy otrzymają 2 mld euro do swojej kieszeni, systematycznie odkładając osądzenie winnych. Szkoda, że pomoc międzynarodowa jest jedynie biznesem, w którym cierpią najbiedniejsi.
         Francuz jest pozytywnie zdziwiony pracą kościoła na terenach Afryki. Misjonarze i siostry zakonne bezinteresownie pomagają mieszkańcom. Ich celem jest przekazanie wiary, którą tubylcy mogą zrozumieć, nawet jeśli należy zmienić kolor skóry Jezusa... na czarny. Faktycznie szacunek należy się osobom duchownym, bowiem angażują się oni przede wszystkim w potrzebne prace: budują studnie, szkoły, szpitale, kształcą swoich następców do poprawnych działań - mających na celu odbudowę Afryki. Wielu z nich ginie podczas epidemii, oddają swoje życia na obcym lądzie dla bliźnich. 
        Alexandre miewa chwile zwątpienia w cel trasy, jednak niemiłe zdarzenia są zacierane poprzez radosne spotkania z przypadkowymi ludźmi, dzięki którym małżeństwo może przeżyć. Francuzi mają szansę poznać kontynent od środka, reżyserują wiele filmów ukazujących prawdziwą kulturę plemion. Mężczyzna bardzo często opisuje zachowanie swojej dzielnej żony, która nigdy się nie skarży, zawsze dumnie znosi wszystkie niedogodności - przemierzając Afrykę w jednej spódnicy. Przyznam, że książka zawiera mnóstwo ciekawostek, dlatego lekturę czytałam ponad tydzień czasu, pomału ją sobie dawkując. Moja wiedza o Czarnym Lądzie nigdy dotąd nie była tak obszerna. Żałuję tylko, że dzieło Poussin nie obfituje w więcej zdjęć, gdyż uwielbiam lektury zawierające mnóstwo fotografii. Moja ocena pierwszego tomu podróżników to 8/10. Na pewno zaopatrzę się w kolejną część przygód odważnych Francuzów.

Książka bierze udział w wyzwaniu  Odkrywamy białe plamy.

Życzę wszystkim miłego weekendu, ja dzisiaj wybieram się do Wrocławia na koncerty WROCK for Freedom 2014 :)

środa, 27 sierpnia 2014

Wycieczkowo 19 - Łeba

Witajcie!
      To już prawie tydzień minął odkąd wróciłam z Łeby. To straszne, że czas tak szybko mija :( Pogodę miałam w kratkę, jednak cieszę się, że nie było upałów, bo nie lubię leżeć plackiem na plaży. Z radością spacerowałam zatem ulicami miasteczka czy uczęszczałam na statek, gdzie odbywało się karaoke, a kolega z powodzeniem śpiewając udawał żubra. Do domku mojej przyjaciółki przyjechało również sympatyczne młode małżeństwo, które rozbawiało nas wielokrotnie do łez - przy okazji serwując nam o każdej godzinie obfite posiłki.
       Przyznam, że rozleniwiłam się nad morzem aż do przesady. Wylegiwałam się w łóżku do południa, co normalnie w domu nigdy mi się nie zdarza. Byłam również na dwóch imprezach, chociaż nie przepadam za klubami. Uczestnicy Warsaw Shore zachęcili nas jednak skutecznie do pozowania na ściankach, a przystojny Ptyś okazał się być mega miłym chłopakiem :) Jeszcze raz dziękuję Ewelince za zaproszenie do Łeby, to były niezapomniane wakacje! 

Przejdę teraz do mojej fotorelacji :)

Pierwszego dnia przyjazdu od razu pomaszerowałyśmy na plażę. Najpierw odpoczywałyśmy na kamieniach, a następnie udałyśmy się na molo.





Wieczorem odwiedziłyśmy wszystkie zakątki rynku. Wrażenie zrobiła na mnie alejka z odbitymi rękami wszystkich prezydentów oraz słynna ławeczka Radia Zet.


Następnego dnia, korzystając z uroków ładnej pogody, wybrałyśmy się na ruchome wydmy. 



Przemieszczające się przez cały rok piaski są niewątpliwą atrakcją turystyczną. Podróżnicy mogą przyjrzeć się dokładnie pustynnemu krajobrazowi. Serdecznie polecam to piękne miejsce!






Kolejnego popołudnia namówiłam przyjaciółkę do zwiedzenia portu jachtowego, a już chwilę później rozmarzone spacerowałyśmy brzegiem plaży.






Pod koniec tygodnia słońce schowało się za chmurami i nie chciało nam już dłużej świecić. Dlatego też zaplanowałyśmy wyprawę do największego w Polsce naturalnego labiryntu 3D. Należało w jak najszybszym czasie zdobyć 5 baz i dojść do mety. Oczywiście zdarzyło mi się zabłądzić :)





Przez cały wyjazd towarzyszyło nam wiele zwierzątek. Nieopodal naszego domku swój przystanek miał cyrk. A tuż przy wale często spotykałam zaprzyjaźnioną kozę i bociana :D



W Łebie byłam już 4 raz i mam nadzieję, że nie ostatni. Kocham klimat tego miasta! W ubiegłych latach odwiedziłam także największy w Polsce Park Dinozaurów, Domek Do Góry Nogami oraz przeżyłam szaloną lecz niebezpieczną przygodę na statku Kasieńka II :) Byliście kiedyś w Łebie?

czwartek, 21 sierpnia 2014

Co nas kręci, co nas podnieca

Siema!
Dzisiaj przedstawię Wam recenzję kolejnego filmu Allena. Ostatnio mam chęć na oglądanie jego produkcji :)




   Tytuł: ,,Co nas kręci, co nas podnieca"
   Reżyser: Woody Allen
   Rok produkcji: 2009
   Czas trwania: 1.32 h
   Gatunek: komedia obyczajowa










Fabuła:
      20 letnia Melody ucieka z domu do miasta swoich marzeń - Nowego Jorku. Dziewczyna nie ma co jeść, ani gdzie mieszkać, na szczęście na swojej drodze spotyka staruszka Borisa, który uważa się za geniusza. Mężczyzna początkowo niechętnie pomaga Melody; obawia się, że naiwna kobieta mogłaby zniszczyć swoje życie poprzez nierozważne decyzje. Tymczasem, dzięki marudnemu dziwakowi, dziewczyna zaczyna doceniać najmniejsze dary od losu, powoli zakochuje się w swoim dobroczyńcy. Rok później rodzice Melody odnajdują córkę. Od tego momentu poukładany rozkład dnia Melody i Borisa traci na znaczeniu. Czy intryga Marietty powiedzie się? Jakie zamiary wobec głównej bohaterki ma przystojny aktor Randy? Dlaczego John nie był nigdy szczęśliwy? Odpowiedzi znajdziecie w ,,Whatever works"!

       Komedia przeznaczona jest głównie dla fanów Woody'ego Allena. Reżyser w swojej produkcji wyśmiewa wiele stereotypów. Boris przemawia do kamery - wprost do serc ukrytych widzów. Przekaz filmu jest prosty: radość przyjdzie do ludzi sama, nie warto jej szukać, bo w zasadzie szczęście zależy od wielu niespodziewanych przypadków. 
      Produkcja nie jest długa, ale trochę przegadana o prawdach egzystencji. Wiele tekstów głównego bohatera rozśmieszyło mnie. Słuchając Borisa, widziałam Allena, który zazwyczaj gra podobne postaci. Podobał mi się podkład muzyczny pojawiający się w tle oraz widoki Nowego Jorku. Nie rozumiem jednak polskich dystrybutorów... Jak można było przetłumaczyć tytuł ,,Whatever works" na ,,Co nas kręci, co nas podnieca"?!
      Dobór obsady oceniam pozytywnie. Larry David jako Boris przypadł mi do gustu. Jego ironiczne teksty były znakomite, jestem pod wrażeniem kreacji jaką stworzył aktor. Podobały mi się również role dwóch pań. Młodziutka Evan Rachel Wood, która zagrała Melody - idealnie odzwierciedliła postać pięknej aczkolwiek głupiutkiej blondynki. Natomiast Patricia Clarkson - wcielająca się w Mariettę, szczerze mnie zachwyciła. Aktorka fantastycznie przedstawiła barwną osobowość mamy Melody, z zachwytem spoglądałam na niesamowite sceny z jej udziałem. Wyróżnić pragnę także Henry'ego Cavilla, który wykreował Randy'ego. Przystojny mężczyzna bezbłędnie zdemaskował słabości Melody. Film spodobał mi się, jednak inne produkcje Allena bardziej przypadły mi do gustu. Moja ocena to 6.5/10.  

P.S. Dzisiaj wróciłam do domu, postaram się na dniach odwiedzić Wasze blogi a także przedstawić fotorelację z Łeby i wrażenia z koncertu Justina Timberlake'a <3

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Wieczni chłopcy

Siemanko!
Ostatnio będąc we Wrocławiu u mojej kumpeli Kasi, postanowiłyśmy dla poprawy humoru zobaczyć jakąś śmieszną komedię. Na portalu filmowym, pojawiła się rekomendacja francuskiej komedii, więc szybko ją włączyłyśmy. 





    Tytuł: ,,Wieczni chłopcy"
    Reżyser: Anthony Marciano
    Gatunek: komedia
    Czas trwania: 1.35 h
    Rok produkcji: 2013









Fabuła:
      Thomas, który jest piosenkarzem - amatorem, marzy o byciu sławnym muzykiem. Podczas prezentacji swojej nowej piosenki poznaje Lolę. Mężczyzna zakochuje się w dziewczynie i chce ją poślubić. Plany uporządkowanego życia kończą się niepowodzeniami, kiedy główny bohater poznaje swojego przyszłego teścia. Gilbert namawia zięcia do niekończących się imprez oraz kontynuacji kariery wokalnej. Czy związek Thomasa i Loli ma szansę przetrwać? Jak Gilbert zareaguje na romans swojej żony? Odpowiedzi na te pytania pojawią się w ,,Wiecznych chłopcach".

      Do obejrzenia filmu zachęcił nas przekonujący trailer, w którym pojawiło się nawiązanie do śmiesznych komedii z Louisem De Funes. Jestem fanką tego francuskiego aktora, więc nie wahałam się ani chwili, kiedy zobaczyłam owo porównanie. 
      Produkcja zdecydowanie mnie rozczarowała. Niestety, humor ,,Wiecznych chłopców" nie przypadł mi do gustu, bardzo rzadko śmiałyśmy się z Kasią. Podobał mi się podkład muzyczny, wpadał w ucho. Aktorzy zagrali na miarę swoich możliwości, moim zdaniem - to naiwny temat produkcji jest niewypałem. Fabuła była do samego końca przewidywalna, dosyć nudna, brakowało szybkiego tempa akcji. 
     Max Boublil poprawnie wcielił się w Thomasa Brennera - niezdecydowanego narzeczonego, który zaprzyjaźnił się ze swoim żywiołowym teściem. Alain Chabat w roli Gilberta wypadł przekonująco. Bezrobotny mężczyzna wymyślił sobie nowe życie - pełne imprez i młodych kobiet. Mélanie Bernier jako piękna Lola wykreowała postać inteligentnej dziewczyny, jednak jej pozorna wierność mogła być tylko zwykłą zmyłką. Sandrine Kiberlain, która zagrała Suzzanne - rozpoznałam z innej komedii ,,Mikołajek", gdzie aktorka wystąpiła w roli nauczycieli małego chłopca. Aktorka nie przekonała mnie do siebie postacią matki Loli - była zbyt mdła, aż przezroczysta. 
       Dzieła Marciano raczej nikomu nie polecam, chociaż zdaję sobie sprawę, że każdy widz ma inny gust. Moja filmowa ocena to 3/10. Z ciekawości zapytam.. jakie są wasze ulubione francuskie produkcje?  

Tymczasem ja się pakuję, jadę dzisiaj nad morze :) Dziękuję Ewelince za zaproszenie <3 Mam nadzieję, że nie będzie dużo deszczu... Wracam w przyszłym tygodniu :)

piątek, 8 sierpnia 2014

Grace. Księżna Monako

Siema!
Dzisiaj czas na recenzję wygranej ostatnio przeze mnie biografii Grace Kelly. Lektura jest moją 14 niespodzianką od filmweb.pl. Innymi prezentami otrzymanymi w wyniku pozytywnie rozpatrzonych odpowiedzi konkursowych były m.in. filmy, książki, koszulki czy kieliszki. Polecam Wam próbować szczęścia na tym portalu :)




  Tytuł: ,,Grace. Księżna Monako"
  Autor: Joanna Spencer
  Okładka: twarda
  Ilość stron: 286
  Rok wydania: 2014









       Dziennikarka pragnąca zachować anonimowość, przyjmuje pseudonim ,,Joanna Spencer" i opisuje życie księżnej Monako na podstawie wspomnień własnych oraz znajomych i rodziny Grace Kelly. 
         Autorka zachwyca się postacią znanej aktorki. Podczas czytania lektury, można zauważyć jej prawdziwe uwielbienie dotyczące historycznej osoby. Korespondentka krytykuje natomiast księcia Rainera III, obwinia go o brak zaangażowania w swoim małżeństwie. 
        Książka została pięknie wydana. Cechuje ją gruba czcionka i krótkie rozdziały. Świetnym pomysłem było umieszczenie w środku egzemplarza kilku czarno - białych zdjęć artystki. Język lektury jest prosty, dzieło Joanny Spencer czyta się bardzo szybko.
         ,,Grace. Księżna Monako" zawiera szczegółowy opis dziejów aktorki od jej urodzin aż do tragicznej śmierci. Na kolejnych stronicach dowiadujemy się, że kobietę od dzieciństwa fascynował teatr. Za zgodą rodziców, Grace przeprowadziła się do Nowego Jorku i tam uczęszczała na wymarzone lekcje, zdobywała mnóstwo nagród za najlepsze wyniki w nauce. Otrzymanie Oscara - otworzyło jej drogę do Hollywood. Artystka postanowiła jednak zrezygnować z dalszej kariery i zdecydowała się na ślub z księciem Monako - Rainerem III. Początkowo nie była lubianą damą na dworze królewskim, jednak po długim czasie, Grace zyskała sympatię mieszkańców. Księżna otworzyła wiele organizacji charytatywnych, pomagała ludziom ubogim, starym, samotnym. Kobieta urodziła 3 dzieci: Karolinę, Alberta i Stefanię. Jednakże, dawna gwiazda Hollywood tęskniła za swoją ojczyzną, teatrem, czuła się bardzo samotna. Kiedy podjęła decyzję o wróceniu do studia filmowego, niespodziewanie zginęła w wypadku samochodowym.
       Ciężko jest ocenić życiorys księżnej. Na pewno zapisała się w historii nie tylko Monako, ale i całego świata - na zawsze jako dobra władczyni. Mnóstwo osób oczarowanych karierą Grace, obwinia jej męża za to, że nie interesował się on żoną, przez co pierwsza dama była ciągle smutna. Warto jednak podkreślić, że aktorka miała w swojej młodości mnóstwo kochanków, zazwyczaj starszych od siebie o 20 - 30 lat. Na ślub z Rainerem była już gotowa po pierwszym z nim spotkaniu - zaaranżowanym przez dziennikarzy. Nikt jej nie zmusił do zawarcia związku małżeńskiego, wybór życia w Monako należał wyłącznie do Grace. Dopiero, kiedy dzieci aktorki zaczynały dorastać, księżna zrozumiała, że mieszkanie w pałacu wcale nie gwarantuje bajecznego życia. Ciekawostką jest to, że ojciec aktorki był miliarderem, a dwaj stryjkowie pracowali w branży teatralnej, więc zdaniem wielu osób - artystka nie powinna narzekać, bo jej prowadziła idealne życie, będące dla większości społeczeństwa jedynie marzeniem. 
        Książka jest świetną propozycją dla fanów księżnej, którzy z lektury dowiedzą się wielu nowych ciekawostek dotyczących klanu Kellych. Moim zdaniem ,,Grace. Księżna Monako" powinna się spodobać jednak przede wszystkim - osobom rozpoczynającym dopiero zgłębianie tajemnic aktorki. Bez wątpienia, tę historyczną postać powinien znać każdy pomimo tego, że w rankingach popularności w Hollywood, Grace zawsze oddawała pierwsze miejsca Marylin Monroe, a w kategorii Pierwszych Dam to Diana Spencer cieszyła się większym zainteresowaniem wśród obywateli.
         Życie dzieci Grace Kelly jest także bardzo poplątane. Karolina i Stefania prędko wyszły za mąż, a jeszcze szybciej się rozwiodły. Książę Albert poślubił o 20 lat młodszą pływaczkę - Charlenę, która wydaje się być z tego powodu bardzo nieszczęśliwa. Zapewne nie taką przyszłość wymarzyła dla swoich najbliższych oscarowa aktorka. Moja ocena książki 9/10.

środa, 6 sierpnia 2014

Podróżnik WC

Cześć!
Tematem mojej dzisiejszej notki będzie książka z mojej ulubionej podróżniczej serii ;)




    Tytuł: ,,Podróżnik WC"
    Autor: Wojciech Cejrowski
    Okładka: twarda
    Rok wydania: 2010
    Ilość stron: 256









      Pierwsza edycja ,,Podróżnika WC" została wydana już w 1997 r. w nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy. Cejrowski początkowo zaniechał pisania kolejnych tomów swoich przygód, jednak gdy zobaczył, że jego dzieła sprzedawane są na allegro nawet za 200 zł, postanowił poprawić dawne zapiski i dopracować je, co do najmniejszych szczegółów. Kiedy uznał, że lektura została zmodyfikowana perfekcyjnie, zgodził się na drugie wydanie ,,Podróżnika WC", aby zapobiegać zawyżonym cenom książek krążących w Internecie.
     Dzieło dziennikarza przeczytałam bardzo szybko. Cejrowski zabawia odbiorców humorystycznym językiem przyprawionym często odrobiną sarkazmu. Rozdziały są krótkie, a na prawie każdej stronie książki - czytelnik może przyjrzeć się pięknym zdjęciom zrobionym przez podróżnika.
       Lektura jest zbiorem różnych przygód znanego socjologa. Mężczyzna opisuje głównie historie, których doświadczył w młodości w Ameryce Północnej i Południowej. Cejrowski przedstawia wiele ciekawostek związanych z jego podróżowaniem w odległe zakątki m.in. do Meksyku czy USA. Nie brakuje także osobistych przemyśleń autora na wiele tematów związanych z religią czy polityką. Większość tekstów bawi do łez, np. wątek z pukaniem Jehowych do drzwi. 
      Dziennikarz dzieli się z czytelnikami swoimi spostrzeżeniami na temat zagranicznych wyjazdów: poucza jak porozumiewać się z tubylcami, w jaki sposób spakować bagaż, dlaczego warto znać języki obce. Cejrowski ciepło wspomina swoich dziadków; nie skarży się na brak jednego płuca, które zostało mu wycięte w wieku 5 lat, lecz odważnie smakuje każdy dzień swojego życia. Zbiór wątków nie jest uporządkowany, jednakże książka wcale nie traci na tym swojego uroku. Co prawda ,,Podróżnik WC" nie nie wydaje mi się być tak znakomitym dziełem jak ,,Gringo wśród dzikich plemion", aczkolwiek propozycję Cejrowskiego uważam za bardzo wartościową i zachęcam do jej przeczytania. Zapewniam, że z autorem nie można się nudzić! Moja ocena to 9/10.

Lektura bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi II oraz Odkrywamy białe plamy.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wycieczkowo 18 - Trzebnica

Siemanko!
Dzisiaj tematem notki będzie fotorelacja z wycieczki. W lipcu udałam się z moją kumpelą Kasią do pobliskiej Trzebnicy. Malownicza miejscowość skradła nasze serca, byłyśmy zachwycone pięknym i zadbanym miasteczkiem.

O 8 rano wsiadłyśmy z Katarzyną do szynobusa we Wrocławiu i za niecałą godzinę maszerowałyśmy już ulicami Trzebnicy, trzymając w rękach przewodniki turystyczne zdobyte na Międzynarodowych Targach Turystycznych w lutym. Dzięki nim dowiedzieliśmy się o miasteczku wielu ciekawostek, m.in. że zdobyło ono prawa miejskie w XIII w.


Naszą wycieczkę rozpoczęłyśmy od rynku. Najpierw podziwiałyśmy ratusz pochodzący z 1886 r., pod którym usytuowano herb miasta.



Przy wschodniej stronie ratusza znajduje się replika pręgierza. Stał on na rynku trzebnickim aż do XVIII. Pod nim karano przestępców. Do pręgierza przywiązywano skazanego i wymierzano mu np. karę chłosty bądź publicznie ośmieszano. Obok pomnika można wypatrzeć fontannę z napisem ,,Czas ucieka, wieczność czeka", a tuż za nią na ścianie widnieje hasło burmistrza gminy: ,,Ratusz to serce miasta, niech to serce odtąd bije bardzo mocno". 



Symbolem miejscowości są mruczące zwierzątka ze względu na bliskość Gór Trzebnickich - nazywanych potocznie Kocimi Górami. 


Nam udało się znaleźć Kociogórka i Lubuszkę...


oraz Aquariusa.


Kolejny ciekawy pomnik poświęcony został Żołnierzom II Armii Wojska Polskiego. 


Patronką miasta jest św. Jadwiga Śl., która żyła bardzo pobożnie. Żona księcia Henryka Brodatego znana jest ze swojej odwagi. Aby upodobnić się do ludu, księżna chodziła boso. W Trzebnicy na każdym kroku widać nawiązania do opiekunki miasteczka. Najważniejszym miejscem jest Bazylika św. Jadwigi Śl. i św. Bartłomieja, uznana przez prezydenta za Pomnik Historii.


Międzynarodowe Sanktuarium Św. Jadwigi Śląskiej jest powodem wielu pielgrzymek do Trzebnicy. Księżna poprosiła męża o datki na wybudowanie opactwa. Tuż po wejściu do świątyni, turyści otrzymują zestaw słuchawkowy. Chętni poznają historię zabytku  - przyznaję bardzo interesującą, bowiem dowiedziałam się wielu ciekawostek z życia świętej. 


Patronka miasta - u jej stóp siedzi żebrak, którego Jadwiga karmi chlebem.


Niestety, duża część kościoła była w remoncie. Najbardziej spodobała mi się jednak kaplica św. Jadwigi Śl. - pierwsza budowla stworzona w Polsce w stylu gotyckim!


Najważniejszym miejscem w sanktuarium jest grobowiec księżnej Jadwigi.


Po opuszczeniu świątyni, udałyśmy się z Kasią na Małą Ścieżkę Św. Jadwigi Śląskiej.




Kolejnym celem naszej wycieczki było zdobycie Winnej Góry (Kociej Góry) - 219 m.n.p.m., która prezentowała się następująco: 


Dotarłyśmy na szczyt bardzo szybko :) 


Podziwiałyśmy ze zbocza piękne widoki ^^




Tuż po zejściu z małej góry, skierowałyśmy się do Lasu Bukowego. Po drodze minęłyśmy Rotundę Pięciu Stawów - budowlę pochodzącą z XVIII w. To tutaj prowadziła swoją działalność charytatywną księżna, następnie zabytek traktowany był jako miejsce odosobnienia w czasie wojny 30 - letniej. 



Szybkim marszem doszłyśmy z Kasią do pięknego Lasu Bukowego przez który prowadzi niestety rozsypująca się ze starości Droga Krzyżowa.





W lesie ukryty został także kościół pw. Czternastu Świętych Wspomożycieli. 



Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Grota Matki Bożej z Lourdes z 1927 r.


Jestem pozytywnie zaskoczona Stawami Trzebnickimi i ścieżkami znajdującymi się nieopodal nich.





I pamiętaj czytelniku.. Jesteś boski! :)