poniedziałek, 28 grudnia 2015

Denko 30 - listopad

Hej!
Nadszedł już najwyższy czas na zaległe listopadowe denko kosmetyczne :)





1. Farba do włosów Garnier Color Naturals nr 7 - blond
Cena ok 15 zł. Niestety, miałam już spore odrosty, a na co miesięcznego fryzjera mnie nie stać, więc dobrałam wg pudełka podobny kolor włosów jaki miałam. Efekt? Brązowo - zielona barwa, która mnie dobiła. Myślałam, że może się spłucze, ale... nie. 

Czy kupię ponownie? Nie


2. Szampon koloryzujący Schwarzkopf Palette nr 317 orzechowy blond
Cena ok 15 zł. Czułam się niekomfortowo z poprzednim, strasznym kolorem, więc włożyłam do koszyka kolejne opakowanie - tym razem koloryzujący szampon, którego trwałość to 24 mycia. W końcu otrzymałam zgodny z obietnicami producenta kolor. Miałam go ok. 2 tyg i byłam zadowolona, bo nie spłukał się zbyt szybko, czego się bałam. Farba pięknie pachniała dzięki zawartemu w składzie olejku arganowemu. To bezpieczny produkt, który nie dostarcza żadnych przykrych niespodzianek, polecam.

Czy kupię ponownie? Tak





3. Szampon Natei naturals do włosów normalnych i przetłuszczających się - świeżość i witalność (winogrono i trawa cytrynowa)

 
Cena ok 4 zł. (Biedronka). Produkt miał ładny zapach, dobrze się pienił, był wydajny, ale miałam wrażenie, że włosy po jego używaniu szybciej się przetłuszczały i plątały.





Czy kupię ponownie? Nie






4. Krem do rąk Anida - witamina A + E (glicerynowo - cytrynowy)


Cena - ok. 4 zł. Kosmetyk wykonał swoje zadania poprawnie: natłuszczał dłonie i dostarczał im witamin, do tego bardzo tani.

                                 Czy kupię ponownie? Tak

5. Nawilżający krem do rąk z olejkiem macadamia - nawilża, wygładza. Skóra normalna i sucha.
Cena ok. 4 zł.  Świetny kremik! Doskonale nawadniał moje dłonie, pięknie pachniał i był tani. Sprawdził się bez zarzutu.




 Czy kupię ponownie? Tak


6. Pasta do zębów Colgate Max White One
Cena ok. 8 zł. Pasta porządnie się pieniła, niestety żadnych najmniejszych oznak wybielenia nie zauważyłam.
Czy kupię ponownie? Nie 

7. Olejek rycynowy Phyto Pharm
Cena ok. 6 zł. Stosowałam go na włosy, które zdecydowanie się wzmocniły i pięknie błyszczały! Jak dla mnie to świetny, tani produkt.
Czy kupię ponownie? Tak

8. Olejek dream k-lotion
Cena ok 10 zł. Rewelacyjny kosmetyk, cudownie pachniał! Włosy zostały doskonale odżywione i wspaniale lśniły. Szkoda, że mała ampułka wystarczyła tylko na 2 domowe spa.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

9. Krem regenerujący na dzień i na noc z wyciągiem z nagietka Yves Rocher
Cena ok. 20 zł. Produkt zawierał naturalne składniki jak: wyciąg z nagietka z upraw ekologicznych, woda z hamamelisu i olejek eteryczny z sezamu z ekologicznych upraw, olejek słonecznikowy, olejek z soi, olejek z rzepaku, olejek z pestek winogron, wyciąg z aphloi. Wszystko super pięknie, krem nie uczulał, nie powodował pryszczy, ale był tak bardzo tłusty, że aż przesada. Mogłam go stosować tylko na noc, bo świeciłam się jak choinka! Męczyłam go chyba z pół roku.
Czy kupię ponownie? Nie

10. Szczoteczki do zębów 1 + 1 Colgate
Cena ok 10 zł. Zużyły się tak dosyć szybko.

Czy kupię ponownie? Nie wiem
11. Lakier do paznokci Simple Beauty
Kosmetyk wygrałam, charakteryzował się pięknym śliwkowym kolorem. Był w miarę trwały, szybko schnął.
Czy kupię ponownie? Tak

12. Maszynki do golenia Red Lady 44 (5 sztuk)
Cena ok. 4 zł. Dobrze wspominam te maszynki, o dziwo nie stępiły się prędko. 
Czy kupię ponownie? Tak


13. Puder w kamieniu 2true Smooth Matte Pressed Powder
Kosmetyk dostałam od koleżanki z Anglii. Bardzo mi przypadł do gustu. Nie uczulił, nie podrażnił, był pomocnikiem matowienia twarzy.
Czy kupię ponownie? Tak

14. Chusteczki odświeżające 15 sztuk Go Pure - 15 sztuk
Cena opakowania x3 ok. 5 zł. Chusteczki pachniały wiśniami, ale trochę zbyt mocno. Nosiłam je w torebce i wycierałam zanieczyszczone dłonie, czasem służyły do zmycia makijażu.
Czy kupię ponownie? Nie

15. Płatki do demakijażu Carea - 120 sztuk
Cena ok. 3 zł. To moje ulubione płatki, które nigdy mi się nie znudzą. Mięciutkie w dotyku, nie rozwarstwiają się.
Czy kupię ponownie? Tak

16. Próbka kremu Hot Pink BB Skin79
3 funkcyjny krem BB dla cery poszarzałej, tłustej, przebarwionej. Daje naturalne, pudrowe wykończenie makijażu. Kosmetyk ogólnie wspominam dobrze, doskonale krył, ale mocno świeciła mi się po nim twarz.
Czy kupię ponownie? Nie

Niestety w listopadzie nie zaoszczędziłam nic. Na kosmetyki wydałam ok. 140 zł. Ciekawe jak mi pójdzie w grudniu. Ciekawa jestem, czy znacie coś z mojego denka?

Ogólnie ostatnio mam niewiele czasu, ciągle coś się dzieje i z blogiem mi nie po drodze. Mam nadzieję, że niedługo odzyskam dawną wenę oraz chęci i prędko powrócę do Was. Pozdrawiam!! :)

wtorek, 1 grudnia 2015

Papierowe miasta

Siemano! Hmm, no i nastał grudzień. Nie lubię tego miesiąca, bowiem zbliżają się moje urodziny i kolejne straszne bożonarodzeniowe święta - wszak magia radości już dawno gdzieś zniknęła. Mam nadzieję, że w grudniu będę bardziej aktywna w blogosferze, ostatnio nie miałam siły i chęci ani weny na pisanie ;/
Dzisiejszym tematem dnia post książkowo-filmowy.





    Tytuł: ,,Papierowe miasta"
    Autor: John Green
    Okładka: miękka
    Ilość stron: 400
    Rok wydania: 2010








Fabuła:
          Quentin jest nieśmiałym nastolatkiem, który niedługo skończy szkołę. Chłopiec ma 2 przyjaciół, na których może polegać i wyluzowanych rodziców - zawsze wspierających syna. Niestety, główny bohater od dzieciństwa kocha swoją koleżankę z sąsiedztwa, jednak dziewczyna nie odwzajemnia jego uczuć. Niespodziewanie, Margo zakrada się do Quentina w nocy i zaprasza go na szaloną wyprawę po mieście. Nastolatek jest bardzo szczęśliwy i już planuje wspólną przyszłość z miłością życia, jednak okazuje się, że jego obiekt uczuć nagle znika. Dziewczyna ucieka z domu i zostawia Quentinowi kilka wskazówek, które mają mu pomóc odnaleźć sąsiadkę. Czy Quentin zdoła rozwiązać tajemnicze zagadki? Czym tak naprawdę są papierowe miasta? Jaka jest prawdziwa Margo?

           Do tej pory przeczytałam 3 książki Greena. ,,Gwiazd naszych wina" nie skradła mojego serca, ,,W śnieżną noc" i ,,Will Grayson, Will Grayson" podobały mi się jeszcze mniej. Jak było z ,,Papierowymi miastami"?
           Przyznam, że do lektury przekonały mnie pozytywne recenzje egzemplarza na blogach oraz szum wokół ekranizacji. Zachęcona postanowiłam dać szansę kolejnej książce Greena. Mogę stwierdzić, że żałuję zmarnowanego czasu, już dawno nie czytałam takiego badziewia!
           ,,Papierowe miasta" rozpoczęły się nudą, po 100 stronach dalej nic się nie działo, wręcz przeciwnie tempo akcji nawet spowalniało. Kartkowałam lekturę dalej, zero napięcia, same bzdury. Odłożyłam powieść, aby wrócić do niej po kilku tygodniach z większym zapałem. Niestety, z każdą kolejną stroną było coraz gorzej, główni bohaterowie szalenie mnie denerwowali. Margo - rozpuszczona nastolatka, która miała w życiu chyba za dobrze, postanowiła szukać siebie na drugim końcu kraju, ale okazało się, że tam też nie odnalazła własnego ja. Quentin z klapkami na oczach myślał, że kochał sąsiadkę do szaleństwa, okazało się, że wcale jej nie znał, a wielbił jedynie wyobrażenie o niej. Tak więc przegapił najważniejsze wydarzenie w swoim dotychczasowym życiu, aby jechać setki kilometrów na północ i potrzymać  ukochaną przez chwilę za rękę. Margo - indywidualność, chodząca własnymi drogami, miała wszystkich gdzieś, liczyła się jedynie ona sama, typowy pępek świata. Quentin - szkolny sztywniak szukał swojej miłości analizując ślady, jakie pozostawiła mu koleżanka. Czy na płycie w gramofonie są jakies tropy? A może nastolatka ułożyła okruszki chleba w pewien symbol? Wszak Margo podczas ostatniej ucieczki zestawiła płatki w śniadaniowej misce w kształt literki i wszyscy mieli się domyśleć, do którego miasta wyruszyła. Takiego szajsu w książce jest więcej. Dziewczyna nie szanowała swoich bliskich, dla mnie była zwykła wariatką bądź pozerką z idiotycznymi pomysłami - jak np. zakradanie się do domu/aut znajomych i wrzucanie im ryb! Quentin był na każde jej skinienie jak mały piesek! Żal...
             Im dalej w głąb książki, tym więcej było bredni. Przez większość powieści główny bohater szukał w Internecie bądź w pobliskich miejscach tropu zaginionej. Margo ciągle mówiła o papierowych miastach, nienawidziła ich. Okazało się, że wkręciła sobie tylko, że Orlando jest nijakie, końcowe wnioski doprowadziły ją do ważnych refleksji... to nie miasta są papierowe, lecz ludzie :D Takich pseudointelektualnych nonsensów było mnóstwo. 
             Myślę, że Green oszukuje swoich fanów, wciskając im do rąk prawdziwe gnioty i przekonując, że są one naładowane metaforami, prawdami o życiu, mądrościami (tam gdzie ich nie ma). Szukając przenośni w treściach, można je przecież znaleźć wszędzie, nawet w instrukcji obsługi gaśnicy. Chętnie przytoczę kilka cytatów ze wspaniałej książki dla młodzieży. Zdania tego typu naprawdę budziły moją irytację: ,, No i twoja mama. Stary, widziałem jak cię całowała w policzek dziś rano i daruj mi, ale przysięgam na Boga, pomyślałem sobie: Rany, chciałbym być na miejscu Q. A do tego chciałbym, żeby moje policzki miały penisy" czy ,,Lepiej, żebyś zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że masz u siebie jedenaście nagich króliś, domagających się tego Wyjątkowego Uczucia, które może im dać wyłącznie Wielki Tatko Ben" bądź ,,Zatrąb, jeśli jedziesz na bal z najprawdziwszą królisią Lacey Pemberton! Trąb, dziecino, trąb!" itd, itp. Serio owe zwroty kogoś śmieszą? Naprawdę taki płytki język jest dzisiaj modny wśród nastolatków?
            W książce podobały mi się jedynie postaci drugoplanowe: przyjaciele Quentina: Ben i Radar. Lektura przypomniała mi jak ważni są bliscy kumple. Nie można ich jednak zmieniać, należy zaakceptować z wszystkimi zaletami i wadami, a wówczas, zawsze można na nich liczyć, nawet w najbardziej awaryjnych sytuacjach. Niestety, cała pozostała treść powieści mnie zawiodła. Ciapowaty, zaślepiony Quentin, sfochana panienka Margo i bzdurne sytuacje typu: Becca podczas imprezy w swoim domu obraziła Lacey, a ta zamiast opuścić chałupę, postanowiła resztę wieczoru przesiedzieć w wannie u wstrętnej koleżanki rozpaczając nad swoim beznadziejnym życiem. Niestety, książka robi z mózgu wodę, nie polecam. Moja ocena: 3/10.

Lektura bierze udział w wyzwaniu: CZYTAM ZEKRANIZOWANE POWIEŚCI

Z ciekawości postanowiłam sprawdzić, czy głośna ekranizacja może być faktycznie lepsza od powieści.





   Tytuł: ,,Papierowe miasta"
   Reżyseria: Jake Schreier
   Czas trwania: 1.49 h
   Rok produkcji: 2015
   Gatunek: Romans (serio???!!) wg mnie: Obyczajowy








          Fabuła - jak w lekturze Greena. Nie mniej jednak film zdecydowanie bardziej mi się podobał. Spędziłam z produkcją miłe chwile, byłam zaskoczona jak z płytkiej książki można wybrać najlepsze momenty i przedstawić je w ciekawszym ujęciu. Wiele fragmentów pominięto, mnóstwo informacji pozmieniano, pozostał ogólny zarys historii.
            Filmowi bohaterowie w zasadzie przypadli mi do gustu. Nat Wollf jako Quentin zagrał doskonale, to już nie był ten sam chłopiec co jego książkowy pierwowzór. Quentin miał w sobie iskrę, nie widziałam w nim papierowego ciamajdy. Cara Delevinge w roli Margo sprawdziła się zadowalająco - była tajemniczą postacią bez zbędnego patosu i poczucia wyższości (np. rozmawiała z siostrą, a w lekturze Greena nawet nie chciała dzwonić do rodziny). Austin Abrams (Ben) i Justice Smith (Radar) wcielili się w kolegów Quentina poprawnie, śmieszyły mnie ich żarty oraz zabawne zachowania. W ekranizacji oddano głosy także postaciom dziewczęcym - Halston Sage (Lacey) i Jaz Sinclair (Angela) dodały produkcji pozytywnej energii. Ciekawostką jest fakt, że Nat Wollf zagrał Isaaca w ,,Gwiazd naszych wina", a Ansel Elgort - Gus z poprzedniej adaptacji książki Greena przedstawił w ,,Papierowych miastach" epizodyczną rolę kasjera.
         Podczas seansu nie nudziło mi się, z zachwytem przyglądałam się pięknym krajobrazom, słuchałam doskonałej muzyki. Moim zdaniem, zakończenie przekształcono w sposób idealny, minimalnie się wzruszyłam. Film jest lekki i przyjemny, to świetna alternatywa na niedzielne, leniwe popołudnie. Ciepła opowieść o dorastaniu spodoba się zapewne nie tylko młodzieży. Rzadko zdarza się, aby ekranizacja wyzwoliła we mnie więcej emocji od książki. Moja ocena 7/10.






































































































































































































poniedziałek, 16 listopada 2015

Tanzania

Siemanko!
Dzisiaj recenzja następnej lektury polskiej podróżniczki




   Tytuł: ,,Tanzania" (mini seria ,,Kobieta na krańcu świata")
   Autor: Martyna Wojciechowska
   Okładka: miękka
   Ilość stron: 126
   Rok wydania: 2012









         Wojciechowska w swojej kolejnej książce zabrała czytelników do Tanzanii. To kraj pełen kontrastów. Afrykańskie państwo (obok Kostaryki) dba o ochronę środowiska najbardziej na świecie! Społeczeństwo pilnuje, aby ciągle powstawały nowe parki narodowe, które zajmują już 25 % całego terytorium. Mieszkańcy wierzą, że natura będzie w przyszłości cenniejsza od złota czy ropy naftowej. Tanzania posiada najpiękniejsze cuda przyrodnicze: jezioro Wiktorii (najdłuższe na kuli ziemskiej), jezioro Tanganikę, najwyższy afrykański szczyt: Kilimandżaro (przynoszący rocznie 6 mln. dolarów zysku), Ngorongoro (wulkan wygasły 250 tys. lat temu), Zanzibar (wyspę korzenną) i fantastyczne rezerwaty przyrody, po których biegają dzikie zwierzęta. Tanzańczycy są 3 co do wielkości eksporterem złota i kawy w Afryce. Turyści z całego świata przyjeżdżają do tego niesamowitego kraju, aby poczuć się prawdziwie wolnym człowiekiem, zobaczyć wymarzone miejsca, odkryć prehistorię ludzkości, bowiem to w Tanzanii znaleziono ślady pierwszego człowieka. Niestety, wschodnioafrykańskie państwo należy do najbiedniejszych na kuli ziemskiej. 50 % społeczeństwa żyje za mniej niż 1.5 dolara dziennie.
         Kobiety w Tanzanii są bardzo często prześladowane przez płeć przeciwną. Dziewczynki zostają obrzezane (pomimo zakazów rządowych) i nawet już jako 12letnie mają rozkaz poślubienia dużo starszych mężczyzn. Wyznacznikiem prestiżu kobiety jest ilość urodzonych przez nią dzieci. Mężowie są poligamistami i mogą mieć kilka partnerek (każda z nich powinna dać małżonkowi dużo potomków). Dziewczyny bardzo ciężko pracują: dźwigają na głowach worki z cementem, w rękach trzymają wiadra wody, na plecach zawinięte w chustach niemowlęta.. a mężczyźni pilnują porządku. Trudno dziewczętom skończyć studia i zrobić kariery, wszak ich życia zaprogramowane są jako matek pilnujących ogniska domowego. Muszą też sprzątać, gotować czy remontować dom.
          Bohaterką książki Wojciechowskiej jest 29letnia Nayioma Rae. Kobieta jest kapitanem samolotu. Zazwyczaj to panowie siadają za sterami pojazdów powietrznych, więc widok dziewczyny w mundurze budzi szacunek. Rae uwielbia latać, jest dumna z tego, że może za darmo cieszyć się genialnymi widokami, za które turyści płacą ogromne pieniądze. Pilotka kocha swoją pracę, zawsze jest punktualna i serdeczna dla klientów. Coraz więcej obcokrajowców przybywa do Afryki, aby zostać kapitanem samolotu. Amerykanie czy Europejczycy na Czarnym Lądzie szybciej zdobywają doświadczenie połączone z bliskim kontaktem z piękną naturą. Oczywiście wypadki powietrzne zdarzają się, jednak to samochody są najczęstszą przyczyną tragedii.
            W lekturze zachwycałam się niesamowitymi zdjęciami i informacjami o Tanzanii. Dowiedziałam się wielu ciekawostek o sławnych pilotach, m.in. o Amelii Earhart, która zaginęła w 1932 r. podczas lotu na Atlantykiem. Przyznam jednak, że ta książka była najsłabszą z całej serii przeze mnie przeczytanych dzieł. Brakowało mi dokładniejszej historii kraju do lat współczesnych (zawsze autorka umieszczała podstawowe fakty w pigułce). Kilka faktów uznałam za niepotrzebne lub zbyt szczegółowo opisane np. o różnicy półkul mózgowych damskich od męskich. Moja ocena 6/10.

P.S. Ostatnio strasznie brakuje mi wolnego czasu, przez ostatni tydzień przyjeżdżałam do domu w zasadzie tylko spać... Mam jednak nadzieję, że w ciągu najbliższych dni nadrobię zaległości na Waszych blogach :) Miłego dnia!

niedziela, 8 listopada 2015

Denko 29 - październik

Siemanko!
Ależ ten czas pędzi, dopiero przedstawiałam swoje zużycia kosmetyczne z września, a już wypełniłam całą reklamówkę październikowymi pustakami. Zapraszam na mini recenzje. 


1. Farba do włosów Wellaton 7/10 Średni blond
Cena ok. 13 zł. Miałam bardzo długie jasne blond włosy, były już trochę zniszczone, zmęczone rozjaśnianiem, poza tym kolor mi się znudził. Kupiłam zatem 2 opakowania średniego blondu. Po 15 minutach zauważyłam, że coś jest nie tak, szybko zmyłam farbę. Uzyskałam kolor... czarno - zielony :D Wyglądałam strasznie, tak ciemnych włosów nigdy jeszcze nie nosiłam (a miałam już chyba wszystkie barwy świata). Musiałam udać się do fryzjera. Fryzjerka ściągnęła mi straszny kolor, potem przefarbowała na wymarzony średni blond. Teraz mam włosy do ramion i wyglądam nieźle, także takie niemiłe sytuacje również są potrzebne. Ostatni raz u fryzjera byłam w marcu 2012 r., więc dość dawno i mogłam sobie zaszaleć :D



Czy kupię ponownie? Nie!  


2. Suchy szampon Schauma
Cena ok. 8 zł. To mój ulubiony suchy szampon, rzadko używam tego typu kosmetyków, ten egzemplarz starczył mi na pół roku - był pomocny podczas sytuacji awaryjnych, gdy nie zdążyłam umyć włosów, a musiałam szybko wyjść z domu. Produkt nie pozostawiał siwych refleksów i miał piękny zapach.
Czy kupię ponownie? Tak

3. Odżywka do włosów w sprayu regenerująca Herbal Care Farmona
Cena ok. 8 zł. Włosy przesuszone po trwałej lub farbowaniu. Uważam, że ta odżywka sprawdziła się lepiej od niesamowicie śmierdzącej wersji normalizującej. Działała podobnie jak wzmacniająca, którą wykończyłam 2 miesiące temu - jedynie pomagała przy rozczesaniu włosów. 







 Czy kupię ponownie? Nie


4. Odmładzający krem do rąk bebeauty z kompleksem Q10
Cena ok. 4 zł. Zapobiega starzeniu, ujędrnia - skóra sucha i zniszczona (przebadany dermatologicznie). Świetny kremik! Doskonale nawilżał moje dłonie, pięknie pachniał i był tani.

 










Czy kupię ponownie? Tak


5. Pasta do zębów Colgate Daily Repair
Cena ok. 7 zł. Pasta średniak, dobrze się pieniła, jednak nie wybielała zębów.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

6. Nawilżający płyn micelarny bebeauty 2w1 - usuwa wodoodporny makijaż i nawilża 200 ml
Cena ok. 5 zł. Przebadany dermatologicznie i okulistycznie. To mój ulubiony micelek, nabywam go często i jeszcze nigdy się na nim nie zawiodłam! Produkt mnie nie uczulił, nie podrażnił, zawsze doskonale zmywał makijaż. Podoba mi się również jego niska cena i duża wydajność.












        Czy kupię ponownie? Tak (mój KWC)!


7. Podkład Revlon Colorstay do cery normalnej i suchej - 180 sand beige
Cena ok. 25 zł. Pełne krycie, nawilżenie skóry, trwałość do 24 h. Zapewnia uczucie lekkości i komfortu, nie zatyka porów. Zgadzam się ze wszystkimi słowami producenta, dla mnie to fluid idealny! 
Czy kupię ponownie? Tak!

8. Róż + bronzer No7
Kosmetyk dostałam od koleżanki z Anglii. Niestety, nie znam ceny. Pół produktu stanowił róż, a pozostałą część opakowania zajął bronzer. Z kosmetyku byłam zadowolona, ładnie podkreślał kości policzkowe, nie osypywał się, był trwały. 
Czy kupię ponownie? Tak

9. Maszynki do golenia dla mężczyzn Skino 10 sztuk
Cena ok. 6 zł. 2 ostrza - aloes + witamina E. Niestety, maszynki szybko ulegały stępieniu. Daleko im do perfekcyjnych Gillette. 
Czy kupię ponownie? Nie

10. Płatki do demakijażu Carea - 120 sztuk
Cena ok. 3 zł. To moje ulubione płatki, które nigdy mi się nie znudzą. Mięciutkie w dotyku, nie rozwarstwiają się.
Czy kupię ponownie? Tak

11. Nawilżający kremowy żel pod prysznic Avon (próbka)
Żel dostałam, spodobał mi się. Dobrze się pienił, miał ładny zapach, pozostawiał skórę nawilżoną i miękką.
Czy kupię ponownie? Tak



 
12. Próbka kremu Green BB Skin79
Kremik ogólnie wspominam dobrze, doskonale krył, ale odcień okazał się być dla mnie za jasny.
Czy kupię ponownie? Nie





13. Próbka kremu Bronze BB Skin79
Z kolei ten kosmetyk był dla mnie na dzień dzisiejszy za ciemny, wyglądałam jakbym właśnie wróciła ze słonecznych wakacji. Nie mniej jednak świetnie maskował niedoskonałości.
Czy kupię ponownie? Nie


14. Próbka kremu Orange BB Skin79
Generalnie produkt miał dopasowany do mojej cery kolor, ale wbrew obietnicom producenta bardzo się świecił - żadnego matu nie zauważyłam. Krył przebarwienia bez zarzutu.
Czy kupię ponownie? Nie


15. Próbka kremu Purple BB Skin79
Ten krem BB przypadł mi do gustu najbardziej. Miał idealny odcień, nawilżał skórę, nie uczulił, prawidłowo, zamaskował pryszcze, wyrównał koloryt cery.

Czy kupię ponownie? Tak


W październiku wydałam na kosmetyki 79 zł., mam nadzieję, że listopad będzie bardziej oszczędny. Znacie coś z mojego denka? :)

środa, 4 listopada 2015

Wycieczkowo 33 - Jedlina Zdrój

Hej!
Początkiem jesieni miałam przyjemność zwiedzić malowniczą Jedlinę Zdrój. Miasteczko położone jest na Dolnym Śląsku nieopodal Wałbrzycha.


W XVI w. odkryto w osadzie złoża wody mineralnej. 100 lat później uznano ją oficjalnie za leczniczą, rozpoczęto proces wznoszenia pierwszych budynków wokół słynnego źródełka. Teren ten nazwano Placem Zdrojowym.


Pierwotna nazwa Jedliny Zdrój to Charlottenbrunn. Johann Christoph von Seherr – Thoss (baron Rzeszy i feldmarszałek armii austriackiej) założył uzdrowisko, które zatytułował na cześć swojej żony Charlotty Maximiliany von Puckler. Kurort zyskał popularność na całym Śląsku. Miejscowość zaczęła szybko się rozrastać, pracę można było otrzymać w prężnie rozwijających się dziedzinach tkackich i sukienniczych. W 1768 r. Jedlina Zdrój uhonorowana została prawami miejskimi. Po śmierci męża Charlotta zarządzała ogromnym majątkiem. To dzięki niej miasto zawdzięcza mnóstwo inwestycji. 


Po II wojnie światowej zaprzestano eksploatacji wód leczniczych. Dopiero w 2003 r. dokonano ponownego odwiertu dawnych źródeł, a 3 lata później przebudowano pawilon pijalni wody mineralnej. Władze zmodernizowały również historyczny Uzdrowiskowy Szlak Turystyczno – Rekreacyjny.


Wnętrze Pijalni Wód Mineralnych Charlotta:


Miasto jest bardzo zielone. Ku zaskoczeniu spotkałam też konika :)


O Jedlinie Zdrój mówi się, że jest to miasteczko usytuowane w centrum parków. Idąc uzdrowiskowym szlakiem ujrzałam Grotę Maryjną. Została ona wybudowana w 1874 r. ze skał wulkanicznych (pochodzących prawdopodobnie z Włoch, z okolic Wezuwiusza). W XX w. umieszczono w niej figurkę Matki Bożej.


Z zachwytem dreptałam ścieżkami Parku Bukowego.



Turyści mogą poprawić swoją kondycję korzystając z siłowni plenerowej (ustawionej obok różanej alejki).


Warto pooddychać świeżym powietrzem w Mnisim Lesie, którego pochodzenie ma podłoże religijne związane z pobliskim Klasztorzyskiem (szczytem Gór Czarnych).



Polana Słoneczna - specjalne miejsce do zażywania kąpieli słonecznych:


W lesie znajduje się także kilka tablic kamiennych z wersetami z Biblii i starochrześcijańskimi symbolami.




Przy ul. Piastowskiej można zauważyć kościół ewangelicki z XIX w. Budynek jeszcze kilkanaście lat temu był ruiną. Serce się raduje, gdy takie zabytki udaje się odremontować.


Drugi Kościół w Jedlinie Zdroju (pw. Świętej Trójcy) został zbudowany w 1937 r.


Natomiast przy Obelisku Miejskim stoi kolejna ciekawa ławeczka, tym razem z Józefem Piłsudskim.


Nieopodal pomnika usytuowano interesującą fontannę.


Najważniejszą jednak atrakcją miasteczka jest pałac w Jedlince (dzielnicy Jedliny Zdrój). Pierwsze wzmianki o zabytku pochodzą z XIII w., kiedy to właścicielem budynku był książę jaworsko-świdnicki Bolki I Surowy. Władca dążył do rozwoju gospodarczego swoich posiadłości, wybudował cały łańcuch zamków w Sudetach. Warownia w Jedlince weszła w skład majątku Grodno w Zagórzu Śląskim. 


          W następnych latach obiekt często zmieniał właścicieli. W XVIII w. nabył go Hans Christoph baron von Seher - Thoss wraz z małżonką Charlottą. Barokowy dwór uległ przebudowie. Ostatnim jego prywatnym posiadaczem był Gustaw Boehm. 
         Podczas II wojny światowej mieściło się w nim biuro projektowe nazistowskiej Organizacji Todt. Wraz z nadejściem Armii Czerwonej, Niemcy otrzymali rozkazy otrucia pracowników pałacu. Przeżył jeden mężczyzna, który zaobserwował dziwne zachowania kolegów i zorientował się, że huczna uczta była wielkim oszustwem. Świadek postanowił udawać, że pije wino i zainscenizował swoją śmierć - upadając na podłogę. 
           Rosjanie przejęli zabytek i urządzili w nim dom uciech. Niestety, lata 70/80 okazały się być dla pałacu tragedią, bowiem udostępniono go PGR-owi i budynek stał się miejscem, gdzie m.in. składowano siano. Na szczęście ruinę zakupił prywatny biznesmen, który otworzył dla turystów hotel. Postanowił również zainwestować pieniądze w pałac i od 2004 r. w obiekcie trwają prace remontowe. Zabytek można zwiedzić z przewodnikiem. Bilet kosztuje 10 zł. Sukcesywnie odnawiane są kolejne sale.


Zainteresowani zapraszani są do pomieszczenia, w którym mogą obejrzeć dwa krótkie filmy o historii pałacu. Następnie przewodnik opowiada ciekawostki o przeszłości obiektu i pokazuje zdjęcia z dawnych lat.


Interesującym pomieszczeniem jest Komnata Heraldyczna. Można tu podziwiać wyposażenie z XIX w. z oryginalnie zachowaną podłogą i bogato zdobionym sztukaterią sufitem. Nazwa pokoju wskazuje na zachowany zbiór herbów i genealogii.


Kolejny pokój to Sala Gustawa Boehma. Poświęcono ją ostatniemu właścicielowi majątku. Mężczyzna zarządzał pałacem przez kilkadziesiąt lat. Komnatę uroczyście otworzył bratanek Gustawa - Günter Boehm. W pomieszczeniu znajdują się pamiątki należące do tej rodziny.


Następna zwiedzana sala nawiązuje do Organizacji Todt, która w czasie wojny adaptowała pałac. W budynku realizowano wówczas tajemnicze przedsięwzięcia i plany dotyczące projektu Riese - podziemnego miasta Hitlera.


Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Sala Balowa. Chciałabym przenieść się w czasie, aby móc zobaczyć na żywo odbywające się tam radosne imprezy ^^


A o to schody, którymi dawniej chodziła służba:


W Gipsotece specjaliści zajmują się ratowaniem części pałacowych.


     Obecny kształt budowli powstał z inicjatywy Carla Kristera (słynnego śląskiego przemysłowca i właściciela fabryki w Wałbrzychu). Biznes porcelanowy okazał się  być przepustką do bogactwa mężczyzny, swoją fortunę pomnażał on także dzięki posiadaniu kopalni: węgla, kaolinu, gipsu alabastrowego oraz tartaków i stolarni. Wielką karierę zawdzięczał Krister wypromowaniu własnej marki porcelany sygnowanej podobnym skrótem, co wyroby królewskiej manufaktury. Wytoczono mu proces sądowy, lecz przedsiębiorcy udało się go wygrać, a dodatkowo głośna afera wypromowała jego firmę. 
       Najczęściej pojawiały się na porcelanach motywy: kwiatów, śląskich zamków i krajobrazy. Produkty KPM były proste, nie miały wiele zdobień, ale malowano je niezwykle starannie. Poświęcano wyrobom wiele czasu, cechowała je efektowność wykonania. Krister przyczynił się do upowszechnienia porcelany, wcześniej kupowała ją jedynie elita, a dzięki nowej marce - stała się dostępna dla szerszego grona społeczeństwa. Mężczyzna angażował się w pomoc charytatywną dla uboższych rodzin w regionie, miał nawet swoją fundację. Niestety nie doczekał się potomka, więc wraz z żoną adoptowali sierotę, której przepisał prawie cały majątek. O pamięci Kristera świadczy w pałacu pokój z kolekcją jego porcelanowych produktów.


W Jedlince wieczorami błąkają się duchy. Historia głosi, że w 1834 r. pałac nabył Benjamin Rothenbach. Oskarżył on służącą o kradzież srebrnej łyżeczki. Dziewczyna poskarżyła się ojcu (weteranowi wojen napoleońskich). Mężczyzna pobiegł rozmówić się ze swoim panem, lecz wzburzony Rothenbach chwycił za broń i zastrzelił gościa. Po tym wydarzeniu, tłumy rozgniewanych ludzi ruszyły na zamek, ale właściciel zabytku nieoczekiwanie znikł. Jego martwe ciało odnaleziono na strychu po kilku dniach poszukiwań. Prawdopodobnie mężczyzna popełnił samobójstwo. Duch Rothenbacha często odwiedza pałac. Inni świadkowie twierdzą, że po komnatach błąka się kobieta - Charlotta Maximiliana von Pueckler.


Przed pałacem stoi interesująca atrakcja: zrekonstruowany słynny czerwony samolot Manfreda von Richthofena (mieszkańca pobliskiej Świdnicy) - niemieckiego lotnika, największego asa myśliwskiego okresu I wojny światowej. Każdy turysta ma możliwość zapoznania się również z informacjami na temat życiorysu sławnego Czerwonego Barona.


Polecam wycieczkę do Jedliny Zdroju. To miasteczko jest niewątpliwie warte odwiedzenia :)