niedziela, 30 czerwca 2013

Denko 1 - czerwiec

Wszyscy mają denko mam i ja :) Tak wiem, jakość zdjęć jest powalająca ;))


1. Suchy szampon Garnier Fructis. To chyba mój najlepszy produkt, który miałam do tej pory. Bardzo fajnie pachniał :) Aczkolwiek szukam dalej, może znajdę coś jeszcze lepszego :) 
Czy go kupię ponownie? Może
2. Eveline - Intensywny balsam S.O.S - ratunek dla bardzo suchej i szorstkiej skóry rąk, łokci, kolan i stóp. Tytułem wstępu - uwielbiam markę Eveline.
W składzie widzę parabeny.. Cóż. To był niestety najgorszy kosmetyk z serii Eveline. I najsłabszy ratunek dla  suchych rąk. Słabo nawilżał moje wymagające dłonie. I na dodatek pozostawiał uczucie lepkości. Ciągle miałam wrażenie, że mam coś na rękach (hmm no może były to ochronne rękawiczki:D) i zaraz mi się coś do nich przyklei. Zawiodłam się na nim..Dla mnie bubel
Czy go kupię ponownie? Nie!
3. Żel do golenia Labell. Kupiłam go w Intermarche ponad pół roku temu. Olbrzymia niespodzianka. Wzięłam go przez przypadek, bo myślałam, że jest tańszy. Oczywiście przy kasie okazało się, że kosztował ok. 15 zł.. Ale nie żałuję. Bardzo wydajny! Miałam go ponad pół roku. Wystarczyła kropla żelu, która zamieniała się w burzę pianki!
Czy do kupię ponownie? Może
4. Fluid Maybelline Affintone 24h. Numer 21. Dla mnie trochę za ciemny, ale mieszam go z jaśniejszym numerem. Mój KWC!

I ja się z powyższymi słowami od producenta zgadzam. Testowałam mnóstwo podkładów. I chyba znalazłam ideał. Mam trochę blizn, które ten fluid kryje doskonale. Przy tym nie zapycha i jest leciutki. Nie wyskakują mi po nim żadne niespodzianki.Skłaniałabym się nawet ku temu, że ma właściwości lecznicze :) Kosztuje ok. 40 zł, ale kiedy była promocja w Rossmanie, kupiłam sobie parę tubek na zapas. Ma dozownik i przez opakowanie widać, ile fluidu pozostało jeszcze w opakowaniu.
Czy go kupię ponownie? Tak!
5. Próbka - Clarins, Multi-Active Day Cream-Gel. Próbeczkę dostałam. Kiedy zobaczyłam cenę pełnowartościowego - 50ml - produktu na wizażu prawie zemdlałam (210 zł!!!) :D Moja mała próbeczka starczyła mi na 4 użycia. Dla mnie całkiem ok (chociaż przeszkadzał mi trochę zapach mydła, który utrzymywał się prawie cały dzień), ale bez szaleństw. Natomiast moja mama, która również chciała spróbować tego luksusowego produktu, dostała uczulenia - czerwonych plam na twarzy i grudek z ropą. Także, dla wrażliwszych cer nie polecam. Aczkolwiek dla mnie był niezły, chociaż ciężko wyrazić opinię poprzez próbkę :)
Czy kupie go ponownie? Nie
6. Sudocrem. Tego produktu nie muszę pewnie nikomu przedstawiać :) To mój przyjaciel i KWC! Od 11 roku życia miałam koszmarny trądzik. Nie pomagało mi nic - żadne antybiotyki, maści, kremy, żele. Testowałam wszystko i straciłam nadzieję. I wydarzył się cud. Koleżanka poleciła mi sudocrem. Stosuję od września i nie poznaję siebie w lustrze. W razie małych wrogów na mojej twarzy - smaruję je sudocremem, a następnego dnia nie ma po nich ani śladu. Rozjaśnił mi moje liczne blizny.
Czy go kupię ponownie? Tak!
7. Szampon Loreal - nadający objętość. Oczywiście skusiła mnie reklama, zapewniająca podwójną objętość. Od początku nie traktowałam jej serio, ale postanowiłam spróbować.
Szampon dosyć wydajny - miałam go ok. półtora miesiąca. Koszt: 9,99. Oczywiście objętości nie było :D Aczkolwiek zaprzyjaźniliśmy się :) Włosy były mięciutkie i odżywione! Spodobała mi się gęsta konsystencja, dobrze się pienił. Tyle jest jednak szamponów na rynku, że będę szukać i testować dalej :)
Czy kupię go ponownie? Może
8. Wohlfuhl Maske . Truskawka i wanilia. Cena 1.69 zł. Konsystencja kremowa. Fajnie nawilża i nie uczula. Ale najważniejszy jest zapach. Przepięknie pachnie, aż się zaciągałam :D Niestety wyrzuciłam opakowanie i nie wiem jaki jest skład..:) Jedną saszetkę miałam na 3 użycia, więc jest raczej wydajna.
Czy kupię ponownie? Tak!
9. Biosiarczkowy krem do twarzy usuwający niedoskonałości skóry - Malinowy Zdrój - Balneokosmetyki. Dostałam parę próbeczek od tej firmy. Na razie zużyłam jedną, także trudno cokolwiek powiedzieć. W każdym razie jest intensywny zapach siarki, który trochę mi przeszkadza... Zdjęcie robione kalkulatorem, ale w składzie widzę parabeny..
Czy kupię go ponownie? Nie

Miałyście coś z mojego denka? :)

piątek, 28 czerwca 2013

Zdobycze 5

Coś z serii moich ulubionych postów :D Oto, co mi przyszło w ostatnim czasie :)

1. Wygrana u na blogu u http://coraz-mniej.blogspot.com/ . Dziękuję serdecznie! Już zabieram się za testowanie. Super prezenty :D Najbardziej podoba mi się dezodorant by Fergie :) Do tego przemiła karteczka, od razu weselej na duchu :)) Boska zawartość paczki prezentuje się następująco:


2. Wygrana na blogu u http://cyrysia.blogspot.com/ . Dziękuję bardzo, tak się cieszę z książki. Weekend zapowiada się obiecująco :D


3. Miseczka wygrana na fejsie, którą większość zgarnęło :) Myślałam, że jest trochę większa, ale i tak jest bardzo fajna :))



4. Gadżety z PE


5. Wygrałam na portalu udziewczyn.pl :D kubek, torba ekologiczna, 3 długopisy i notatnik z gwiazdami w środku :D


6. Wygrałam krem na ofemin do testowania :D Śmieszą mnie zawsze wielkie torebki i pudełka w stosunku do kremiku :) Nie mniej jednak, jestem ciekawa jego działania :)


Miłego weekendu :)

wtorek, 25 czerwca 2013

Inni - Film

Miałam ochotę na dobry, sprawdzony thriller. Zdecydowałam się na ,,Innych". Oglądałam go już dość dawno. Fabuła mi się zatarła, pamiętałam jednak, że wspominałam go bardzo pozytywnie.


Tytuł: Inni
Reżyseria:  Alejandro Amenábar
Rok produkcji: 2001
Gatunek filmowy: thriller, horror, dramat
Czas trwania: 1.41 h

Fabuła:
     Główna bohaterka Grace Stewart (Nicole Kidman) mieszka w ogromnej posiadłości na angielskiej wyspie. Kobieta samotnie wychowuje dwójkę dzieci, które cierpią na poważną chorobę (alergia na światło). Mąż Grace stacjonuje na II wojnie światowej przeciwko Niemcom. Cała rodzina niecierpliwie czeka na powrót mężczyzny. W międzyczasie do domu Stewart zostaje przyjęta do pracy trójka nieznajomych ludzi. Twierdzą, że służyli już wcześniej w tym domu. 
        Grace cierpi na potworne migreny. W domu panuje półmrok, wszystkie kotary muszą być zasłonięte, by promyk światła nie zetknął się z dziećmi. Niespodziewanie w willi zaczynają dziać się dziwne, paranormalne rzeczy. Kim są tytułowi inni? A może ich wcale nie ma i to wszystko to wyobrażenia chorej psychicznie kobiety? A może...? 
        Dochodzi do nałożenia na siebie dwóch światów. Być może nie wszystko jest takie jak się spodziewasz... Scenariusz bywa zaskakujący, a zakończenie wbija w podłogę (jednocześnie szpilkę w serce). 

       Nie ma tu krwi, nie ma tu przerażających scen ani żadnych potworków. Akcja jest budowana zgrabnie. Napięcie wzrasta z minuty na minutę, po to by w kulminacyjnym momencie zmusić widza do obgryzania z nerwów paznokci. Występują zjawiska paranormalne (chociaż nie w takim stopniu w jakim spodziewa się odbiorca). 
       Film jest inny. To jest jego zaletą. Ma w sobie do samego końca nutkę tajemniczości. Jest nieprzewidywalny. Nie powoduje uczucia obrzydzenia, ale przeraża. Inteligentny thriller, który trzeba rozpracować do samego końca. Rozwiązanie zagadki nie przynosi ulgi. Zakończenie trzeba przemyśleć, bo zmusza ono do refleksji. Film ma w sobie to coś. Chce się do niego wracać.

Aktorzy:
         Główna bohaterka Grace Stewart - Nicole Kidman. Rewelacja!! Kłaniam się w pas. Była to rola, którą aktorka przyjęła zaraz po ,,Moulin Rouge". Bała się, że tym razem postać będzie za trudna do zagrania. Był to zupełnie niepotrzebny strach! Fantastyczna kreacja. Uczucie paniki, strachu, niedowierzania, bezradności. To wszystko było prawdziwe tak bardzo, że czułam iż jestem obok aktorki - w jej domu. Przeżywałam każdą reakcję. Ogromny szacunek. To tylko umacnia pozycję Kidman wśród moich ulubionych aktorek. 
          Dzieci Grace:  Anne Stewart (Alakina Mann) i Nicholas Stewart (James Bentley). Jestem pod ogromnym wrażeniem gry tejże dwójki, tym bardziej, że nie były one jeszcze nastolatkami. Dziewczynka szczególnie zwróciła moją uwagę. Była przedsiębiorcza, odważna, pyskata i zbuntowana. Chłopiec charakteryzował się wrażliwością, potrafił przemóc swój lęk. Posmutniałam kiedy spojrzałam w ich filmografie. Niestety długa cisza, aktorami nie pozostali. A wielka szkoda, bo potencjał mieli ogromny..
        Mąż Grace - Charles Steward ( Christopher Eccleston). Postać, która pojawiła się na krótko, ale jakże zapadła w pamięć. Świetna rola drugoplanowa. Przy okazji ujawniło się smutne oblicze wojny, pustka w sercu..
         Trio służące w domu: niemowa Lydia (Elaine Cassidy), pani Bertha Mills (Fionnula Flanaga) i 
pan Edmund Tuttle (Eric Sykes). Fantastyczne i niezapomniane kreacje (szczególnie postać Mills). 

Podsumowując: obok tego filmu nie można przejść obojętnie. Polecam i stawiam 9/10. Ktoś go może widział? Jakie są wasze odczucia? To mój 17 film obejrzany w tym roku :) Pozdrawiam :)

niedziela, 23 czerwca 2013

Pionowe formy wyciszenia


Dzisiaj recenzja książki ,,Pionowe formy wyciszenia". Wygrałam ją u http://mieedzykartkami.blogspot.com/ , dzięki uprzejmości Wydawnictwa http://novaeres.pl/ .


Tytuł: ,,Pionowe formy wyciszenia"
Autor: Krzysztof Bodzoń
Ilość stron: 150 (prolog + 5 rozdziałów)
Okładka: Miękka
Książka wyróżniona w konkursie Literacki Debiut Roku 2011

No cóż.. Po przeczytaniu lektury, mam mieszane uczucia. Spodziewałam się lekkiej propozycji na błogie wieczory. Okazało się, że książka wymaga jednak trochę myślenia. Nie pochłonęłam jej jednym tchem. Po przeczytaniu kolejnych fragmentów, musiałam odkładać książkę na bok i przemyśleć jeszcze raz, o co tak naprawdę chodziło. Dlaczego?

           Autor był mi wcześniej nieznany. Z chęcią przeczytałam zatem przeprowadzony z nim wywiad na blogu http://mieedzykartkami.blogspot.com/2013/06/jakis-czas-temu-zapowiedziaam-wywiad-z.html .Dzięki niemu trochę się wyjaśniło. Ojciec pisarza był malarzem. To spowodowało, że Krzysztof Bodzoń zainteresował się sztuką. 
            Fabuła: Główną bohaterką jest kobieta: Liv Kamark, która ma 39 lat. Mieszka w Sztokholmie. Jest matką. Pracuje jako kustosz. Interesuje się sztuką. Napisała rozprawę zatytułowaną ,,Pionowe formy wyciszenia". Kiedy była dzieckiem, zmarła jej siostra, a potem nadużywający alkoholu ojciec. Związała się z Johanem, który odszedł potem do jej przyjaciółki (cios!). Liv doszła do wniosku, iż jej związek był i tak pozbawiony sensu. Zdecydowała się poślubić przyjaciela z młodości, w którym z biegiem czasu się zadużyła (kochała go bardziej niż Johana). Niestety tej sielance przeszkodziła była przyjaciółka głównej bohaterki. Najpierw chciała odebrać Liv dziecko (była bezpłodna na skutek swojej wczesnej inicjacji z mężczyznami - co spowodowało ciążę, która skończyła się aborcją). Potem dążyła do zniszczenia związku Liv. Czy jej się udało? Dowiecie się o tym, sięgając po książkę :)
           Lekturę czytało się dosyć ciężko. Głównie dlatego, że wiele w niej odnośników do sztuki. Na pewno znawców tego tematu - artystów, pozycja zainteresowałaby bardziej. Dla mnie te pojęcia były trochę zagmatwane i wiele się natrudziłam, żeby przez nie przebrnąć.
           Ciekawą sprawą było napisanie książki z perspektywy kobiety i wcielenie się w nią przez autora, który jest przecież mężczyzną. Czy pisarzowi to się udało? Myślę, że jest to kwestia sporna. Bohaterka jest postacią skomplikowaną. Dużo rozmyśla. Stosuje zabieg retrospekcji, wyszukane słownictwo, które dla przeciętnego obywatela jest niezrozumiałe. Dominuje wiele filozoficznych fragmentów. Osobiście wolę jednak książki pisane prostym językiem. Lektura dosyć długo się rozkręcała. W zasadzie akcja nabrała tempa po 80 stronie. Wtedy to zaczęła wzbudzać moje co raz to większe zainteresowanie.
            Według mnie na uwagę zasługuje okładka. Od razu wpadła mi w oko. Generalnie mam fioła na punkcie okładek. Często to ona sprawia, że sięgam po daną pozycję (lub nie). Obwoluta omawianej książki podoba mi się. Jest dosyć ciekawa i intryguje. 
            Podsumowując, książka nie jest idealna dla osób które chcą się odstresować i szukają czegoś lekkiego. Jednak lektura ma w sobie jakiś urok, jest trochę inna od wszystkich. Może to kwestia nawiązań do sztuki. Dla mnie to nowość. Fabuła nie jest zła, ale pewne fragmenty (np. kwestie seksu głównej bohaterki z mężczyznami czy kobietą) wycięłabym. Po za tym nagabywana przez sąsiada, młoda Liv (jak to było? podoba mu się jej dupa :O - ujmując dupa dwunastolatki), zostaje w efekcie parę lat później przez niego zgwałcona. Na szczęście nie zachodzi w ciążę, bo stosuje tabletki antykoncepcyjne (w tamtej chwili miała 16 lat, więc wcześnie ! zaczęła kontakty z facetami...). Dodatkowo kobieta, która spodziewa się dziecka, nie odmawia alkoholu i pali papierosy? Oj minus ode mnie :) Moja ocena to 6.5/10. Źle nie jest, ale artystką niestety nie jestem, a wiem, że oni odczuwają sztukę głębiej i wiele książkowych faktów zinterpretowaliby na pewno inaczej :) Ja muszę ją jeszcze przetrawić :p Może ktoś ją czytał ? :) Polecam, jeśli ktoś lubi książki, które nawołują do głębszych przemyśleń. Bez wątpienia jest to ciekawa propozycja dla dusz artystycznych :) P.S. To moja 14 książka przeczytana w tym roku.

piątek, 21 czerwca 2013

Gringo wśród dzikich plemion

Witajcie! Ciągle cierpię na chroniczny brak czasu, ale obiecuję się poprawić i dzisiaj poczytam Wasze blogi :) A tymczasem recenzja ,,Gringo wśród dzikich plemion".


Z książką Wojciecha Cejrowskiego spotkałam się po raz pierwszy, ale już wiem ,że nie ostatni :)
Kim jest autor? Pewnie wszyscy dobrze wiedzą: podróżnikiem, dziennikarzem, satyrykiem...
Jednak dla wielu ludzi w najwęższym znaczeniu jest osobą kontrowersyjną. W odbiorze jego dzieł i fantastycznych podróży, przeszkadzało mi często jego zaangażowanie w politykę i religię. Ciężko było się skupić na osiągnięciach Cejrowskiego. Gdzieś w głębi duszy zawsze chętniej poświęcałam swój czas Martynie Wojciechowskiej bądź Beacie Pawlikowskiej, które zajmowały się tylko tym, czy powinny. Nie neguję jednak, że Wojciech Cejrowski jest osobą, którą bardzo podziwiam. Cykl programu ,,Boso przed świat" szalenie mi się podoba. Lubię jego charakterystyczne poczucie humoru i satyryczne podejście, a jednocześnie całkowite poświęcenie pasji. Przyznaję, że trochę bałam się książki podróżnika, jednak zupełnie  niepotrzebnie. Moim zdaniem jest rewelacyjna!

Tytuł: ,,Gringo wśród dzikich plemion"
autor: Wojciech Cejrowski
Okładka: twarda (złota okładka za przekroczenie nakładu pół miliona egzemplarzy)
Ilość stron: 303
Rok wydania: 2011

       Książka podzielona jest na 7 części + Na koniec + Blondynka w dżungli. Pomiędzy wszystkimi historiami umieszczone zostały wspaniałe zdjęcia - których niestety nie mogę Wam pokazać, bo jest zakaz kopiowania:( - ogromna szkoda, bo ilustracje są naprawdę fantastyczne! Wszystkie części podzielone są na podrozdziały, które stanowią krótkie opowiadania (często od 1 do 4 stron). Taki układ sprawia, że książkę czyta się przyjemniej i szybciej. Często pod podrozdziałami są kolejne fotografie, zazwyczaj mniejsze.
     Co jest charakterystyczne dla tej książki? Po pierwsze język. Historie opisane w interesujący sposób, śmieszą do łez. Czytając książkę, słyszę głos podróżnika i jego satyryczny humor. To wszystko dopracowano do najmniejszego szczegółu (nic dziwnego - autor pisał książkę 3 lata, potem było mnóstwo poprawek). Po drugie czcionka. Chyba nie spotkałam się jeszcze z żadną książką, która w dużym stopniu omija oficjalny druk. Wielokrotnie, ważne wyrazy zostały pogrubione. Jeszcze częściej użyto zabiegu rozciągnięcia słów (jakby cedzenie liter). Co chwilę pojawia się kursywa. Zdania rozszerzono nawet na stronę, co buduje napięcie. Są różne szlaczki, zabawa literami. Przy słowie bąbelki - narysowane bąbelki itd. To czyni książkę jeszcze ciekawszą i przyciągającą uwagę. 

         Ale o czym jest książka? Sam tytuł sugeruje, że będzie ona o dzikich plemionach Indian. I tak w dużej mierze jest. Autor wspomina swoje podróże po Ameryce Łacińskiej. W zasadzie jednak każda część poświęcona jest innemu tematowi. Mnie najbardziej do gustu przypadł rozdział 7 ,,Wyprawa na biegun dżungli". Nie na darmo, podróżnik zostawił najlepszą historię na koniec. Cejrowski wymienia 2 bieguny znajdujące się w dżunglach. Pierwszy na Borneo, a drugi Darien w Ameryce Łacińskiej (pomiędzy Panamą i Kolumbią). Są to krańce świata, do których trudno dotrzeć. Autor poświęca ten fragment książki wyprawie, jaką odbył na tym drugim biegunie. Pomimo, że miejsce to było (i jest) bardzo niebezpieczne, podróżnik nie zląkł się, a wręcz przeciwnie - historie o zaginionych turystach nakręcały Cejrowskiego jeszcze bardziej. Narażanie życia spowodowane było zamieszkaniem tego obszaru przez złowrogie indiańskie plemienie Kuma. Do tego hardcorowe warunki w dżungli - to nie mogła być prosta wyprawa. Autor odrzucił strach oraz panikę i postanowił być pierwszym Polakiem, który przemaszeruje ten rejon na piechotę. Zabrał ze sobą pewną Blondynkę (wszyscy wiedzą, że chodzi o jego ówczesną żonę-nie żonę Pawlikowską), która radziła sobie w dżungli lepiej niż on. Jak poradzili sobie podczas wędrówki? Zapraszam do lektury:) Ja z mojej strony wyrażam ogromny szacunek do autora. Podziwiam jego odwagę, ale przede wszystkim spryt, który uratował go z opresji.
       
        Inne historie są również bardzo wciągające. Fragmenty, które opowiadają o jego przekraczaniu granic nielegalnie, budzą ogromny respekt. Podrabianie wiz czy przejście na książeczkę zdrowia - wbijają w fotel ale i wywołują uśmiech. Odnośnik do misjonarzy to jeden z najlepszych urywków w całej książce. Cejrowski porównuje ich do kwiatów na łodygach (polskich księży właśnie do łodyg). Historie o polskich misjonarzach, którzy mieszkali w dżungli z Indianami i mieli ich nawracać - wywołują łzy wzruszenia. Polscy reprezentanci nie robili niczego na siłę. Jeden z nich poświęcił 40 lat swojej pracy dla Indian, a kiedy miał się odbyć chrzest czerwonoskórych, zrezygnował z niego, bo jednak plemię nie było na to jeszcze gotowe. Inny, aby zbliżyć się do mieszkańców, odprawiał mszę nago. W głównej mierze misjonarze pomagali Indianom po prostu w życiu codziennym. Autor krytykuje odłam religijny - mormonów. Ochrzcili oni plemię, zakazali magii i odjechali, pozbawiając leków i lekarza. Bez siły szamana, ludzie umierali natychmiast. I jaki sens miał ten zabieg? Zaklęcia są złe jeśli chodzi o czarną magię, natomiast w momencie zagrożenia życia, jeśli tajemnicza moc może pomóc, trzeba ją stosować.
         Interesujący jest również rozdział poświęcony naturze. Niebezpieczne rośliny i zwierzęta są naturalnym składnikiem dżungli. Pewnego dnia podróżnik poczuł ukłucie w palcu stopy. Po przyjeździe do Polski, okazało się, że ugryzła go larwa, która zamieszkała w jego ciele. Gdyby nie zareagowano natychmiast, za parę tygodni wyleciałby ze stopy piękny motyl, ale część nogi trzeba byłoby szybko amputować. 
            Najbardziej zabawne jednak były historie, które Cejrowski wymyślał na poczekaniu o swojej bliźnie (w wieku 5 lat usunięto mu prawe płuco). Walka z jaguarem lub inne śmieszne opowieści, które przedstawiał Indianom powodowały, że zyskał ich szacunek. Bo jak osoba z taką blizną mogła to po prostu przeżyć? Dzięki odgórnej magii, czarom! Gringo musi mieć w sobie jakieś tajemne moce, na pewno jest to biały szaman!

              Dzięki tej książce dowiedziałam się więcej o Ameryce Łacińskiej niż przez całe swoje życie. Lubię takie lektury, bo wiele z nich wynoszę. Doczytuję więcej informacji i w ten sposób przypomniałam sobie wszystkie państwa Ameryki Środkowej i Południowej wraz ze stolicami, górami, rzekami itd. Nauczyłam się dużo więcej niż na przedmiocie, który miałam na studiach ,,Ameryka Południowa" (to były nic nie warte zajęcia, które polegały tylko na czytaniu co tydzień paru grubych ksiąg i zapamiętywaniu mnóstwa dat).
           Najwięcej informacji otrzymałam o Indianach, o których wcześniej nie wiedziałam w zasadzie nic. Podziwiam ich za to, że jako jedyni potrafią żyć w spartańskich warunkach, szanując prawo dżungli.
              Z chęcią sięgnę po kolejne dzieła Cejrowskiego. Uważam, że jest bardzo dobrym pisarzem, ponieważ przemawia do czytelnika językiem prostym i humorystycznym. Mało tego, chce naprawdę zainteresować odbiorców. Co chwilę w tekście można zauważyć tajemnicze słowo ,,Posłuchajcie".. Po lekturze tej książki, kiedy mogłam lepiej poznać podróżnika, nawet program ,,Boso przez świat" jest ciekawszy. Audycje poświęcone wyprawom oglądam przyklejona do ekranu, natomiast wypowiedzi dziennikarza o polityce po prostu wyłączam... i już nic się ze sobą nie kłóci. Książka 10/10! P.S. To moja 13 pozycja przeczytana w tym roku.

Aaaa i jeszcze jedno Yerba mate.. Pił ktoś?? Muszę kiedyś spróbować:)) 
Póki co czytając,  relaksowałam się przy domowym deserze :)
Jogurt naturalny + 1 banan + garść truskawek + garść rodzynek = pycha!! Polecam!

piątek, 14 czerwca 2013

Zdobycze 4

Pozwólcie, że się pochwalę ostatnimi przesyłkami :)

Po pierwsze wygrana na blogu u http://justlife-jurka.blogspot.com/ . Niesamowita niespodzianka <3 Dziękuję Weronika! Cudowna biżuteria, balsam i ramka na zdjęcia, która już stoi na półeczce. Inne sklepowe ramki wyglądają bardzo blado przy niej. Jest naprawdę wyjątkowa :)


Kolejna wygrana na blogu u http://kosmetyczny-galimatias.blogspot.com/ .To była zaskakująca paczka. Wczoraj miałam rano chwilę wolnego, więc chodziłam w mieszkaniu w piżamach, bo nie musiałam się spieszyć. Maseczka na twarzy. Godzina 9.00 domofon. Przesyłeczka dla pani Alicji. Proszę otworzyć szybciutko!! Mało się nie zabiłam, tak się spieszyłam :D Na szczęście to 4 piętro, więc zdążyłam się mniej więcej ogarnąć:) Byłam bardzo zdziwiona, bo paczka była malutka i tak szczelnie zapakowana w niewielkim pudełku, w którym były cuda! Każdy kosmetyk obwinięty był folią bąbelkową i zabezpieczony taśmą klejącą. Z drżącymi rękami odwijałam każdy pakunek po kolei, a nie było to łatwe. Jak tyle dobrodziejstw zmieściło się w takiej paczce i pudełku!? Niesamowita precyzja:) Otrzymane prezenty to 3 kosmetyki i kosmetyczka z Clinique, o której to firmie czytałam wiele dobrego. Woda toaletowa Yves Rocher - dzika jeżyna <3 i krem Bingo Spa - od firmy, z której kosmetyki mieli już prawie wszyscy, dlatego tym bardziej ucieszyłam się, że i ja mogę je w końcu wypróbować!:) Jak zużyję, napiszę jak się sprawdziły! Dziękuję bardzo Magda!


Następna wygrana na blogu u  http://mieedzykartkami.blogspot.com/  Książka, którą bardzo chętnie przeczytam i w przyszłym tyg postaram się zrecenzować:)) Dziękuję serdecznie Karolina! :)


Kosmetyki + kosmetyczka Mustela, którą większość już pewnie :) otrzymała. Próbki kremów - giganty ,,Chyba większych nie widziałam " :D Na zdjęciu są jakieś powiększone, w rzeczywistości tak duże nie są:)


Próbki Love me Green:) Ciekawa jestem ich działania. Póki co muszą poczekać, bo do wykorzystania mam na razie starsze kosmetyki :))


Wygrana na portalu srebrnaagrafka.pl - płyta Alici Keys. Hmm Alicię lubiłam od początków jej kariery. Jednak ciągle wolę jej początkowe hity - ,,Fallin", ,,Karma", ,,If I Ain't Got You"... Kiedy  myślę o niej, widzę wokalistkę z warkoczykami, na której przebojach się wychowałam. Ten charakterystyczny jej styl podobał mi się najbardziej. Nowa płyta jest dla mnie trochę nijaka. Na uwagę zasługuje największy z tej płyty i najbardziej znany moim znaniem utwór ,,Girl on fire".    



I ostatnia najdziwniejsza i najbardziej zaskakująca przesyłka. Otrzymałam ją w poniedziałek w wyniku śmiesznej sytuacji. Domofon - poczta. Czekałam na Pana Listonosza i czekałam. Po 10 minutach, pomyślałam.. ,,Eee pewnie nie do mnie. Wyrzucę śmieci." Chwyciłam worek i otworzyłam drzwi, a za nimi ujrzałam zziajanego listonosza. Zdębiałam, machnęłam siatką i prawie wysypałam na niego śmieci. Dostałam trochę głupawki i musiałam mieć dziwną minę, widząc biednego zipiącego listonosza, który trzymał pod pachą 3 przesyłki! Jedna z nich była bardzo ciężka i nie miałam pojęcia skąd ona, od kogo :o Rozerwałam grubą kopertę. Moim oczom ukazała się książka - album angielsko-hiszpańsko języczna - w tekturowym, staranie wypracowanym pudełku! Nie przypominałam sobie, żebym zamawiała jakąś pozycję z zagranicy. Obejrzałam ją i byłam coraz bardziej zdezorientowana. Nagle spojrzałam na kopertę i wszystko wydało się jasne. Nadawca - portal students.pl. Kiedyś brałam udział w jakiś konkursach, ale już nie pamiętałam w których, tym bardziej, że nie dostałam od firmy żadnego e-maila :) Wpisałam w google hasło. O--ho!! To ,,7 days in Havana". Fotoalbum, który ukazuje jak kręcili film o takim samym tytule. Ciekawa nagroda. Wygląda naprawdę interesująco, ale ma ponad 300 stron w formacie A4, więc muszę odłożyć ją w czasie do przeczytania. Póki co pokażę wam przypadkowe strony. A ja czym prędzej obejrzę tę produkcję, żeby wiedzieć, o czym jest książka:)


Ostatnio mam tak dobrą passę, że boję się, że kiedyś się ona skończy :)) Życzę wielu świetnych przesyłek i Wam, bo od razu dzień jest piękniejszy:) Miłego weekendu!

piątek, 7 czerwca 2013

Pulp Fiction

Szalony był to tydzień. Wieczorem nadrobię zaległości na Waszych blogach, bo widzę sporo nowości:)) W tym tygodniu znalazłam chwilkę czasu na film. Zamarzył mi się ,,Pulp Fiction", bo według moich ustaleń oglądałam go ostatnio 4 lata temu. Poczułam więc na niego chęć! Pewnie większość z Was widziała ten klasyk, więc jestem ciekawa również Waszych opinii:))

Reżyseria: Quentin Tarantino
Rok produkcji 1994
Produkcja USA
Gatunek filmowy: Gangsterski ( dla mnie również czarna komedia)
Czas trwania 2.34 h

           Tarantino to jeden z moich ulubionych reżyserów. Chciałabym go poznać osobiście, bo musi być nieźle pokręcony (pozytywnie oczywiście:)). Tworzy on filmy specyficzne: brutalne, mnóstwo krwi - trup ściele się gęsto, co drugie słowo przekleństwo. Kino Tarantino nie odpowiada wielu odbiorcom; zarzucają mu filmową agresję, głupotę, płytkość. Ja osobiście uwielbiam to poczucie humoru. Wyjątkowo bluzgi absolutnie mi nie przeszkadzają, bo potęgują tylko nastrój. Kolejne morderstwa wcale nie smucą - lecz śmieszą. Reżyser ma magię obracania wszystkiego w żart. Komizm sytuacji i postaci opanował do perfekcji. W każdym filmie wyśmiewa, stosuje groteskę, drwi z opinii publicznej, łamie stereotypy. Oprócz ,,Pulp Fiction" szczególną sympatią darzę jeszcze: ,,Cztery pokoje", ,,Bękarty wojny" czy ,,Django". Tarantino ma na koncie 2 Oscary (za scenariusze do ,,Pulp Fiction" i ,,Django").

           Parę słów o ,,Pulp Fiction" z mojej strony. Oglądałam go parę lat temu i tak mi się spodobał, że z chęcią sięgnęłam po kolejne dzieła reżysera. Utkwił mi w pamięci, więc miał w sobie jakąś magię. To dobrze, bo jednak w przypadku większości produkcji zapominam, o czym była fabuła, a nawet po pewnym czasie zamazują mi się tytuły. 
        Po dłuższej chwili, film powoduje uczucie chaosu. Dlaczego? Stosowane są w nim pewne formy, mające na celu pobudzenie u widza komórek mózgowych w celu analizy i rozmyśleń. To chwyty braku chronologii. Człowiek po pewnym czasie gubi się, widząc na ekranie postaci, które przecież wcześniej już zginęły. Stosowanie retrospekcji to jednak niezły zabieg. Momentami może ogarniać uczucie zmylenia, ale to tylko dodaje klimatu.
             O czym jest więc produkcja? Można podsumować krótko: o gangsterach. Na polecenie szefa, usuwają oni niepotrzebne bądź zbuntowane jednostki. Czasami broń wystrzela przypadkowo i niespodziewanie liczba trupów powiększa się.

Fabuła: 
         Po pierwsze, Vincent Vega (John Travolta) i Jules Winnfield (Samuel L. Jackson) - para współpracujących ze sobą (na rozkaz bossa) bandytów. Jules głosi słowa z Biblii przed zastrzeleniem człowieka. W międzyczasie gaworzą sobie z Vincentem o przyziemnych sprawach, a nawet błahostkach. Z trupem na siedzeniu jadą do domu swojego przyjaciela: Jimmie'ego Dimmick'a (Tarantino). Jedną z moich ulubionych scen jest, kiedy Jimmie ogromnie się złości. Każe wynosić się gangsterom, bo niedługo wraca z pracy jego żona, która zobaczywszy taką dziwną sytuację - na pewno weźmie z nim rozwód. A Jimmie wcale nie chce rozstawać się z ukochaną! Sprzątanie auta jest być może najzabawniejszym momentem całego filmu. Chwilę później przenosimy się do restauracji, gdzie dochodzi do napadu. Znani nam sympatyczni bandyci jedzą zamówiony prowiant. W międzyczasie szalona para zakochanych, decyduje się obrabować klientów baru. Nie zdają sobie jednak sprawy, że trafili na cwanych przeciwników: Vincenta i Julesa. Upss. Czy akt rabunkowy z bronią w ręku powiedzie im się?
           Do drugie, Vincent dostaje polecenie od szefa. Jest to kolacja z jego żoną Mią (Uma Thurman). Gangster wie, że musi być ostrożny. Kobieta jest kokietką. Zaprasza partnera do tańca twista. Para pod wpływem narkotyków, podryguje na parkiecie, tworząc jeden z najbardziej pamiętnych układów tanecznych filmowych wszech czasów. To trzeba zobaczyć! Po powrocie do domu, Vincent rozmawia sam ze sobą w toalecie (przekonuje siebie, że nie może popełnić głupstwa). W tym czasie Mia (wykonując genialny wcześniej taniec do piosenki ,,Girl, you'll be a woman soon" - do dziś jestem pod wrażeniem tej rewelacyjnej sceny), znajduje dragi Vincenta. Nie kończy się to dobrze, tym bardziej, że był to wyjątkowo mocny towar. Vincent zawozi ją do dilera, którego błaga o pomoc. Podczas tej akcji, śmiałam się do rozpuku. Dzwoni telefon, a Lance -  który sprzedał narkotyki, odpoczywa na kanapie przed TV. Żona krzyczy : ,,Telefon, odbierz!". Lance odpowiada: ,,Słyszę"! i siedzi dalej :D Dalsza scena, ratowanie kobiety - majstersztyk! Wszystko dopracowane do perfekcji. 
              Po trzecie, Butch Coolidge (Bruce Willis). Najpierw przedstawienie go jako małego chłopca, który otrzymał pamiątkowy zegarek po pradziadku od znajomego ojca z wojska. Christopher Walken, który zagrał kapitana, zaprezentował swoje niesamowite zdolności aktorskie i udowodnił, że ma prawdziwy talent. Później - dorosły już Butch - jako bokser na ringu. Zawody zostały kupione i sportowiec dostaje niemałą sumkę pieniędzy za przegraną. Nie dotrzymuje jednak obietnicy, przez co ma spore kłopoty. Ścigają go bandyci (m.in. Vincent), a następnie staje twarzą w twarz z rozzłoszczonym i zdradzonym szefem. Akcja w piwnicy - brutalna i zaskakująca :)

        Cały film przepełniony jest wulgaryzmami, dlatego dla wrażliwych na przekleństwa nie będzie to przyjemny dla ucha seans. Tarantino znany jest jednak z ciętego języka i jest to jego znak charakterystyczny. Produkcja, która trwa ponad 2 h, w ogóle nie nudzi. Jest wiele zabawnych scen, które stały się klasykami i często są cytowane. Soundtrack również wpada w ucho.

Aktorzy... Idealnie dopasowani do kina. 
Samuel L. Jackson jako Jules Winnfield - świdrował głębokim spojrzeniem na wylot. Wyzywał ludzi od ,,czarnuchów", mimo iż sam był przecież czarny!
John Travolta w roli Vincent'a Vega wypadł genialnie, czym skradł moje serce. Każda akcja z jego udziałem, skutkowała pojawieniem się na twarzy uśmiechu. Miło było patrzeć na młodego aktora, który odniósł wówczas ogromny sukces. Teraz kojarzę go głownie z sektą scjentologiczną, niestety zmienił się na niekorzyść... A szkoda, bo jego kolega - Jackson, do tej pory gra w rewelacyjnych filmach, które szczerze polecam, a o skandalach z jego udziałem nie słychać. 
Bruce Willis wcielający się w postać Butch'a Coolidge - doskonały jak zawsze. Uwielbiam większość produkcji z jego udziałem.To jeden z lepszych artystów, którego bardzo lubię oglądać na ekranie. 
Uma Thurman jako Mia Wallace - 23letnia wówczas aktorka spisała się znakomicie. Sceny z jej udziałem stały się kultowe m.in. taniec twista, pląsy w domu, narkotykowa akcja... Dopełnieniem wizerunku tej postaci była czarna peruka, która nadała jej zadziorności i charakteru. Obok takiej osobowości nie można przejść obojętnie.
Quentin Tarantino - uroczy, szczególnie biegający w domu w szlafroku. Młody reżyser świetnie wykreował Jimmie'ego Dimmick'a.
Christopher Walken w epizodycznej roli znajomego ojca Butcha - rewelacyjny. Pojawił się na chwilę, a jego rola zapada w pamięci na długo. Po tym poznaje się markę dobrego aktora. 
Eric Stoltz jako diler - to trzeba zobaczyć :) Zbyt doskonale odegrana postać, aby ją opisać ją w paru słowach.

      Ocena na filmwebie produkcji to 8.5 i zajmuje obecnie 9 miejsce w rankingu światowym na tym portalu. Ja zdecydowanie przyznaję 10/10, mogę oglądać legendarne sceny z ,,Pulp Fiction" codziennie. Jakie jest Wasze zdanie na temat filmu? Jak ocenianie twórczość Tarantino? Kochacie go jak ja, czy może jednak nie przepadacie za jego dorobkiem artystycznym? P.S. To moja 16 produkcja obejrzana w tym roku.

Najsłynniejsza scena:


Mam kłopoty z kompem, trzymajcie kciuki za mojego laptopka, jakby mnie nie było :( Miłego weekendu!

niedziela, 2 czerwca 2013

Wielki Gatsby 2013

Hej, jestem świeżo po seansie kinowym ,,Wielkiego Gatsby" (tego najnowszego). Bardzo chętnie obejrzałabym teraz film z 1974 r., aby porównać oba dzieła. Jestem ciekawa nie tyle treści, ile klimatu, bo produkcje z tamtych czasów - mają jednak w sobie dużo magii. 


To jeden z tych filmów, które przemawiają do mnie już podczas zapowiedzi w kinie. Siedząc na krześle, krzyczę ,,muszę to zobaczyć, kiedy będzie premiera" i.. idę go obejrzeć, gdy debiutuje na dużym ekranie. Dodam, że w wielu przypadkach wykrzykuję ten sam tekst, a jednak nie mam tak wielkiej ochoty, żeby się wybrać na daną produkcję. ,,Wielki Gatsby" powstał na podstawie książki, której (przyznaję się) nie czytałam. Nie mogę więc w żaden sposób porównać, co jest lepsze i skupię się na samym filmie.

        Na wstępie muszę wyznać.. Kocham DiCaprio. Od zawsze <3 Mało tego uważam, że z każdym wiekiem jest coraz przystojniejszy (jak Beckham :D). Leonarda podziwiam za każdą jego rolę. Większość kojarzy go zazwyczaj jedynie z ,,Titanica", a szkoda. Została mu przyszyta łatka amanta, chociaż reszta jego ról jest dobrana perfekcyjnie. Szanuję go za jego umiejętności aktorskie, które odkryłam już podczas pierwszego z nim seansu filmowego ,,Co Gryzie Gilberta Grape'a", gdzie zagrał chorego chłopca. To właśnie on zwrócił moją uwagę, a nie Deep.
      Kolejna, a zarazem jedna z ulubionych przeze mnie kreacji DiCaprio, która powstała jeszcze przed ,,Titanikiem" to Hank w ,,Pokoju Marvina". Oglądałam ten dramat mnóstwo razy i chętnie obejrzę ponownie. Uważam, że jest to fantastyczna produkcja i wszystkim polecam.
    Ponadto uwielbiam także ,,Krwawy diament", ,,Drogę do szczęścia", ,,Incepcję", ,,Wyspę tajemnic", ,,Django" i inne. Niesamowite, że każdy bohater stworzony przez Leo jest bardzo charakterystyczny: typowe słownictwo, tiki bądź akcent (mistrzostwo w ,,Krwawym diamencie"!). Pewnie mój zachwyt nad aktorem ma wpływ na ocenę filmu, ale co tam... każdy ma inne odczucia:) Koniec prywaty!

Tytuł: Wielki Gatsby
Reżyseria: Baz Luhrmann
Rok produkcji: 2013
Gatunek: Melodramat
Czas: (wg mojego zegarka) 2.15 h

Fabuła: 
           Lata XX - Nowy Jork. Najpierw poznajemy drugą (tuż po Gatsbym) najważniejszą postać: Nick'a Carraway (Tobey Maguire). Przeprowadza się on do malowniczego domku. Jego sąsiadem jest sam Gatsby. Nick wyrusza w odwiedziny do swojej kuzynki - widać, że się w niej podkochuje - Daisy Buchanan (Carey Mulligan). Jest ona zamężna, ale nieszczęśliwa w małżeństwie. Wie o licznych zdradach swojego lubego - Toma (Joel Edgerton). Nick uczestniczy w jednej z takich schadzek, zorganizowanej przez krewnego. Alkohol jednak sprawia, że mężczyzna obojętnieje i sam chętnie się zabawia. Małżeństwo Buchanan to elita, która śpi na pieniądzach. 
           Równo w 30 minucie filmu, Nick spotyka swojego sąsiada po raz pierwszy. Ma to miejsce na imprezie zorganizowanej przez Gatsby'ego. Widząc na ekranie posiadłość głównego bohatera, krzyczy się woooow! Coś na kształt Disneylandu z plażą. Uczta dla oczu i duszy! Reżyser filmu: Baz Luhrmann nakręcił wcześniej znany musical ,,Moulin Rouge", pewnie dlatego możemy dostrzec podobne elementy w obu filmach (Tańce, hulańce, śpiewy. Ogromny przepych i rozpusta!!). Goście zjeżdżają do sąsiada Carraway'ego z całego miasta bez zaproszeń. Już po pierwszym spotkaniu, sąsiedzi zaprzyjaźniają się. ,,Wielki luksus, bogactwo! Gatsby powraca do kraju w wielkim stylu, ale jak zdobył fortunę?" - Pytają nagłówki najbardziej poczytnych gazet.
         Po pewnym czasie na jaw wychodzi tajemnica związana z głównym bohaterem i Daisy. Od tego momentu, akcja nabiera tempa. Prawda o Gatsby jest całkiem inna, niż wcześniej opowiadał. Ale czy gorsza? Zależy dla kogo. Większość podziwia go za odwagę i dążenie do celu. Ale nie wszyscy.. Z każdą minutą spoglądamy z obrzydzeniem i zawstydzeniem na bogate klasy. Kpią oni z czarnych niewolników, nazywają się wyższą rasą, szpanują i szastają pieniędzmi. Ich życie jest nic nie warte. Daisy przyznaje, że wszędzie już była... Nudzi się! Dzieckiem zajmują się opiekunki. Ogromna pustka, a jednocześnie zepsucie. I nic tego nie potrafi zmienić, nawet ludzkie tragedie. Wszyscy do samego końca są skamieniali. Tylko Nick zachowuje ludzką twarz i uczucia. Koniec filmu skłonił do refleksji i rozważań. Więcej nie napiszę, bo pewnie wiele z Was tej produkcji jeszcze nie widziała, a być może ma zamiar wybrać się do kin. Zachęcam bo warto:)

Widoki jak dla mnie rewelacja!! Nowy Jork bądź posiadłości głównych bohaterów - magia!! Serce przy zbliżeniach biło mi mocniej. Ile ja bym dała by móc uczestniczyć w takiej imprezie lub chociaż być sąsiadką Gatsby'ego <3
Aktorów dobrano świetnie.
Leonardo DiCaprio rozbrajał swoim uśmiechem. Był delikatny, czuły, agresywny - z każdą odsłoną poradził sobie znakomicie. Ponadto, zachwyciła mnie charakterystyczna w tym filmie fraza, ciągle przez niego z wdziękiem powtarzana  - ,,old sport" tłumaczona jako ,,mój drogi").
Tobey Maguire - od momentu, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy w ,,Spidermanie", aktor skradł moje serce. Wydaje się być taki... sympatyczny:) W ,,Wielkim Gatsby'm" również zagrał bardzo dobrze. Bohater, w którego się wcielił, z jednej strony zakochał się w Nowym Jorku - kiedy przybył do miasta snów zachłysnął się metropolią. Im bardziej jednak wkraczał w świat elity, jego pogląd na życie zmieniał się. Znienawidził to miejsce, które zaczął postrzegać jako próżne. Nigdy nie przestał być sobą, gardził zepsutymi ludźmi.
Carey Mulligan denerwowała mnie niezmiernie. Myślę, że o to chodziło w wykreowaniu postaci Daisy. Początkowo bohaterkę postrzegałam ją jako próżniutką kobietę, a od momentu, kiedy powiedziała, że wolałaby mieć córkę i ma nadzieję, że będzie ona ładniutka i głupiutka, bo takie mają łatwiej w życiu, ocena tej osoby spadła gwałtownie w dół! Z każdą kolejną minutą negatywne uczucia w stosunku do kuzynki Nicka rosły. Smutek, zażenowanie, wstyd, niechęć, niedowierzanie...bo w życiu najważniejsze są pieniądze i wygoda. Zasady, honor, miłość - to nic nieznaczące słowa dla pani Buchanan.
Joel Edgerton jako Tom - gra wyśmienita. Był złym, czarnym charakterem od samego początku. Nie ukrywał tego. Może to spowodowało, że tę postać polubiłam bardziej od Daisy. Zresztą trudniej go skreślić niż jego żonę, bo pewne rzeczy jej jednak wybaczył. Zapewnie dla własnego dobra, ale w zasadzie uratował rodzinę..
Na uwagę zasługują również: 
Elizabeth Debicki jako Jordan Baker. W którymś momencie pomyślałam, że wraz z Nickiem będą parą. Wydawała się być inna od reszty elity, ale Carraway szybko dał sobie spokój z tą znajomością.
Isla Fisher - bardzo (!) podobała mi się jej kreacja - kochanki Toma Myrtle Wilson. Zapadła mi w pamięć. 
Ostatnie wyróżnienie kieruje w kierunku Jasona Clarke grającego męża Myrtle - George Wilsona.

Jeśli chodzi o soundtrack, to wg mnie był średni. Z ,,Moulin Rouge" wiele hitów znalazło się na moim mp3. Były charakterystyczne, wpadały w ucho. Tutaj trochę mi czegoś zabrakło, piosenki nie miały oczekiwanego przeze mnie powera.. Polubiłam w zasadzie tylko dwie: ,,Young and Beautiful" - Lany Del Rey i ,,A little party never killed nobody (all we got)" - Fergie.



Film 9/10, polecam:) To mój 15 film obejrzany w tym roku. 3 raz byłam w kinie. Mam nadzieję, że plan oglądania produkcji na dużym ekranie - jeden seans na miesiąc - będzie funkcjonował nadal, bo póki co, to mi się udaje:)