niedziela, 29 czerwca 2014

Niebo istnieje... naprawdę

Cześć!
Na początku czerwca przeczytałam książkę ,,Niebo istnieje..naprawdę!". Lektura bardzo mi się spodobała, także koniecznie chciałam zobaczyć tegoroczną ekranizację prawdziwej historii. W końcu doczekałam się w moim miasteczku seansu w kinie. To co zobaczyłam przed budynkiem, wprawiło mnie w osłupienie. Miejskie kino nie prosperuje zbyt dobrze, filmy puszczane są jedynie na weekend (i to z opóźnieniem), czasem na widowni siedzi zaledwie 5 osób. W niedzielny wieczór ujrzałam ogromne tłumy czekające - w szokująco długiej kolejce - na wejście. Zaskoczona przyjrzałam się działaniem pracowników, którzy otworzyli drzwi na balkon, ponieważ na parterze ludzie już nie mieli miejsc do siedzenia! Takie sytuacje mogłyby się powtarzać częściej :)





    Tytuł: ,,Niebo istnieje... naprawdę"
    Reżyseria: Randall Wallace
    Czas trwania: 1.40 h
    Rok produkcji: 2014
    Gatunek: dramat









Fabuła:
Colton jest małym, inteligentnym chłopcem. Niespodziewanie, dziecko dostaje gorączki, wymiotuje. Lekarze nie mają dla rodziców optymistycznych wieści - życie Coltona jest zagrożone, konieczna jest natychmiastowa operacja. Chłopiec wraca do zdrowia, jednak nie jest już tym samym dzieckiem, co przed pobytem w szpitalu. Opowiada ojcu, że gdy jego stan był krytyczny, on wcale się nie bał, bo otuchy dodawały mu śpiewające anioły. Początkowo nikt nie wierzy w wizje nieba przedstawianą przez chłopczyka. Większość znajomych szydzi z rodziny Burpo, oskarżając pastora Todda o przekazywanie fałszywego świadectwa wiary - wymyślonego przez jego syna. Colton nie przejmuje się obelgami innych ludzi, każdego dnia z przekonaniem opisuje swoje niesamowite wspomnienie.

      Przyznam, że trochę obawiałam się ekranizacji ,,Niebo istnieje... naprawdę", gdyż książka była super i zastanawiałam się, czy reżyser nie zepsuje tak pięknej historii, z kina wyszłam jednak zadowolona. Ponad 1.5 h siedziałam na krześle ze ściśniętym gardłem, pani znajdująca się nieopodal ciągle chlipała. Zachwycona byłam przede wszystkim niesamowitymi widokami, nie mogłam się napatrzeć na cudowne łąki i pola. 
     W filmie przedstawiono zwykłą rodzinę, borykającą się z codziennymi problemami - brakiem pieniędzy, chorobami. Bohaterowie produkcji, pomimo tego iż byli ludźmi religijnymi, mieli wiele momentów zwątpienia w sens wiary. Jednakże państwo Burpo stworzyli dom pełen miłości, a swoich dzieci uczyli szacunku i tolerancji wobec bliźnich. 
      Dzieło Wallace podobało mi się. Oczywiście film nie przypadł mi do gustu bardziej niż książka, ale ekranizację oceniam na plus. Zmieniono niewiele momentów, np. Colin trzymał pająka tuż przed pobytem w szpitalu, a nie jak przedstawiono w dramacie - po pokonaniu choroby. Rozczarowana byłam natomiast wizją nieba, dla mnie wyglądało ono trochę kiczowato.
        Uważam, że aktorzy zostali dopasowani do swoich ról idealnie. Wszystkich artystów występujących w ,,Niebo istnieje... naprawdę" widziałam po raz pierwszy, ucieszyłam się zatem mogąc zobaczyć na ekranie nieznane mi twarze. Moim zdaniem Greg Kinnear jako Todd Burpo oraz Kelly Reilly w roli Sonji Burpo wspaniale wykreowali swoje postaci. Bohaterowie potrafili ze sobą rozmawiać w sposób świadomy, używając wielu argumentów, nie bojąc się okazywać swoich uczuć np. strachu. Dzieciom stworzyli idealny azyl, żeby mogły czuć się kochane i bezpieczne. Nie krytykowali pociech, często im dopingowali i starali się zrozumieć często negatywne zachowania potomków. Uważam, że szczególne brawa należą się jednak najmłodszym aktorom: Lane Styles wcielającą się w Cassie i przede wszystkim Connor'owi Corum za rolę głównego bohatera Colina. Dzieci były nie tylko przesłodkie, ale także zagrały genialnie. Zarówno dziewczynka jak i chłopiec stworzyli niezwykle wiarygodne postaci. Z przyjemnością patrzyłam na swobodne zachowania małych artystów. Film odebrałam bardzo pozytywnie, byłam oczarowana klimatem produkcji. Moja ocena to 8.5/10.  

Tymczasem ostatnio udało mi się wytropić bocianią rodzinkę w pobliskiej wsi :)


Młode ptaszki czekają na jedzonko :D


Jeden z nich nie może się już doczekać powrotu rodziców!


W końcu pojawia się głowa rodziny z czymś pysznym w dziobie..


 Starszy bocian mi pozuje :D


Miłego wieczoru :)

piątek, 27 czerwca 2014

Futro

Siemanko!
Dzisiaj zapraszam na recenzję polskiego filmu.




    Tytuł: ,,Futro"
    Reżyseria: Tomasz Drozdowicz
    Gatunek: czarna komedia
    Czas trwania: 1.45 h
    Rok produkcji: 2007









Fabuła:
       Jakub ma swoje małe święto - przystępuje do Pierwszej Komunii. W tym celu dziadkowie chłopca organizują wystawne przyjęcie, na które zapraszają całą rodzinę. Niestety, dla Kubusia nie jest to szczęśliwy dzień. Na jaw wychodzi wiele przykrych tajemnic dotyczących jego najbliższych. Uroczystość zamienia się w przerażającą kłótnię, która wydaje się nie mieć końca.

      Film miał olbrzymi potencjał, bardzo żałuję, że reżyser nie dopracował bardziej szczegółów produkcji. Dzieło Drozdowicza rozpoczyna się całkiem niewinnie. Zwykłe rodzinne sprzeczki obnażają wszystkie wady Makłowiczów i ich gości. Irena i Henryk przechwalają się swoim bogactwem. Nie chcą zauważyć, że ich syn Robert jest alkoholikiem, a jego żona Alicja - narkomanką. Siostra Ali całe życie kochała Roberta, ostatecznie decyduje się na seks z młodszym Makłowiczem - Jarkiem, który zrobi wszystko, aby tylko dostać pieniądze na spłatę długu. Córka Ireny i Henryka - Grażyna jest zrozpaczona, kiedy na jaw wychodzi sekret, że jej małżonek jest gejem. Rodzice Alicji i Ani są niezadowoleni ze wszystkiego, zwykli krytykować swoje dzieci, szydzą z gadżetów Makłowiczów. W rodzinnych potyczkach nie ma miejsca na świętowanie ważnego dnia Kuby oraz spokojne rozmowy z innymi potomkami. 
       Doskonale przedstawiony został problem alkoholizmu czy narkomanii. Alicja nie sprostała oczekiwaniom swoich rodziców, nie potrafiła być idealna jak żądał jej ojciec. Sceny z udziałem uzależnionej kobiety są bardzo smutne, szczególnie kiedy widz może przyjrzeć się rozmowie naćpanej bohaterki z jej pijanym do nieprzytomności mężem.
       Niestety, pojawiło się również wiele niepotrzebnych momentów, szarpanych wątków, które sprawiały, że do produkcji wkradała się nuda. Zupełnie nie rozumiem wplecenia postaci majora czy zachowania dzieci konstruujących bombę. Gdyby skrócić film o kilka fragmentów, akcja toczyłaby się szybciej, nabrałaby płynności. 
     Wielkim plusem była dla mnie obsada czarnej komedii/ dramatu. Leszek Piskorz jako senior rodu Makłowiczów wraz z Teresą Budzisz-Krzyżanowską stworzyli ciekawą parę nowobogackich dziadków, którzy nie potrafili obdzielić wnuków równą miłością, a Pierwsza Komunia Św. była tylko pretekstem do pochwalenia się swoim luksusem. W kolejne małżeństwo z nieszczęśliwym stażem wcielili się: Halina Łabonarska i Witold Dębicki. Aktorzy bardzo realistycznie przedstawili smutne relacje pomiędzy nimi a resztą osób siedzących przy stole. Uważali się za najlepszych rodziców, ich umiejętności życiowe i doświadczenie nie mogły konkurować z nikim innym, bo Halina i Antoni dążyli do perfekcji, nie chcieli zauważyć swoich niedoskonałości, a ich próby wychowania idealnych dzieci przyniosły odwrotny skutek w postaci zbuntowanych i nieszczęśliwych córek. Agnieszka Wosińska w roli Alicji była rewelacyjna. Podziwiam ją za odwagę wskoczenia nago do basenu. Magdalena Boczarska również świetnie wcieliła się w Anię Witkowską, doceniam jej poświęcenie dla filmowej postaci i zrzucenie z siebie wszystkich ubrań. Na uwagę zasługują także Grzegorz Damięcki i Michał Czarnecki (jako przystojni bracia Makowieccy). Genialnie przedstawili oni pogubionych mężczyzn, którzy nie potrafili stworzyć normalnych związków, nie dorośli jeszcze do samodzielnego życia, bo ciągle popełniali znaczące błędy. Podobała mi się również gra Doroty Segdy i Janusza Chabiora - tworzących udawane małżeństwo (zresztą parę tych aktorów cenię od dawna, zawsze uwielbiałam tworzone przez nich postaci filmowe). Moim zdaniem na pochwałę zasługują także: Roma Gąsiorowska w roli ukraińskiej służącej Olenki, Anna Romantowska i Mieczysław Hryniewicz jako Frankowscy oraz Dariusz Jakubowski wcielający się w Dolnego. Dodatkowo, warto wyróżnić 12 letniego Maćka Musiała, który zagrał Konrada - brata Kuby. 
      Nie przypadły mi do gustu role: Henryka Talara jako majora i Karoliny Gruszki przedstawiającej postać katechetki. Po prostu uważam, że wątki z tymi osobami były zbędne, nie wnosiły do filmu nic interesującego i związanego z tematem. 
       Ogólnie, uważam, że produkcja warta jest obejrzenia, mimo kilku niedociągnięć. Na pewno nie spodoba się ona jednak miłośnikom klasycznych komedii, bo w ,,Futrze" nie brakuje gorzkich, często wulgarnych słów, przygnębiających zachowań, sarkastycznych sytuacji. Moja ocena to 6.5/10. 

Tymczasem zajadam się pysznymi czereśniami z działki cioci ^^

środa, 25 czerwca 2014

Zdobycze 18

Cześć!
Dawno nie było posta ze zdobyczami. Czas to nadrobić :)

1. Najpierw pochwalę się fajną niespodzianką od http://opiniuj-kosmetyki.blogspot.com/ . Oto co dostałam w super paczuszce! ^^


2. W wyniku wygranego konkursu organizowanego przez http://asymaka.blogspot.com/ otrzymałam od autorki książkę z autografem i mega sympatyczną pocztówkę z pozytywnym wpisem - bardzo dziękuję :) Recenzję lektury na pewno zamieszczę już niedługo.


3.  Mały upominek ze ślubu koleżanki.


4. Rodzice pamiętali o moich imieninach :D



5. Kuzynka również obdarzyła mnie prezentem - kartką, antyperspirantem i kolorową parasolką :)


C.D.N :)) a co Wy dostaliście ostatnio ?

wtorek, 24 czerwca 2014

Wycieczkowo 15 - Chełmiec (851 m. n.p.m.)

Siemanko!
Dzisiejszego popołudnia zapraszam na fotorelację z mojej ostatniej górskiej wycieczki. Korzystając z ładnej pogody, postanowiłam pojechać do kuzynki mieszkającej w Wałbrzychu i wraz z ekipą wspiąć się na wierzchołek najwyższego szczytu pasma Gór Wałbrzyskich. Chełmiec zajmuje 24 miejsce na liście Korony Gór Polskich, jego wysokość to 851 m. n.p.m.

Droga do celu była przyjemna. Uwielbiam przebywać na łonie natury, więc oglądanie soczysto - zielonych drzew i krzewów dodawało mi wiele sił, radości i pozytywnej energii :)








Wędrując w kierunku Chełmca zwróciłam szczególną uwagę na 14 kamiennych tablic - są to Stacje Drogi Krzyżowej Trudu Górniczego. 


Po ok. 2 h wspinania się na szczyt, uradowana ujrzałam 45 metrowy krzyż - oznaczał on końcowy etap wycieczki.

Bardzo żałuję, że wieża widokowa jest już nieczynna. Niestety, piękne widoki zasłonięte są przez zarośla lub ukryte za drzewami.





Pomysł zdobycia Chełmca był super, wycieczka szalenie mi się podobała. Mam nadzieję, że uda mi się w tym roku wejść na wiele innych szczytów, które znajdują się w moich planach :D A kiedy Wy byliście w górach ostatnio?

niedziela, 22 czerwca 2014

Koncertowo - wROCKfest (Krzysztof ,,Zalef" Zalewski & Monika Brodka)

Witajcie!
Dosyć dawno nie było na blogu żadnej relacji z koncertu. 17 czerwca pojechałam do Wrocławia, gdzie spędziłam wspaniały wieczór w klubie Eter. Kiedy zaczął się występ Zalewskiego, szybko znalazłam wygodną miejscówę i bawiłam się przednie w towarzystwie mojej przyjaciółki Eweliny. Krzysztof zaśpiewał swoje największe przeboje, moim ulubionym utworem został ostatnio ,,Zimowy". 




Koncert wyczekiwanej gwiazdy - Moniki Brodki wspominam bardzo miło. Dynamiczna wokalistka, której program mojego dzieciństwa ,,Idol" otworzył drzwi do kariery - szybko nawiązała kontakt z publicznością. Na scenie towarzyszył jej występujący już wcześniej Zalef. Do tej pory nie mam pojęcia, kiedy upłynęło te 10 lat, gdy zdolni, nastoletni wokaliści stawiali swoje pierwsze kroki na wielkiej muzycznej scenie..






Z niecierpliwością czekam na kolejną płytę Moniki, a póki co moim numerem 1 niezmiennie pozostaje ,,Granda" :) Czy Wy też tak lubicie koncerty jak ja ? :D

piątek, 20 czerwca 2014

Kapitan. Na służbie / Kapitan Phillips

Siemanko!
Dzisiejszego ranka zapraszam Was na recenzję książkowo - filmową :)




    Tytuł: ,,Kapitan. Na służbie"
    Autor: Richard Phillips, Stephan Talty
    Okładka: miękka ze skrzydełkami
    Ilość stron: 312
    Rok wydania: 2013









Fabuła:
        Richard Phillips opisuje historię, która wydarzyła się naprawdę w 2009 r. Autor książki jest kapitanem statków handlowych, 2 razy do roku wypływa na 3 miesięczne rejsy. 4 lata temu przyjął propozycję dowodzenia na ,,Maersk Alabama". Podczas wylotu z rodzinnej Ameryki, Phillips nawet nie przypuszczał, że jego kolejna podróż tak bardzo będzie się różnić od wszystkich wcześniejszych wyjazdów. Kursując na niebezpiecznych wodach przy Somalii, statek stał się łupem piratów. Kapitan musiał obronić swoją załogę przed niebezpiecznymi terrorystami. Kiedy wizja wolności była już na wyciągnięcie ręki, Phillips został zakładnikiem bandytów, którzy przenieśli się na łódź ratunkową. Przez kilka kolejnych dni za plecami zmęczonego mężczyzny czaiła się śmierć. Jednak chęć przetrwania i pragnienie powrotu do rodziny - wygrały z paraliżującym strachem.

        Przyznam, że początek książki trochę mnie nudził. Jednak po kilkudziesięciu stronach, z niezwykłą uwagą zaczęłam śledzić losy Phillipsa. Kolejnego dnia, już po przebudzeniu o 5.30 rano, sięgnęłam po książkę i z wypiekami na twarzy - czytałam o ataku piratów. 

        Kapitan często wspomina swoją młodość, opowiada o doświadczeniu zawodowym, rodzinie. Z jego opisów wynika, że jest osobą silną psychicznie i fizycznie. Chart ducha i świadomy umysł mężczyzny - pozwoliły mu na rozważne działania na statku w obliczu niebezpieczeństwa. Postawa Phillipsa wzbudza szacunek i zaufanie, ponieważ jego priorytetem było uratowanie załogi, a dopiero na końcu siebie. Ciekawie zostały przedstawione postacie terrorystów, ich metody zastraszania zakładników napawały przerażeniem. 
        Lektura ukazuje również emocje Andrei - żony głównego bohatera, której zachowanie jest zaskakujące. Kobieta wierzy w powrót męża, nie poddaje się i nie płacze do poduszki lecz dzielnie znosi natłok wszystkich wstrząsających informacji.
        Książka przypomina o czyhających na morzach piratach, poczynania przestępców są coraz częstsze i śmielsze. Napaści na statki, porwania zakładników, żądania okupów - problem aktywnych bandytów istnieje naprawdę, nie jest tylko wymysłem autorów opisujących piratów w powieściach przygodowych. Phlillips zwraca uwagę na codzienne, z pozoru błahe czynności, których zupełnie nie doceniamy, mimo iż są luksusem np. korzystanie z toalety. Należy z uśmiechem witać każdy dzień, bo nigdy nie wiadomo czy miniony wschód słońca nie będzie ostatnim w naszym życiu. Lektura podobała mi się, chociaż momentami irytował mnie amerykański patos czasami w niej występujący (wiadomo USA są najważniejszą i najwspanialszą potęgą na świecie - z perspektywy mieszkańców tego kraju). Książkę oceniam na 7.5/10, a teraz koniecznie muszę obejrzeć słynną ekranizację :)

Jestem świeżo po seansie, więc nadszedł czas na moją opinię na temat filmu.




    Tytuł: ,,Kapitan Philips"
    Reżyseria: Paul Greengrass
    Gatunek: biograficzny
    Czas trwania: 2.14 h
    Rok produkcji: 2013









        Nie będę oryginalna, bardziej podobała mi się książka niż dzieło Greengrass'a. Zapewne zbyt szybko zdecydowałam się zobaczyć produkcję, bo tuż po lekturze Phillipsa. W odbiorze filmu przeszkadzały mi pewne zmiany w scenariuszu. Moim zdaniem zbędne były np. sceny gdzie rozsypano szkło, aby najmłodszy pirat skaleczył się w stopy. Przedstawiono go w korzystniejszym świetle niż opisał go autor. Nie mniej jednak przypadły mi do gustu momenty, w których widz mógł zapoznać się z działaniem marynarki wojennej, zobaczyć statek handlowy od wewnątrz czy przyjrzeć się mieszkającym w Somalii piratom. Żałuję tylko, że został wycięty wątek żony kapitana - Andrei, bo była ona ważną osobą w życiu Richarda.
         Podobała mi się muzyka, szybkie i niebezpieczne rytmy, powodowały, że moje serce biło mocniej, a adrenalina sięgała zenitu. Podczas kilku scen można było zauważyć typowe cechy amerykańskich produkcji - wychwalanie swojego kraju pod niebiosa, udowadnianie, że USA są najinteligentniejszym mocarstwem na świecie.
       Oczywiście głównym plusem filmu była obsada. Tom Hanks jest od wielu lat moim ulubionym aktorem. Dlatego też wiedziałam, że jego rola kapitana Phillipsa będzie znakomita. Hanks wcielił się w postać głównego bohatera bez zarzutu, genialnie przedstawił emocje towarzyszące porwanemu mężczyźnie. Barkhad Abdi, Barkhad Abdirahma, Faysal Ahmed i Mahat M. Ali jako niebezpieczni piraci - również przykuli moją uwagę - byli bardzo wiarygodni, a ich szalone oczy i wychudzone twarze wzbudzały paniczny strach. Co więcej, pierwszy z nich otrzymał nominację do Oscara za wykreowanie morskiego terrorysty o imieniu Muse. 
       Moja ocena produkcji to 7/10. Myślę, że warto zapoznać się z historią, która wydarzyła się naprawdę. Ktoś z Was może czytał książkę/ oglądał film? Jak wrażenia? Pozdrawiam!

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Kołysanka

Hejka!
Doszłam do wniosku, że oglądam za mało polskich filmów. Także tym razem wybrałam produkcję rodzimego reżysera.





    Tytuł: ,,Kołysanka"
    Reżyseria: Juliusz Machulski
    Czas trwania: 1.35 h
    Gatunek: czarna komedia
    Rok produkcji: 2010








Fabuła:
        Rodzina Makarewiczów mieszka w małej wiosce na Mazurach. Niespodziewanie w okolicy zaczynają ginąć ludzie: ksiądz z ministrantem, pani z opieki społecznej, policjant, dziennikarze, listonosz, Niemiec z tłumaczką i poprzedni właściciel domu, w którym obecnie żyje 7 - osobowa familia. Kto jest odpowiedzialny za częste porwania? Gdzie przebywają uwięzieni? Czy Makarewicze są wampirami? Polecam dzieło Machulskiego!

     Moim zdaniem ,,Kołysanka" to dosyć oryginalna jak na polskie standardy czarna komedia. Reżyser nawiązuje do wielu absurdalnych scen, które mają miejsce w naszym rodzinnym kraju. Wyśmiewa księży zbierających na budowę kościoła - przyjeżdżających do wiernych w luksusowych samochodach, nieudolne działania policjantów, zainteresowanie Niemców zakupem polskich ziem czy kryzys w państwie spowodowany napływem tańszych odpowiedników krajowych produktów z Chin. Na pewno nie chichotałam szalenie - patrząc na aktywność filmowych bohaterów, ale kilka razy uśmiechnęłam się szeroko widząc bezradne poczynania mieszkańców Mazur. 
       Podobał mi się pomysł obsadzenia rodziny Makarewiczów w roli wampirów - nie były one groźne lecz zdesperowane brakiem pracy, a sposób w jaki się żywiły mógł budzić przyjazny szacunek. Do gustu przypadła mi bardzo muzyka Michała Lorenca, tytułowe dźwięki tytułowej ,,Kołysanki" przekazywały mnóstwo pozytywnych emocji. Byłam pod wrażeniem końcowych scenek, w których wszyscy bohaterzy tańczyli - te momenty zdecydowanie zapadły mi w pamięć.
        Oczywiście największy plus produkcji stanowiła dobra obsada. W skład rodziny Makarewiczów wchodzili: Michał (Robert Więckiewicz), Bożena (Małgorzata Buczyńska), dziadek (Janusz Chabior) i dzieci: Wojtek (Filip Ochiński), Marysia (Weronika Kosobudzka), Ola (Julia Janiszewska) i Kuba (Jakub Bargiel). Zachwycił mnie swoją grą Janusz Chabior, który przedstawił postać seniora rewelacyjnie. Ucharakteryzowany na starszego mężczyznę aktor genialnie zaprezentował szereg uczuć, jakie towarzyszyły głowie familii. Robert Więckiewicz jako surowy wampir z ogoloną głową wyglądał groźnie, ale miał miękkie serce. Małgorzata Buczyńska w roli Bożeny przejawiała typowe cechy marudnej żony - ciągle prosiła męża o przeprowadzkę do miasta, bo tam są lepsze perspektywy na przyszłość. 
         Na wyróżnienie zasługują także aktorzy: Krzysztof Stelmaszyk jako komendant oraz Przemysław Bluszcz i Katarzyna Kwiatkowska grający policjantów. Działania funkcjonariuszy były zabawne i smutne, bo ukazywały niemrawe akcje poszukiwania zaginionych ludzi. Bardzo podobała mi się również rola Jacka Konana, który wcielił się w postać listonosza. Do gustu przypadli mi także: Ewa Ziętek (pani z opieki społecznej), Ilona Ostrowska i Marcin Sztabiński (dziennikarze), Izabela Dąbrowska (żona listonosza), Michał Zieliński (ksiądz), Antoni Pawlicki (ministrant), Jan Monczka (Niemiec), Aleksandra Kisio (Agata). Doborowa obsada była niewątpliwą zaletą filmu. Moim zdaniem na tle innych współczesnych, polskich produkcji ,,Kołysanka" prezentuje się całkiem nieźle. Moja ocena to 7.5/10.

A ja niedawno znalazłam wspaniałą łąkę pełną pięknych maków ^^

piątek, 13 czerwca 2014

Kenia

Siemanko!
Dawno nie było u mnie książki Wojciechowskiej :) Oto moja dzisiejsza propozycja :)




   Tytuł: ,,Kenia" (miniseria ,,Kobieta na krańcu świata")
   Autor: Martyna Wojciechowska
   Okładka: miękka
   Ilość stron: 128
   Rok wydania: 2012









      Lektura jest niewielkich rozmiarów, można ją bez problemu włożyć do torebki. Książka charakteryzuje się również wspaniałymi zdjęciami. ,,Kenię" przeczytałam bardzo szybko, ze wzruszeniem przewracałam kolejne stronice bardzo wartościowego dzieła dziennikarki.

     Na początku lektury poznajemy pokrótce historię afrykańskiego państwa. Kenia znana jest z plemiennego języka Suahili. Warto zaznaczyć, że kraj ten jest niezwykle bogaty kulturowo - dzięki wpływom arabskim i europejskim. Stolica Kenii to Nairobi, a chcąc wybrać się w podróż do kolebki naszego gatunku, należy zaszczepić się przeciwko wielu chorobom. 
        Autorka przekazuje czytelnikowi kilka ciekawostek. Będąc w Kenii na prowincjach - kobiety powinny zrezygnować z noszenia spodni, bowiem taki ubiór jest symbolem prostytutek. W żadnym wypadku nie wolno spożywać nieprzegotowanej wody. Tubylcy są świetnymi biegaczami - uczą się tego sportu od wczesnego wieku - blisko 60 % dzieci jogginguje codziennie do szkoły. Najgroźniejszym kenijskim zwierzęciem wcale nie jest lew, lecz hipopotam - uciekać należy przed nim slalomem. Afrykańskie państwo jest wspaniałym miejscem dla reżyserów z całego świata. Najsłynniejsze filmy, w których tło stanowi Kenia to: ,,Pożegnanie z Afryką" czy ,,Tomb Raider". 
       Będąc w omawianym kraju, koniecznie trzeba zobaczyć: stare miasto Mombasa, wioskę Masajów czy piękne Parki Narodowe. Safari są głównym celem wielu wycieczek. Kenia jest naprawdę cudownym terytorium - zwłaszcza w okresie Wielkich Migracji, kiedy to ok. 2 mln antylop gnu i 0.5 mln zebr maszeruje z sąsiedniej Tanzanii, poszukując nowego domu.
       Sytuacja kobiet w Kenii nie przedstawia się kolorowo. Są bardzo często gwałcone, nawet przez własnych mężów, którzy mogą mieć 6 żon. Najsłynniejszy poligamista był związany z setką kobiet i spłodził 160 dzieci.

      Bohaterką książki jest 75 letnia Dalphe Sheldrick. Staruszka jest znaną na świecie założycielką schroniska dla samotnych bądź chorych, małych słoników. Każdego dnia mnóstwo dorosłych słoni ginie zamordowanych przez kłusowników. Okrutni mordercy nie zawahają się zabić niewinnych zwierząt, aby tylko dostać upragnioną kość słoniową. Niestety, wiele państw - zwłaszcza Japonia lub Chiny płacą ogromne sumy pieniędzy, żeby otrzymać cenny kruszec. Liczba populacji słoni jeszcze niedawno wynosiła: 1,3 mln, teraz pozostało już jedyne 300 tys. Wiele matek zostaje zastrzelonych bądź zasztyletowanych, podczas gdy malutkie słoniki stają się sierotami. Na wolności nie mają żadnych szans na przeżycie, ponieważ ich obecność przy rodzicielce trwa zawsze do 17 roku życia. 4 letnie słoniki ssą jeszcze pokarm mamy. Pozbawione najważniejszego członka rodziny - szybko umierają.
      W rezerwatach prowadzonych przez Dalphe Sheldric, słonie po kilkunastu latach opieki, mają szansę na powrót na łono natury. Zwierzęta są codziennie wyprowadzane na spacer przez swoich opiekunów, karmione specjalnym mlekiem z witaminami, otulane ciepłymi kocami. Najważniejszą częścią ciała słonia jest trąba, pomaga ona m.in. w powalaniu drzew, obrony przed wrogiem, sięganiu po jedzenie, oblewaniu się zimną wodą będącą prysznicem w upalne dni, pływaniu. Co więcej, trąbą mama daje dziecku klapsa w tyłek, a zakochana w sobie para szturcha się tą częścią ciała - okazując swoje zaloty. Zwierzątka są świetnymi przyjaciółmi, po powąchaniu danej osoby, będą znać już jej zapach do końca życia. Mają również świetną pamięć obrazkową - jeśli ktoś skrzywdził danego słonia, lub członka jego rodziny - ssak będzie wrogo nastawiony do oprawcy. Bohaterka książki miała pod swoją opieką ok. 120 słoni - udało jej się uratować połowę z nich. Te które przeżyły, często wracają do rezerwatu po wypuszczeniu na wolność (jeśli dzieje im się jakaś krzywda, zachorują bądź chcą pochwalić się swoim opiekunom własnym potomstwem). 
         Podczas lektury moje serce kołatało bardzo szybko. Szkoda, że ludzie są potworami i potrafią zabijać dla pieniędzy; niestety cierpią na tym tylko niewinne zwierzęta, dlatego, że bogata elita chce pochwalić się figurką z prawdziwej kości słoniowej. Paradoksem jest to, że często zabawka stojąca na stole egoisty, mającego krew na rękach i duszy - przedstawia postać słonia z podniesioną trąbą... Polecam ,,Kenię" Martyny Wojciechowskiej. Moja ocena to 9/10. 

     Książka bierze udział w wyzwaniach POLACY NIE GĘSI II oraz Odkrywamy białe plamy.

wtorek, 10 czerwca 2014

Przygody polarników

Siemanko!
Dzisiaj recenzja książki, którą znalazłam w Biedronce w cenie 4.99 na półce ,,Tanie czytanie". Już myślałam, że nic ciekawego nie wyszukam, jednak moim oczom ukazała się poniższa pozycja. Kiedy tylko ją ujrzałam, wiedziałam, że muszę ją mieć :)



     Tytuł: ,,Przygody polarników"
     Autor: Paul Dowswell
     Okładka: twarda
     Ilość stron: 144
     Rok wydania: 2006









         Lektura będzie na pewno miłą niespodzianką dla osób zainteresowanych tematyką podróżniczą. Książka składa się z 12 rozdziałów. ,,Przygody polarników" charakteryzują się dużym drukiem, można zauważyć również kilka czarno - białych map, które wskazują szlaki przebyte przez podróżników. Dzieło Dowswella napisane jest w sposób ciekawy, z uwagą śledziłam losy wszystkich osób opisanych w lekturze.
        Autor przedstawia warunki panujące na Antarktydzie i Arktyce. Piękny, lecz mroźny klimat nieprzyjaznej dla człowieka ziemi - był nie lada gratką dla rządnych przygód podróżników już od tysiąca lat, jednak pierwsze poważne próby zdobycia biegunów rozpoczęły się dopiero niecałe 150 lat temu. Aby dojść do punktów najdalej oddalonych do równika, odkrywca musiał cechować się nie tylko determinacją i odwagą ale i pozytywnym nastawieniem do otoczenia. Ważna była również umiejętność planowania tras. Nie brakowało śmiałków, którzy w sposób świadomy narażali swoje życie na śmierć, nie chcieli nie słuchać wskazówek pomocników.
      W książce możemy przeczytać o losach m.in. Frederica Cook, Roalda Amundsena czy Ernesta Shackletona. Przygody polarników są niezwykle interesujące. W ubiegłym stuleciu aby dostać jak najbliżej bieguna, używano statków. Często podróż trwała nawet latami. Dzisiaj zazwyczaj stosuje się samoloty. Można zamówić prywatne loty, aby na kilka godzin znaleźć się na wybranym na Arktyce czy Antarktydzie punkcie, zrobić sobie pamiątkowe foty i polecieć z powrotem do domu . Na biegunach znajdują się stacje badawcze, budowane są bloki, mieszkają ludzie. Coraz rzadziej można spotkać rdzenną ludność zamieszkującą polarne regiony Kanady i Grenlandii - Innuitów. Podróże polarników często były szalone i nierozważne, ale dzięki ich poświęceniu, szkicowanym mapom, naukowcy wysnuli wniosek, że Antarktyda tysiące lat temu była zielonym kontynentem porośniętym paprociami. Pomimo tego, że wszystkie rekordy odkrywania biegunów zostały już pokonane, wielu z polarników nadal decyduje się na grupowe bądź samotne wycieczki na krańcu północy lub południa. W dzisiejszych czasach jednak, podróżnicy mają do dyspozycji szczelne, nieprzemakalne ubrania, lżejsze sanie i w razie konieczności możliwość skorzystania z pomocy helikoptera. Ciężko sobie wyobrazić, że w ubiegłym wieku, ludzie wybierali się na bieguny bez posiadania radia czy GPS-a. Lektura bardzo mi się podobała, moja ocena to 7.5/10.

Książka bierze udział w wyzwaniu Odkrywamy białe plamy

Co prawda nie dysponuję zdjęciami pingwinów, fok czy misiów polarnych, ale chciałam pochwalić się inną rodzinką, którą ostatnio spotkałam w pobliskim stawie. Najpierw ujrzałam stojącą nieruchomo - mamę kaczkę. Podeszłam aby zobaczyć na co ptak się tak patrzy... i zobaczyłam kilka malutkich kaczuszek ukrytych w trawie :) Po kilku ostrożnych krokach, kaczka spojrzała na mnie, podeszła do dzieci i obserwowała moje zachowanie. Tłumaczyłam jej, że chcę tylko podejść bliżej, aby zrobić zdjęcia. Ale jak byłam już obok kaczek, przywódczyni grupy dała ustalony znak dzieciom i hoooop - wskoczyły do wody i odpłynęły :D



niedziela, 8 czerwca 2014

Sen Kasandry

Cześć!
Dawno nie oglądałam żadnego interesującego filmu, więc postanowiłam to szybko zmienić :)



     Tytuł: ,,Sen Kassandry"
     Reżyser: Woody Allen
     Gatunek: dramat
     Czas trwania: 1.45 h
     Rok produkcji: 2007










Fabuła:
         Ian (Evan McGregor) i Terry (Colin Farrel) są braćmi. Postanawiają kupić sobie jacht, który miał stać się przedsionkiem do lepszego życia. Niestety, rodzeństwo ma niewiele czasu na pływanie łódką o nazwie ,,Sen Kassandry". Chłopcy podziwiają swojego wujka milionera, był dla nich zawsze wzorem, chwalonym regularnie przez ich matkę. Bracia są znudzeni szarym życiem. Ian marzy o byciu biznesmenem, nie chce dłużej pracować w rodzinnej firmie. Terry jest hazardzistą, próbuje wygrać wielką sumę pieniędzy na zakup mieszkania, niestety pewnego dnia przegrywa cały majątek, a lichwiarze od których pożyczył oszczędności są niebezpieczni. Z pomocą dla siostrzeńców przychodzi bogaty wujek Howard (Tom Wilkinson). Mężczyzna ma dla chłopców pewną propozycję. Czy bracia zdobędą odwagę, aby wykonać polecenie krewnego? 

      Niewątpliwy plus filmu stanowiła obsada. Colin Farrel jako Terry zagrał niesamowicie. Szalenie przypadła mi do gustu rola hazardzisty, który pragnął przyznać się do życiowego błędu i chciał ponieść konsekwencje złego czynu. Mężczyzną targało wiele ujemnych emocji: płacz, smutek, desperacja, depresja. Kolejne dawki tabletek, papierosów czy whiskey miały naprawić zranioną duszę Terry'ego, lecz pogłębiły tylko jego niepokojący stan fizyczny. Przeciwieństwem brata był Ian, w którego wcielił się Evan McGregor. Bohater nie miał problemów z popełnianiem wielu grzechów, aby tylko zdobyć pieniądze i przychylność dziewczyny. Nie pojmował zachowania najbliższego krewnego; uważał, że Terry jest słabą jednostką. Przyznam jednak, że brytyjski akcent artysty czasami stawał się irytujący. Hayley Atwell w roli Angeli przekonała mnie, że zawód aktorki wiąże się z wieloma oryginalnymi ofertami, nierzadko niemoralnymi. Partnerka Iana nie zawahała się przespać ze znanym reżyserem w zamian za otrzymanie propozycji wystąpienia w filmie. Angela charakteryzowała się kosztownym stylem życia i oczekiwała od swojego chłopaka, że będzie ją zawsze rozpieszczał drogimi prezentami. Sally Hawkins jako Kate po raz kolejny przykuła moją uwagę. Kiedy widziałam ją w ostatniej produkcji Allena ,,Blue Jasmine" byłam zachwycona jej grą. W ,,Śnie Kassandry" aktorka spełniła moje oczekiwania, z przejęciem przyglądałam się jej postaci na ekranie. Tom Wilkinson, który wcielił się w wujka głównych bohaterów, bardzo dobrze przedstawił sylwetkę znanego milionera. Howard przesyłał swojej rodzinie dużo pieniędzy, aby jego bratankowie mogli spełniać swoje marzenia. Siostra bogacza całe życie chwaliła krewnego, był dla niej wzorem. Mężczyzna miał ogromny majątek, na który ciężko pracował.... nieuczciwą grą. Howard wyjaśnił bliskim, że aby zostać milionerem trzeba odrzucić etykę moralną; okazało się, że był bezwzględnym egoistą, a nawet chciał skrzywdzić członków swojej rodziny, bowiem ze zrealizowania okrutnej decyzji, uzyskałby korzyści tylko dla siebie.
        Bohaterowie są przykładem rozpadu szczerego braterskiego uczucia. Ian i Terry zawsze mogli na sobie polegać. Od momentu, kiedy połączyła ich przerażająca tajemnica, przyjacielskie stosunki rozluźniły się. Rodzeństwo zaczęło się od siebie oddalać, chłopcy nie potrafili się wzajemnie zrozumieć. Ciekawym rekwizytem - został w produkcji jacht ,,Sen Kassandry". Był on wizją poprawy przyszłości, stał się świadkiem końca marzeń obu braci. Po obejrzeniu dramatu, odbiorcy zapadają w stan refleksji. Za interesujący element filmu uważam również trzymającą w napięciu muzykę, której rytmy (zgodnie z wymogami fabuły) były lekko schizofreniczne.
       Produkcja bardzo mi się podobała. Poruszyła ważny problem jakim są... wyrzuty sumienia. Woody Allen zadał widzowi pytanie: czy po przekroczeniu pewnej granicy przestępstwa, człowiek jest w stanie nadal poprawnie funkcjonować? Film oscyluje wokół tematu: zbrodni i kary. Oceniam ,,Sen Kassandry" 9/10. 

A ja cieszę się w końcu piękną pogodą i doceniam uroki pobliskiej natury :)