piątek, 24 maja 2013

Zdobycze 3

Witajcie!
Chciałabym pokazać Wam moje prezenty jakie dostałam w tym tygodniu:) jestem w szoku, bo chyba nigdy nie otrzymałam tylu rzeczy w tak krótkim czasie. Co więcej, mieszkam na czwartym piętrze bez windy i listonosz wchodzi codziennie na górę ok. 10 minut - cały zasapany z miną maksymalnego zdenerwowania. Ale do rzeczy :D

Po pierwsze, moja cudowna nagroda, którą wygrałam na blogu http://tworczynielad.blogspot.com/ . To moja pierwsza blogowa wygrana i pewnie ostatnia. Odebrałam od zipiącego listonosza przesyłkę i z drżącymi rękami otworzyłam kopertę. Moim oczom ukazały się cuda ^^ Niesamowite kolczyki i bransoletka ręcznie robione!! Zapakowane w ślicznym pudełeczku, obwiązanym sznureczkiem. Prezenty na żywo prezentują się jeszcze lepiej niż na zdjęciu! Byłam bardzo zaskoczona i szczęśliwa.  Myślę, że to fantastyczna nowość :) A kolczyki są dosyć duże, większe niż wyglądają na zdjęciu :) Wszystkim znajomym bardzo się podobały, dlatego też od dziś to moja ulubiona biżuteria :) Zainteresowanych zapraszam na powyższego bloga, bo jest rewelacyjny i są na nim ręcznie stworzone cuda. Polecam serdecznie, nawet na prezenty dla najbliższych. A oto i moje dobra ^^ Klikając na zdjęcie, można zobaczyć dokładniej. A Kasi jeszcze raz bardzo dziękuję <3


A to inne paczki jakie dostałam :) W poniedziałek otrzymałam pastę do zębów:)


We wtorek przemiły listonosz przyniósł mi kremiki w kosmetyczce wygrane na fejsie. A informacje o konkursie tam się odbywającym dostałam od http://cosmetics-my-live.blogspot.com/ .To mój ulubiony blog, z którego zawsze czerpię informacje o pewnych konkursach czy próbkach. I to nie byle jakich :))


Środa: moje 2 wygrane od Beaty Pawlikowskiej z konkursów które odbywały się na fejsie. Jestem również zachwycona. Napisałam w e-mailu prośbę o autografy i je otrzymałam :) Dodatkowo 2 zakładki :) Pierwsza wygrana to rozmówki hiszpańskie. Są rewelacyjne, dlatego, że najpierw są zdania hiszpańskie, a potem jak się je czyta - w nawiasie. Wolałabym rozmówki angielskie, ale po hiszpańskie na pewno też sięgnę za jakiś czas. Obecnie uczę się angielskiego z Blondynki na językach angielski - brytyjski. I powiem szczerze, że jestem zachwycona! Dlaczego? Mój ang kulał, w szkole nauczyciele nic nie wymagali, w szczególności miałam problemy z dogadaniem się. Kupowałam mnóstwo kursów w 3 miesiące, słowników, repetytoriów. I co? Nic, efektów żadnych. Leżą i zalegają szafkę. Zniechęcały mnie i nic nie uczyły. Nie wiem czemu, postanowiłam znowu zaryzykować i kupić książkę Pawlikowskiej. Od tej pory się z nie nie rozstaję. Do książki dołączona jest płyta. Najpierw czytam, a potem na głos powtarzam z płytą. Dużo słówek do tej pory czytałam źle. Widzę poprawę, mimo iż jestem równo na połowie książki. Uczę się z ,,Blondynki na językach" niecałe 2 miesiące i polecam każdemu, jeśli ktoś zastanawia się nad wyborem takiej książki. Mój kurs kosztował 29 zł, ale dziś w Rossmanie widziałam go za 14.99, więc myślę, że warto :) Tym bardziej uczy mi się z niego miło, ponieważ dostałam autograf we Wrocławiu, a w książeczce nie ma gramatyki, tylko przydatne zdania i charakterystyczne rysunki. Jak skończę angielski, na pewno kupię inne języki. I zacznę naukę hiszpańskiego z moimi nowymi rozmówkami:)


Druga książka wygrana to ,,Blondynka na Jawie". Cudna jest! Ogromna z mnóstwem obrazków, a jej cena to 60zł :O Dopiero, co została wydana, więc cieszy jeszcze bardziej :) Jak przeczytam zrecenzuję.


W czwartek wybrałam się do Rossmana - zakupy zrobione na pół roku dla całej rodziny. A o to jakie gratisy dostałam przy kasie ^^ Pojemnik na mydełko mnie rozwalił :D


W piątek koleżanka szła do Rossmana, więc jej towarzyszyłam. Kupiłam jeszcze 3 drobiazgi i znów dostałam przy kasie prezenty. To już druga bardzo pakowna kosmetyczka z Palmolive :D


Jestem niesamowicie szczęśliwa i co chwilę narcystycznie spoglądam w lusterko jak pięknie wyglądam w moich boskich kolczykach :D Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłego weekendu!

poniedziałek, 20 maja 2013

Komórka

Hej!
Pisząc ostatnio o ,,Telefonie", słusznie nawiązaliście do innego filmu ,,Komórka". Widziałam go również lata temu, ale postanowiłam przypomnieć sobie tę produkcję w związku z telefoniczną tematyką.


Tytuł: Komórka
Reżyser: David R. Ellis
Data produkcji 2004 
Gatunek: akcja, sensacja
Czas trwania produkcji: 1.34 h

Fabuła: 
Policjanci, którzy zostają przyłapani na korupcji, (i nakręceni niespodziewanie kamerą) pragną zemsty na przypadkowym mężczyźnie, który odkrył ich tajemnicę. Porywają żonę nieszczęśnika, a następnie ich syna. Główna bohaterka: Jessica (Kim Basinger) - sprytna i piękna nauczycielka biologii, nie boi się stawić czoła bandytom (policjantom). Uwięziona na strychu, łączy kabelki zniszczonego telefonu i udaje jej się połączyć z nieznanym, młodym chłopakiem. Owym supermanem jest Ryan (Chris Evans), od którego nie można ani na chwilę oderwać wzroku. Początkowo nieufny całemu zdarzeniu przystojniak, postanawia jednak zaryzykować i pomóc kobiecie. Zaczyna się wyścig ze śmiercią.

Tematyka akcji jest ciekawa. Od jednego telefonu może zależeć czyjeś życie, a nawet egzystencja całej rodziny, która pada ofiarą nieszczęśliwego przypadku. Natomiast mam pewne wątpliwości co do gatunku filmowego. Dodałabym tu również komedię, bo zabawnych wątków nie brakowało. Naprawdę było ich wiele. Zamiast czekać w bezruchu na dalszy przebieg wydarzeń, podśmiewałam się pod nosem. Ryan to prawdziwy superhero. Niewiele osób potrafiłoby tak jak on wykiwać morderców. Co ciekawe, kondycję miał idealną - prawie żadnej zadyszki przy pokonaniu długich tras i skakaniu z wysokości. Był też nieziemsko odważny i pomysłowy, np. wchodząc do sklepu groził pistoletem. Wszystkie sekundy zaplanował do perfekcji, chociaż nie miał czasu do namysłu, człowiek ideał. Co do Kim Basinger.. Myślę, że miewała lepsze role. Ale uwielbiam ją zawsze, mimo wszystko! I chciałabym wyglądać tak znakomicie jak ona w jej wieku. Role drugoplanowe były rewelacyjne. Jason Statham jako niebezpieczny bandyta budził lęk. William H. Macy, który wcielił się w rolę stróża sprawiedliwości, świetnie wykreował osobę sierżanta (żeby tylko wszyscy byli oddani swojej pracy tak jak Bob Monney...). Na parę chwil pojawiła się również była dziewczyna Ryana - Chloe (Jessica Biel), jej postać jednak trochę irytowała.
Moim zdaniem, ,,Komórka" to sensacja połączona z komedią (chociaż to chyba było niezaplanowane). Niemniej jednak, produkcję polecam. Wiele lat temu oceniłam ją 9/10. Od tego czasu, widziałam więcej filmów, spojrzałam więc na dzieło Davida R. Ellisa z innej strony - myślę, że 7/10 będzie jednak sprawiedliwsze. Sam widok Evansa, podnosi ciśnienie :) Przy ,,Telefonie" jednak produkcja ta wypada blado. Thriller - obejrzany przeze mnie w tamtym tygodniu - dostarczył mi mnóstwo emocji, powodował dreszcze, ta komedia sensacyjna jest lekką produkcją na wiosenne i bezsenne wieczory. To mój 14 film obejrzany w tym roku :)
A to muzyczka w tle, kiedy toczył się pościg :)

piątek, 17 maja 2013

Zdobycze 2

Kolejne moje przesyłki, którymi chciałabym się pochwalić :D W ostatnim czasie przyszły do mnie:

Po pierwsze cudowna niespodzianka od http://miss-shonali.blogspot.com/ Byłam zaskoczona taką fajną przesyłką. Wszystko boskie, ale najbardziej spodobała mi się maseczka + peeling do rąk z Perfecty! Niesamowita... a jakie po niej gładziutkie były dłonie. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz z niej korzystam.


Kolejna paczka została zdobyta w akcji,,Przygarnij kosmetyk" u http://antonina-guzik.blogspot.com/
Krem do rąk plus krem do twarzy 40+ (przyszły akurat w dzień imienin mamy, więc super prezent miałam dla niej ;D)


Dodatkowo ucieszyła mnie książka od PAH, którą zamawiałam już hoho jakiś czas temu i myślałam, że się nie doczekam. Ale jednak jest:))


Próbka Sudocremu



 Próbki Malinowy Zdrój - Balneokosmetyki


I nagroda wygrana na Rossnecie. A myślałam, że tam się nie da wygrać!
Oliwka na rozstępy i blizny:) Fantastycznie duże opakowanie i pudełko na lek, który zbyt wielki to jednak nie jest ;D


U mnie jak zawsze, gdy zaczyna się weekend, nadchodzi koniec ładnej pogody. Wietrzysko ogromne, a nad górami można zauważyć czarne chmury. Czuje się nadciągającą ulewę, która wg. prognoz ma potrwać do jutra! Fantastycznie, grr... Może Wy będziecie mieć lepszą aurę, więc miłego weekendu życzę wszystkim odpoczywającym, studiującym i pracującym:)

niedziela, 12 maja 2013

Telefon - film

Prawie połowa maja.. Dalej deszcz, burze, deszcz i deszcz... W tygodniu pojawia się na chwilę słońce, by na weekend standardowo dać pierwszeństwo opadom. Rozumiem już, co oznacza fraza ,,angielska pogoda" :/
Nabrałam ochoty na obejrzenie jakiegoś filmu. Wybrałam ,,Telefon". Widziałam go już dobrych parę lat temu, ale mając w pamięci zachwycenie filmem, postanowiłam zobaczyć go ponownie.


                 


                 Tytuł: ,,Telefon"
                 Reżyseria: Joel Schumacher
                 Data produkcji: 2002
                 Gatunek: thriller
                 Czas trwania: 1.21 h
                 Miejsce akcji: Nowy Jork - a dokładniej budka      
                                        telefoniczna. 






Fabuła:
       Poznajemy głównego bohatera Stuarta (Colin Farrel), któremu towarzyszy młodzieniec będący jego asystentem. W rzeczywistości Stu gardzi chłopakiem i przekazuje mu mnóstwo zadań, składając obietnice bez pokrycia. Pomocnik szefa nie zauważa, ze jest wykorzystywany i z zaoferowaniem wykonuje swoją pracę.
         Pod wpływem impulsu Stuart odbiera dzwoniący w budce telefon. Jeszcze nie wie, że za chwilę rozpocznie się wyścig o jego życie. Głos w słuchawce uświadamia nieszczęśnikowi, że nie zamierza łatwo darować mu życia. Wykonujący telefon terrorysta zna tajemnice i marzenia głównego bohatera. Wie jak zakłamanym człowiekiem jest Stuart, potrafi wyliczyć wszystkie jego grzechy. Dzwoniący sadysta nie zawaha się zabić... Czy Stu wygra walkę o swoją egzystencję? Zapraszam do obejrzenia filmu :)

       Historia thrillera trwającego ok. 70 minut rozgrywa się w pobliżu budki telefonicznej. Ktoś mógłby powiedzieć ,,nuda, nie ma miejsca na akcję!" Odpowiadam: Przez dość krótki jak dla takich produkcji czas, w filmie dzieje się dużo więcej niż często w trwających ponad 2 h reklamowanych nieustannie hiciorach.
         Od początku - aż do samego końca dzieła Schumachera, towarzyszy widzom ogromne napięcie. Siedziałam jak na szpilkach, czekając na rozwiązanie historii. To niesamowite, że można stworzyć tak wciągający film, którego fabułę przedstawiono na niewielkim obszarze.
        Uważam, że na szczególne wyrazy szacunku zasługuje Colin Farrel (prywatnie jeden z moich ulubionych aktorów) wcielający się w postać Stu. Spisał on się znakomicie, stworzył genialną kreację Stuarta - egoistycznego i próżnego cwaniaka, który z każdą minutą stawał się coraz bardziej zrozpaczony, rozhisteryzowany, a z twarzy spływały mu strużki potu. Fantastycznie ukazał towarzyszące nieszczęśnikowi emocje np. nerwowe przełykanie śliny czy drżenie głosu. Farrel miał wówczas 25 lat, czyli praktycznie tyle, ile ja teraz. Zdecydowanie został on obdarzony wielkim i niesamowitym talentem.
         Drugim aktorem, którego należy docenić jest kapitan policji - Forest Whitaker. Dobrze zagrała również Radtha Mitchell, kreując postać żony Stu. Warto także wspomnieć o młodziutkiej Katie Holmes, wcielającej się w rolę Pameli, o której względy zabiegał główny bohater.
       Podsumowując, ,,Telefon" to jeden z moich ulubionych thrillerów. Lubię konkretne filmy, w których ciągle coś się dzieje, a ja nie nudzę się i nie usypiam. Nie potrzeba wcale krwi bądź dziwnych istot z kosmosu aby zapewnić danej produkcji rozgłos. Jeśli dzieło jest dobre, obroni się samo. ,,Telefon" polecam wszystkim, którzy cenią sobie dobre kino - obejrzyjcie ten thriller w wolnym czasie. Moja ocena to: 10/10. A jutro znów poniedziałek :(

czwartek, 9 maja 2013

Mikołajek ma kłopoty

Witajcie!
Pewnie większość z was słyszała o przygodach Mikołajka. Miłość do tych książek przelał na mnie za młodu mój tato, a ja przekazałam fascynację na najmłodszą kuzynkę. Mam marzenie, żeby zebrać całą serię o małym chłopcu :)



          Tytuł: ,,Mikołajek ma kłopoty"
          Autor: René Goscinny
          Ilustrator:  Jean-Jacques Sempé
          Okładka: twarda
          Ilość stron: 144
          Rok wydania: 2007
          (pierwszy egzemplarz: 1982 - pod tytułem:
                     ,,Joachim ma kłopoty")






          Książka jest piątą częścią historii o Mikołaju. Opowiadania nie są ze sobą powiązane, więc lektury można czytać nie po kolei. Dzieło Goscinny'ego jest małego formatu, charakterystyczne dla całej serii są humorystyczne rysunki. Książka została podzielona na 16 rozdziałów, czyta się ją bardzo szybko. Warto dodać, że te nowsze wydania mają po 600 stron (a wiele z nich jest pustych), w których umieszczono mnóstwo zbędnych informacji, aby lektura była większa objętościowo - co znaczy droższa.
         Książka została napisana specyficznym językiem, który ma za zadanie bawić odbiorców (warto przypomnieć, że autor - Rene Goscinny, jest również twórcą komiksu o Asteriksie). Głównym bohaterem lektury jest Mikołajek - francuski chłopiec, uczęszczający do szkoły i zdawać by się mogło - nigdy nie rosnący, bo ciągle jest w tym samym wieku. Uczeń ma mnóstwo przygód w szkole i w domu, a do jego najlepszych przyjaciół należą: Maksencjusz, Joachim, Rufus, Kleofas, Euzebiusz, Gotfryd i Alcest. Dzieje dziecka są naprawdę śmieszne, a moim ulubionym rozdziałem jest ,,Robiliśmy z tatą zakupy", kiedy to ojciec Mikołaja ma żal do żony, że ta wydaje za dużo pieniędzy i wraz z synem postanawia udaje się na targ, by udowodnić wybrance, iż sam potrafi zainwestować oszczędności w sposób bardziej ekonomiczny. Tę książkę bardzo lubię, czytałam ją już mnóstwo razy i nigdy mi się nie znudzi! Uważam, że lektura jest idealna na odprężające wieczory, a moja ocena wobec niej to 10/10. A czy Wy znacie Mikołaja? :)


A poniżej moja ulubiona w ostaniach dniach piosenka. Uzależniłam się od niej, a i teledysk też całkiem niezły :D Pozdrowienia z Dolnego Śląska w ten burzowy wieczór ;)

niedziela, 5 maja 2013

,,Upiór w operze" z muzyką na żywo

Siemanko!
Z racji tego, że cudowna majówka upłynęła pod znakiem deszczu i wszystkie plany licho wzięło, trzeba było urozmaicić sobie ten długi weekend, aby nie zleciał jak każdy inny. Co zatem można robić podczas niesprzyjającej pogody? Rozrywek nie ma za wiele, monotonia... Koleżanka złożyła propozycje - chodźmy się trochę ukulturalnić! A ponieważ kino w moim mieście funkcjonuje z opóźnionym repertuarem (ludzie zdążą obejrzeć dane filmy dużo wcześniej w większych miejscowościach lub na komputerze), odwiedzam je rzadko. Baaa, nawet bardzo rzadko, bo byłam ostatni raz byłam w nim kilka lat temu.. Ale tym razem repertuar był nieco inny: Kino nieme - ,,Upiór w operze" z muzyką na żywo. Hmm tylko czy byłby to odpowiedni seans dla mnie? Ze wstydem stwierdzam, że trochę ignorantka artystyczna ze mnie w kwestii dawnego kina. Faktycznie trochę słabo nie znać klasyków, a głowę pakować wyłącznie coraz to nowszymi ,,hitami" filmowymi, których fabułę zapominamy często już po kilku dniach. Generalnie mając na uwadze kino bez dźwięku, kojarzy mi się jedynie ,,Flip i Flap" (oglądałam bardzo często w dzieciństwie). Zważywszy na to, że innych rozrywek w mieście - pokrytym szarością nie było, postanowiłam wybrać się do kina, zaciekawiona szczególnie tym bonusem - muzyką na żywo.

        Przyznam szczerze, iż nigdy nie byłam na takim wspaniałym wydarzeniu. Nie przypominam sobie, żebym wyszła kiedyś z kina tak bardzo zachwycona.. Bez wątpienia, był to jeden z najprzyjemniej spędzonych wieczorów a moim życiu! Ale od początku..
     Sala została praktycznie cała zapełniona przez spragnioną wrażeń publiczność, wszyscy czekali z niecierpliwością na spektakl. Na scenie pojawiły się instrumenty: perkusja, 2 kontrabasy, gitara, skrzypce.. Następnie zza kulis wyłonili się młodzi, zdolni muzycy. Dwójka z nich była boso, a jedna z dziewczyn w bluzeczce na ramiączkach. W pomieszczeniu było niezwykle zimno, pod koniec seansu myślałam, że zamarznę, chociaż miałam na sobie kilka swetrów, więc patrząc na kobietę - miałam dreszcze (mam cichą nadzieję, że kontrabas ją rozgrzał).
       Po dłuższej chwili film rozpoczął się. Kiedy na ekranie pojawiły się postaci, rozbrzmiały instrumenty - baletnice tańczyły w rytm perkusji i kontrabasów! Muzyka była głośna, ale właśnie taką lubię, tworzyła niesamowity klimat, prawdziwa uczta dla naszych uszu! Publikę ogarnęło wszechobecne wzruszenie. Niemy upiór załkał, a jeden z artystów - znajdujący się na scenie, zagrał rzewnie na pile, która wydała dźwięk płaczu.
      W pewnym momencie zapatrzyłam się na młodego człowieka orkiestrę, który wcześniej używał skrzypiec, a następnie odłożył je na bok i wstał. Mężczyzna stał się dyrygentem - machał głową, rękami - istna ekstaza! Nie mogłam oderwać wzroku od zdolnego muzyka; zapomniałam, że film jeszcze trwa - a właśnie działa się w nim kluczowa akcja. Szturchałam koleżankę z podekscytowaniem, by nie przegapiła tak wspaniałego widowiska. Kumpela przez chwilę spoglądała z uznaniem, ale szybko powróciła do przerwanego seansu. Ja dalej nie mogłam oderwać oczu od fantastycznego dyrygenta. Na szczęście ten przeoczony przeze mnie moment, psiapsióła opowiedziała mi po wyjściu z kina, także nie żałuję, że go nie widziałam :)
      Po zakończonym przedstawieniu, młodzi ludzie powstali i ukłonili się. Tym razem koleżanka trąciła mnie ramieniem i krzyknęła: ,,Spójrz! Ta dziewczyna ma bluzkę na szeleczkach! Ona musiała porządnie zmarznąć!". Opanowując dreszcze odparłam, że widziałam jej ubiór od początku.. Mam jednak nadzieję, że młoda gwiazda się nie przeziębiła :/ Podziwiam takich ludzi, którzy mają pasję, talent. Zazdroszczę im, że odnaleźli swój cel w życiu. A ja cóż.. Nie gram na niczym, nie tańczę, nie śpiewam, nie mam zdolności aktorskich itp. Dosłownie - bida z nędzą. Aczkolwiek cieszę się, że mamy taką utalentowaną młodzież i kibicuję im ogromnie! Jeśli chodzi o mnie... wierzę, że mimo wszystko na swoją drogę jeszcze natrafię, najwyżej tylko trochę później - ale poczekam :)




Tytuł: ,,Upiór w operze"
Reżyseria: Rupert Julian, Edward Sedgwick,
                Ernst Laemmle, Lon Chaney
Rok produkcji: 1925
Czas trwania: 1.33 h
Gatunek: horror




    Opowieść o upiorze jest jednym z pierwszych horrorów, jakie powstały w Ameryce - bez wątpienia stała się klasykiem światowego kina. Akcja filmu toczy się w Paryżu w gmachu opery.
       Fabuła: 
     Trwają przygotowania do sztuki ,,Fausta". W głównej roli obsadzono Carlottę, która dostała od anonima groźne ostrzeżenie, że zastąpi ją Christine. Upiór o sympatycznym imieniu - Eric jest  mistrzem czarnej magii, a jego miłość życia to Christine. Kobieta pobiera lekcje śpiewu u czarnoksiężnika, jednakże nigdy go nie widziała, może ujrzeć tylko cień nieznajomego.
     Niespodziewanie Carlotta zachorowała, co poskutkowało niemożnością wystąpienia na scenie, wobec czego została godnie wymieniona (przez wybrankę Erica). Jednakże zbliża się kolejne przedstawienie, ale tym razem Carlotta ignoruje ostrzeżenia Upiora. Podczas odgrywania swojej kreacji, w operze gasną światła i nastaje ciemność. (I dalszy moment przegapiłam, obserwując dyrygenta... W każdym razie zdolna artystka już nigdy więcej w filmie się nie pojawiała, więc można wywnioskować, co się z nią stało).
       Christine postanawia posłuchać głosu mistrza. Odrzuca uczucia do Raoula - swojego ukochanego, wybiera karierę. Eric zabiera ją do lochów pod ziemią i wyjawia historię - dlaczego jest taki przerażający (ale żeby dokładniej się tego dowiedzieć, muszę koniecznie przeczytać książkę). Co się stanie w dalszej części horroru? Zapraszam na seans filmowy :)

    Produkcją jestem zachwycona. Wiem, że niektóre momenty były w niej groteskowe, przerysowane, dominowały gesty teatralne. Ale data powstania horroru, wszystko wybacza. Pierwsze filmy - nieme, zdecydowanie mają w sobie urok. Aktorzy pierwszoplanowi: Mary Philbin (Christine Daae), Lon Chaney (Upiór) oraz Norman Kerry (Raoul de Chagny) wykreowali genialne postaci, które na zawsze zapisały się w historii kina. Bałam się widoku Erica, co prawda był on dość przerażający, ale nie w takim stopniu - jak się spodziewałam. Produkcja otrzymuje ode mnie ocenę 8/10. Być może jest to nota zawyżona, ale moja odczucia po ujrzeniu napisów końcowych i wysłuchaniu oryginalnej oprawy muzycznej były niezapomniane! Oglądając horror na komputerze czy przed tv, moje emocje na pewno wyglądałyby inaczej - film w moich oczach zapewne nie wypadłby tak spektakularnie.
        Dlatego apeluję do Was.. jeśli zobaczycie podobne wydarzenie u siebie w mieście, nie zastanawiajcie się - idźcie, bo naprawdę warto! :)) P.S. To mój drugi wypad do kina w tym roku. Ah.. gdyby tak się udało mi się odwiedzać to miejsce raz w miesiącu? Ależ byłoby pięknie kontynuować ten etap ukulturalniania się :D A jak wam upływa majówka? Pozdrowienia z zachmurzonego Dolnego Śląska!