niedziela, 30 listopada 2014

Rio Anaconda

Siema!
Ostatnio będąc w Wałbrzychu odwiedziłam galerię handlową, gdzie gościem specjalnym był Wojciech Cejrowski. Po promocyjnej cenie zakupiłam u niego ostatnią książkę do mojej brakującej kolekcji podróżniczej. Do stoiska pisarza podchodziły pojedyncze jednostki, nie było żadnego tłoku, więc autor spokojnie podpisał mi lektury i ustawił się do pamiątkowych fot. Teraz pozostaje mi już tylko czekać na kolejne przygodowe dzieła dziennikarza. 





        Tytuł: ,,Rio Anaconda"
        Autor: Wojciech Cejrowski
        Okładka: twarda
        Ilość stron: 439
        Rok wydania: 2006










        Książkę przeczytałam dosyć szybko (4 dni). ,,Rio Anaconda" została podzielona na 8 ksiąg, z których każda zawiera wiele krótkich rozdziałów. Styl pisania Cejrowskiego po raz kolejny mnie nie zawiódł, spodobała mi się czcionka - zmieniająca wielkość i kursywę pod wpływem emocji podróżnika. Opowieści satyryka były szalenie ekscytujące, autor bez wątpienia potrafi zaciekawić czytelnika. Kolejnym plusem egzotycznego egzemplarza jest oczywiście piękne wydanie lektury. Wspaniałe fotografie na pewno zachwycą każdego odbiorcę książki.
       Przygody Cejrowskiego oscylują wokół życia Indian. Satyryk doświadczył na Dzikich Ziemiach w Ameryce Południowej zarówno szczęśliwych jak i smutnych chwil. Autor wielokrotnie podkreślał swój szacunek do żyjących w dżungli plemion. Pomimo braku wykształcenia, analfabetyzmu - Indianie nauczyli się doceniać każdy dzień (dziękując Matce Naturze), zgłębili tajemnice fizyki czy medycyny, stworzyli fantastyczne budowle. 
      Niemal połowa książki została poświęcona magii. Dzicy respektują zdolności szamana, który jest najważniejszą osobą w każdej osadzie. Czarownik potrafi m.in. czytać w myślach, przenosić swoją duszę do obcego ciała, rozmawiać ze zmarłymi, leczyć chorych. Cejrowski wspomina wiele przypadków, kiedy był świadkiem czarów. Ostrzega przed niebezpieczeństwami wynikającymi z wróżenia, przepowiadania przeszłości czy przywoływania złych mocy. 
         Dziennikarz ciekawie opisał zwyczaje Indian np.: tańce, jedzenie, życie seksualne, pojęcia - Boleści i Tchnienia. Życie codzienne Dzikich jest niezwykle trudne - muszą być oni posłuszni Pachamamie, często są nękani przez głód, powodzie, susze i inne nieszczęścia. Jednak największym zagrożeniem dla plemion ukrywających się w dżungli jest... nadchodząca cywilizacja. Lekarze, misjonarze nie potrafią zrozumieć Indian. Szukają Dzikich, aby podać im szczepionki - zarażając ich przy tym katarem czy poważniejszymi chorobami, których mieszkańcy puszczy wcześniej nie znali.
        Cejrowski nie zapomniał o załączeniu relacji historycznych i geograficznych dotyczących Kolumbii. Czytelnik może poznać sytuację polityczną panującą w ojczyźnie Shakiry. W ,,Rio Anacondzie" nie brakuje ciekawostek przyrodniczych np. rodzajów wężów czy różnicy pomiędzy koką a kokainą. Podróżnik przedstawił mnóstwo śmiesznych momentów z pobytu w Ameryce Południowej. Chichrałam się głośno, kiedy czytałam o kocie szamana czy wyciskaniu kleszczy ze wstydliwych części ciała. 
        Lektura bardzo przypadła mi do gustu. Żałuję, że Dzicy coraz częściej wychodzą z dżungli do najbliższych miast. Ci, którzy wracają na łono przyrody zmieniają swoje obyczaje, odrzucają tradycje. Większość Indian jest dzisiaj kompletnie ubranych, a wodzowie uczą się hiszpańskiego - gotując zupę w blaszanych garnkach. Prawdopodobnie, kolejne pokolenia będą znały oryginalne plemiona jedynie z archiwalnych filmów, książek, fotografii... Moja ocena książki to: 9/10. 

,,Rio Anaconda" bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy oraz POLACY NIE GĘSI III .

sobota, 29 listopada 2014

Wycieczkowo 24 - Szczawno Zdrój

Hejka!
Tuż po obejrzeniu Starej Kopalni w Wałbrzychu, wybraliśmy się z kuzynką i jej narzeczonym na podbój pobliskiego Szczawna Zdroju. Swój uzdrowiskowy charakter miasto zawdzięcza: wodom leczniczym, szczawom wodorowęglanom - sodowo - wapniowym. Malownicze miasteczko odwiedza każdego dnia mnóstwo turystów, a popularne sanatoria są zawsze zapełnione gośćmi z całej Polski. 


Deptak w Szczawnie Zdroju


Dom Zdrojowy


Piękny, jesienny ogród




Zabudowania zdrojowe


Pijalnia wód mineralnych


Zasady kuracji pitnej: napoje pije się małymi łykami na 20 - 80 minut przed posiłkiem w ilości jednej szklanki. Chodzenie podczas picia wody leczniczej ułatwia jej wchłanianie przez przewód pokarmowy.

Obecnie w Szczawnie Zdroju znajdują się 4 rodzaje zdrowotnych wód: Dąbrówka, Marta, Mieszko i Młynarz.


Muszla Koncertowa w Parku Zdrojowym


Według parkowego wskaźnika temperatury było jedynie 6 stopni.


Zegarowa wieża Anny - zbudowana w 1818 r.


Zauroczył mnie klimatyczny widok ze szczytu wieży!


Ostatnim etapem naszej wycieczki była wizyta w Jaskini Solno - Jodowej


Jeden 45 minutowy seans w grocie solnej odpowiada 3 dniom pobytu nad morzem. Naturalna sól morska dzięki niezbędnym mikro i makro elementom działa niezwykle relaksująco i wpływa na poprawę samopoczucia. Odpoczynek na leżakach umilały nam m.in. śpiewy ptaszków z głośników. Minimalnie przeszkadzał jednak chrapiący nieopodal pan, który zasnął w ekspresowym tempie :D


Szczawno Zdrój mnie zachwyciło. A jakie jest Wasze ulubione miasto uzdrowiskowe? :)

środa, 26 listopada 2014

Wycieczkowo 23 - Stara Kopalnia w Wałbrzychu

Cześć!
Zapraszam Was na fotorelację z mojej sobotniej wycieczki. Kuzynka Karolina zaproponowała mi zwiedzenie nowo otwartego Centrum Nauki i Sztuki w Wałbrzychu. Obiekt powstał na terenie Kopalni Węgla Kamiennego Julia, którą zamknięto w 1996r.


Pierwsza wzmianka na temat górnictwa węglowego pochodzi z XVI w. Ciekawostką jest, że w Wałbrzychu węgiel wydobywano już 300 lat wcześniej niż na Górnym Śląsku. Kopalnia od momentu swojego powstania aż do zakończenia II wojny światowej nazywała się ,,Fuchs". Przez następny rok obowiązywał termin ,,Julia", a kolejne 4 lata przyniosły zmiany i słynne miejsce przechrzczono na ,,Biały Kamień". W 1950 r. na cześć przywódcy Francuskiej Partii Komunistycznej - kopalnię obowiązywało nowe nazewnictwo ,,Thorez". Od 1993 r. do zamknięcia obiektu - ponownie funkcjonował szyld ,,Julia". 

Rewitalizacja Starej Kopalni kosztowała ok. 1 mln złotych. Od listopada można zwiedzać Centrum Nauki i Sztuki. 16 połączonych ze sobą ogromnych budynków - wygląda imponująco. Obecnie udostępnionych dla turystów jest jedynie 10% wszystkich gmachów, oficjalny koniec przygotowań zapowiadany jest na przyszły rok. 



Górnictwo w Wałbrzychu napędzało całe miasto do życia. Po II wojnie światowej do dolnośląskiej miejscowości powróciło mnóstwo reemigrantów, którzy znajdowali upragnioną pracę w kopalni. Ponowne otwarcie obiektu na pewno zachęci Polaków do poznania historii swojego regionu oraz dostrzeżenia ważnego dziedzictwa przemysłowego. Szczególnie należy docenić ciężką harówkę górników, którzy codziennie schodzili do podziemi narażając swoje zdrowie i życie. Kopalnia Julia charakteryzowała się dużym zagrożeniem wybuchów metanu, utrudniały wydobycie węgla - wyrzuty dwutlenku węgla i skał. Mnóstwo mężczyzn zginęło, bo brakowało im powietrza w trakcie niebezpiecznych manewrów.

Do końca listopada Centrum Nauki i Sztuki można zwiedzać za darmo. Przewodnicy oprowadzają zainteresowanych turystów przez ponad godzinę po otwartych już salach. Ze zdumieniem ujrzałam tłumy zaciekawionych nowo otwartym obiektem osób. Pierwsze pomieszczenie, które obejrzeliśmy mieściło frezarki. 


Następnie, przeszliśmy do hali kuźni. 


Zaciekawił mnie szczególnie piec koksowy.


Kolejnym etapem wycieczki było wejście do hali tokarek.


Po interesującym wykładzie przewodnika, udaliśmy się do kolejnego gmachu - maszynowni.





Przedostatnim punktem zwiedzania było obejrzenie nowoczesnych obrazów w Muzeum Przyszłości.


Najbardziej czekałam na... punkt widokowy. 25 metrową strukturę nazwano wieżą ekologiczną, gdyż w kolejnych latach ma się ona charakteryzować zielonymi pędami roślin pnącymi się na sam jej szczyt.


Małe elementy podziwiane z balkonu.


W oddali kochane góry ^^


Kompleks kopalni prezentuje się doskonale.


Wycieczkę wspominam niezwykle miło. CDN :)

niedziela, 23 listopada 2014

Pitu i Kudłata idą na całość

Hej!
Jak Wam minął weekend? Mój był szalenie intensywny. Odwiedziłam kuzynkę w Wałbrzychu - byłam na spotkaniu z Cejrowskim (który podpisał mi książki i pozował ze mną do zdjęć), poimprezowałam, ukulturalniłam się w teatrze i zwiedzałam ciekawe miejsca. Szczegółowo zdam relację w kolejnych notkach :)

Dzisiaj recenzja książki, którą dawno temu wygrałam w konkursie :)




Tytuł: ,,Pitu i Kudłata idą na całość"
Autor: Leszek K. Talko
Okładka: twarda
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 160










     
      Lekturę przeczytałam bardzo szybko (w ok. 2 h.). Egzemplarz charakteryzował się krótkimi rozdziałami oraz zabawnymi czarno - białymi ilustracjami. Narracja przeprowadzona została z perspektywy dwójki uczniów.
      Historie opowiadali na przemian: trzecioklasista Pitu i jego młodsza siostra Kudłata. Talko napisał książkę w stylu zbliżonym do sławnego ,,Mikołajka". Przyznam szczerze, że przerzucając kolejne stronice lektury - śmiałam się często. Przygody rodzeństwa były zabawne, czas spędzony z literaturą dziecięcą upłynął mi niezwykle miło. Szczególnie podobała mi się relacja Pitu, który podczas zabawy z Frankiem podsłuchiwał ojców - przesadnie przechwalających się swoimi synami.
       Moim zdaniem książkę powinni czytać jednak starsi czytelnicy. Młodsze dzieci mogą pogubić się w bardziej skomplikowanych treściach, ponadto często w lekturze pojawiały się nacechowane negatywnie słowa np. ,,cholera". Moja ocena ,,Pitu i Kudłata idą na całość" to 8/10. Chętnie poznam kolejne dzieła Talko o nieznośnym rodzeństwie.

Książka bierze udział w wyzwaniu: POLACY NIE GĘSI III

czwartek, 20 listopada 2014

Mój rower

Siemanko!
        Nie wierzę jak te listopadowe dni szybko pędzą. Ostatnie tygodnie mam wyjęte z życiorysu; dziwię się, że nie zgubiłam jeszcze własnej głowy. Nawiązując do mojej obecności w komisji wyborczej... Na sali zjawiliśmy się w niedzielę o 6.00. Po południu miałam kilka godzin przerwy, po to aby nabrać sił, gdyż po powrocie do lokalu - zostaliśmy w nim zamknięci na całą noc. Głosy policzyliśmy dosyć szybko - pomimo prawie 50% frekwencji (odwiedziło nas niemal 500 wyborców), mieliśmy mnóstwo pracy. 
      Oczywiście zawiódł system komputerowy i czekaliśmy do godziny 7.00 rano następnego dnia na decyzję Wałbrzycha, który zarządził ręczne uzupełnianie protokołów. Prawie ślepi drukowaliśmy i podpisywaliśmy kolejne strony, aż ostatecznie o 9.15 mogliśmy opuścić salę. Pod drzwiami budynku czekało już na nas mnóstwo rozemocjonowanych i rozjuszonych mieszkańców z pretensjami o opóźnienie w wywieszaniu wyników. No comment... Pobiegłam do mieszkania, wzięłam ekspresowy prysznic i wsiadłam do auta, bo musiałam odwieźć ciocię do szpitala. Niestety, ponad 30 h bez snu spowodowało, że niemal zasnęłam na poczekalni, ale na szczęście nie chrapałam :)
       W komisji byłam już 4 raz i zawsze dziwi mnie zachowanie niektórych ludzi. Oczywiście normą jest kradzież długopisów, które znikały w zastraszającym tempie. Ponadto wyborcy krytykowali urnę, lokum i wszystko dookoła. Jeden mężczyzna widząc książeczkę z nazwiskami, zapytał się o co chodzi z tymi listami ,,Przepraszam, czy to są jakieś pytania i odpowiedzi?", młoda kobieta położyła mi arkusze na stole, bo nie wiedziała, że trzeba je wcisnąć do urny, a inna zawołała ,,Czy to obojętnie, gdzie wrzucę te katy"? Ręce nam opadały... Tak proszę pani, nie ma żadnego znaczenia... najlepiej przez okno - chciało się rzec. Takich mieszkańców było mnóstwo, chyba nie brali nigdy wcześniej udziału w głosowaniu, bo nie wiem jak inaczej można wytłumaczyć beznadziejne sytuacje.

Tymczasem zapraszam na recenzję filmu.



      Tytuł: ,,Mój rower"
      Reżyseria: Piotr Trzaskalski
      Gatunek: Komediodramat, obyczajowy
      Czas trwania:  1.37 h
      Rok produkcji: 2012












Fabuła:
       Żona Włodzimierza ma dosyć nieszczęśliwego życia u boku męża, postanawia uciec do swojego pierwszego ukochanego. Z Niemiec przyjeżdża syn Barbary, chce on odnaleźć matkę, która zawsze się opiekowała swoim chorym partnerem. Paweł obawia się, że jego ojciec nie poradzi sobie sam w codziennych obowiązkach. Niespodziewanie, z Anglii przylatuje wnuczek Włodzimierza. Maciek ma pretensje do taty. Nie zaznał od niego w dzieciństwie miłości, gdyż Paweł pozostawił rodzinę wiele lat wcześniej pod pretekstem kontynuowania muzycznej kariery. Czy Barbara powróci do swojego małżonka? Jaki sekret skrywa Maciek? Czy pomiędzy mężczyznami zapanuje w końcu zgoda? Polecam film Piotra Trzaskalskiego. 

      Przyznam, że od kilku miesięcy coraz chętniej włączam rodzime produkcje. Zauważyłam, że polskie kino nareszcie się zmienia, obecnie ma do zaoferowania już nie tylko dzieła historyczne czy naiwne komedie. ,,Mój rower" bardzo przypadł mi do gustu.
     Film dostarczył mi wielu wzruszeń. Szczególnie w drugiej połowie produkcji miałam przeważnie ściśnięte gardło i mokre oczy. Fabuła na pewno nie cechowała się oryginalnością, bo często spotykam w kinie motyw zwaśnionych pokoleń, lecz dzieło Trzaskalskiego zafascynowało mnie swoim ciepłem. Ogrom emocji, których dostarczyli mi głowni bohaterowie wstrząsnął mną potężnie. Historia trzech mężczyzn mających dobre serca oraz kochających swoje rodziny, lecz nie potrafiących wyrazić swoich uczuć zabudowanych przez ochronny pancerz poruszyła mnie dogłębnie. Ogromnym plusem filmu były piękne krajobrazy. Zafascynowana podziwiałam wspaniałe polskie jeziora. Szalenie podobał mi się również podkład muzyczny. Cudowne melancholijne utwory przepełniały mnie zadumą, skłaniały do refleksji.
     Niewątpliwą zaletą ,,Mojego roweru" była obsada. Artur Żmijewski jako Paweł zagrał znakomicie. Aktor fenomenalnie wcielił się w postać sztywnego ojca, który został surowo wychowany przez Włodzimierza i niepostrzeżenie przejął jego zachowanie. Krzysztof Chodorowski w roli Maćka był wiarygodny. Nie ufał swojemu tacie, dopiero gdy poznał opowieści z dzieciństwa Pawła, zrozumiał, że jego ojciec miał prawo stać się zimnym, niewzruszonym mężczyzną. Michał Urbaniak jako Włodek doskonale przedstawił schorowanego bohatera. Na brawa zasługuje także gra Anny Nehebreckiej (Barbary) i Witolda Dębickiego (Franka).
       Produkcja zmusiła mnie do wielu przemyśleń. Film zawierał kilka ważnych tematów jak: alkoholizm, starość, niedołęstwo. Zapewne większość z nas nie obawia się samotności w przyszłości lecz inwalidztwa, które jest wstydliwym problemem dla staruszków i kłopotem dla rodziny (posiadacze wiekowych babć czy dziadków - wiedzą o czym piszę). Dzieło Trzaskalskiego było przepełnione smutkiem lecz nie brakowało również momentów komediowych. Z radością spoglądałam na rolę Żmijewskiego, który w (przeciwieństwie do granych ostatnio postaci) w ,,Moim rowerze" często tracił opanowanie i chętnie bluzgał. Jeśli chcecie się dowiedzieć skąd wziął się pomysł na tytuł filmu, zachęcam do seansu filmowego. Uważam, że jest to wartościowa produkcja. Moja ocena: 8/10.

sobota, 15 listopada 2014

Marina

Hej!
Dzisiaj zapraszam na recenzję książki :)




   Tytuł: ,,Marina"
   Autor: Carlos Ruiz Zafon
   Okładka: miękka
   Rok wydania: 2012
   Ilość stron: 288











Fabuła:
      15 letni Oscar lubi wieczorne wędrówki szarymi ulicami Barcelony. Pewnego dnia poznaje rówieśniczkę Marinę, która postanawia zaprowadzić go na tajemniczy cmentarz. Dzieci zauważają mroczną kobietę i podążają jej śladem. Od tego momentu życie młodych ludzi zostaje zagrożone. Jaką przerażającą historię usłyszą przyjaciele? Gdzie zniknie Oscar? Jaki sekret skrywa piękna Marina? Polecam dzieło Zafona. 

     Lekturę przeczytałam bardzo szybko. Książka jest małego formatu i charakteryzuje się krótkimi rozdziałami. Autor zapoznał mnie z przerażającym klimatem Barcelony, gdzie jedyne światło pochodzi od złowrogiego księżyca. Zafon zaprezentował hiszpańskie miasto pogrążone w mroku, pełne ciemnych ulic i wielu tajemnic. Niebezpieczne zakamarki Katalonii obserwowały głównie skradające się cienie. 
       Fabuła ,,Mariny" zainteresowała mnie, polubiłam głównych bohaterów. Zakończenie książki było dla mnie zaskoczeniem. Pisarz w kolejnym swoim dziele podkreślił jak cienka jest granica pomiędzy życiem i śmiercią. Lektura obfitowała w czarną magię, strach pokrywał stronice książki. Nie mniej jednak, ,,Marina" należy do zakresu literatury młodzieżowej, więc starszych czytelników książka może nie zachwycić. Dzieło podobało mi się lecz czasami irytowały mnie zawarte w egzemplarzu banalne opowieści i naiwne wydarzenia. Moja ocena to 7/10.

Miłego wieczoru życzę. Ja tymczasem już niedługo idę śnić, bo jutro od rana siedzę w komisji wyborczej, więc muszę się wyspać za dwie noce:) Wybieracie się zagłosować w wyznaczonym okręgu? Pozdrowienia!

wtorek, 11 listopada 2014

Sekstaśma

Cześć!
Dzisiaj post komediowy :)




   Tytuł: ,,Sekstaśma"
   Reżyseria: Jake Kasdan
   Czas trwania: 1.34 h.
   Rok produkcji: 2014
   Gatunek: komedia











Fabuła:
        Annie i Jay są małżeństwem z kilkuletnim stażem. W ich związek niespodziewanie wkrada się monotonia i zmęczenie. Młoda para poświęca cały swój wolny czas dzieciom i pracy. Znudzeni życiem rodzice postanawiają zgodnie z najnowszymi trendami nagrać sekstaśmę, która może stać się antidotum na ich problemy. Zszokowany Jay odkrywa, że intymny film trafił na iPady znajomych oraz szefa Annie. Zrozpaczeni małżonkowie postanawiają skasować wszystkie przypadkowo rozesłane wideo. 

        Film dostarczył mi oczekiwanej rozrywki, wiele fragmentów rozśmieszyło mnie do łez np. sceny z groźnym psem atakującym głównego bohatera. Obsada produkcji przypadła mi do gustu. Jason Segel świetnie zagrał zdesperowanego Jay'a, z przyjemnością obserwowałam momenty z jego udziałem. Camerion Diaz jak zwykle mnie nie zawiodła, jako Annie prezentowała się doskonale, z zazdrością spoglądałam na jej figurę. Rozbawić potrafił mnie również Rob Corddry, który rewelacyjnie wcielił się w rolę Robby'ego.
       Dzieło Kasdan'a wspominam bardzo pozytywnie. Podobała mi się muzyka brzmiąca w tle filmu. Otrzymałam upragnioną dawkę śmiechu, scenariusz mnie nie zawiódł. 
      Produkcja zawiera morał... nie warto nagrywać sekstaśm, bowiem nieoczekiwanie twórcy wideo w przyszłości zostaną jedynie mocno zawstydzeni, a filmik prawdopodobnie pogorszy tylko partnerskie relacje. 
      Komedia będzie idealnym seansem przede wszystkim dla fanów Cameron Diaz. Dzieło Kasdan'a zawiera mnóstwo humoru. Podczas oglądania filmu można się świetnie zrelaksować. Moja ocena ,,Sekstaśmy" to 7.5/10.       

niedziela, 9 listopada 2014

Wilk z Wall Street

Hej!
Dzisiaj notka książkowa o słynnym, światowym oszuście :)





     Tytuł: ,,Wilk z Wall Street"
     Autor: Jordan Belfort
     Ilość stron: 512
     Okładka: miękka ze skrzydełkami
     Rok wydania: 2014










Fabuła:
       Jordan Belfort wychowany w żydowskiej dzielnicy, dobrze znał smak biedy, jednak dzięki swojej inteligencji i umiejętnościom, mając 24 lata został przyjęty do pracy na giełdzie Wall Street. Mężczyzna sukcesywnie awansował, uzyskując ostatecznie tytuł maklera. 19 października 1987 r. wskaźniki akcji natychmiast spadły, a czarny poniedziałek spowodował ogromny wzrost bezrobocia, rzesza ludzi straciła pracę.
       Belfort znalazł zatrudnienie w niewielkiej firmie - inwestującej w akcje śmieciowe. Następnie, założył własny zakład: Stratton Oakmon, gdzie kariera maklera nabrała ekspresowego tempa. Broker zajmował się sprzedażą fałszywych akcji, oszukując bogatych biznesmenów. Belfort prowadził intensywne życie: nagminnie zdradzał drugą żonę z prostytutkami, pił alkohol, brał narkotyki, zakładał kolejne konta bankowe w Szwajcarii. W wieku 35 lat aresztowało go FBI, multimiliarder otrzymał wyrok: 1 rok i 8 miesięcy pozbawienia wolności.

      Znany biznesmen wielokrotnie powtarzał, że był biedny i bogaty, więc nigdy nie zgodzi się ze stwierdzeniem, że pieniądze szczęścia nie dają, gdyż to nie prawda. Belfort miał wszystko, czego tylko zapragnął, bo zarobki maklera oscylowały w ciągu jednego tygodnia ok. 1 miliona dolarów! Niestety, w jego środowisku prochy były równie popularne jak czekolada, więc młody chłopak bardzo szybko uzależnił się od narkotyków. Po 10 latach ćpania z kumplami z branży, broker stracił rozsądek. Wszystkich dookoła podejrzewał o zdradę, spiski, ciągle się bał, nawet ogromne porcje prochów przestały mu wystarczać. 

      Książka została podzielona na 4 księgi, z których każda zawiera kilkanaście krótkich (ok. 10 stronicowych) rozdziałów. Lekturę przeczytałam bardzo szybko w stosunku do obszerności egzemplarza, bo zaledwie w ciągu 4 dni. Belfort napisał biografię prostym językiem, który jest łatwy w odbiorze. Autor nie stronił od przekleństw czy wulgarnych relacji. 
      Postać maklera trudno zdefiniować. Mężczyzna dał pracę młodym osobom, które tylko poprosiły go o wsparcie. Z drugiej strony zarabiane miliony nie były uczciwe, a narkotyki systematycznie odbierały Belfortowi wolność i wrażliwość. Pomimo ogromnego dostatku, na jaki mógł sobie pozwolić broker (kilka domów, służba, wymarzone samochody, odrzutowiec, jacht itd.), jego szczęście rodzinne rozsypało się po kilku latach. 
      Makler docenił swoje idealne życie, dopiero kiedy udało mu się wyjść z nałogu. Był niezwykle mądrym człowiekiem i genialnym mówcą. Już jako mały chłopiec miał problemy z zasypianiem, w głowie pojawiały mu się cyfry, które chętnie liczył. Ciekawostką jest fakt, że mężczyzna osiągnął sukces bez niczyjej pomocy, co zdarza się rzadko, bowiem większość młodych biznesmenów dostaje ojcowskie firmy w prezencie.
       Po przeczytaniu książki zauważyłam jak wiele szczęścia miał sławny oszust. Przeżył w jachcie potężny sztorm na morzu, na haju prowadził samochód, którym spowodował kolizje, ilości narkotyków jakie zażywał przez 10 lat były przerażające i... śmiertelne.

       Na pewno większość z Was widziała film z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Produkcja bardzo mi się podobała, jednak po lekturze Belforta zauważyłam w dziele Scorsese'a wiele nieścisłości. Mnóstwo niezwiązanych ze sobą akcji - połączono. Nie wspomniano nic o próbie samobójczej Belforta, jego wizycie w szpitalu psychiatrycznym czy leczeniu narkomanii. Zaskoczona byłam również chorobą syna głównego bohatera (urodził się z dwoma dziurami w sercu) oraz postaci Chińczyka, który w książce wcale nie był przyjacielem znanego maklera.. lecz wrogiem! Ponadto, w filmie zmieniono imiona istotnych postaci, co także mnie zdziwiło np. Nadine stała się Naomi, a Danny - Donnie.
      4 księga w dziele Belforta była naprawdę smutna. Autor opisywał w niej swoje nałogi, w szczególności narkotyki, które doprowadziły go do obłędu. Po udaniu się na kilka odwyków, makler postanowił zmienić swoje życie, zapragnął być trzeźwym. Od kiedy przestał ćpać, stracił większość znajomych, po aresztowaniu odsunęła się od niego także jego żona. Stratton Oakmon kierowana w późniejszych latach przez Danny'ego, (w filmie Belfort był szefem firmy do samego końca) rozpadła się. Główny bohater po wycofaniu się z własnego przedsiębiorstwa, zaangażował się w interesy ze Steve'm Maddenem z zakresu obuwniczego.

     Książka bardzo mi się spodobała, chociaż ciężko było mi rozgryźć wiele pojęć z tematyki giełdowej. Z ciekawością poznałam życiorys słynnego oszusta. Morał sugeruje, że niesprawiedliwość zawsze zostanie ukarana, bowiem wszyscy fałszerze otrzymali wyroki więzienia. Czy jednak 10 lat prania brudnych pieniędzy (miliardów w ciągu roku) oceniono adekwatnie? Wszak niecałe 2 lata pobytu w obozie karnym nie prezentują się wcale najgorzej. Podobno pierwszy milion trzeba ukraść, a następne wpływają już na konto same. Moja ocena ,,Wilka z Wall Street" to 8/10. Uważam, że tę historię naprawdę warto znać. Teraz poluję na drugą część przygód Belforta :)

środa, 5 listopada 2014

Biegnij Lola, biegnij

Cześć!
Dzisiaj notka filmowa :)


 

     Tytuł: ,,Biegnij Lola, biegnij"
     Reżyseria: Tom Tykwer
     Czas trwania: 1.20 h
     Gatunek: sensacyjny
     Rok produkcji: 1998











Fabuła:
      Manni gubi torbę z zawartością 100 tysięcy marek. Obawia się, że szef mafii, który miał otrzymać pieniądze - zabije go za nieodpowiedzialność. Lola chce pomóc swojemu chłopakowi. Ma tylko 20 minut na zgromadzenie brakującej sumy pieniężnej. Kogo poprosi o przysługę dziewczyna? Czy głównej bohaterce uda się dobiec na czas? Co jest iluzją, a co prawdą? Polecam dzieło Toma Tykwera.

        Według wielu rankingów ,,Biegnij Lola, biegnij" jest obowiązkowym hitem, który musi zobaczyć każdy ambitny kinoman. Zaciekawiona włączyłam produkcję, aby przekonać się na czym polega fenomen filmu. Zachęciła mnie szczególnie informacja, iż jest to dzieło niemieckie, gdyż cenię kino naszych sąsiadów.
      ,,Biegnij Lola, biegnij" jest dość oryginalną produkcją. Swoją konstrukcją przypomina mi trochę ,,Efekt motyla". Jestem pozytywnie zaskoczona, że w tak krótkim czasie udało się opowiedzieć interesującą, nietypową historię. Reżyser zaprezentował widzom zabieg cofania się w czasie, zmianę biegu wydarzeń. Za świetny pomysł uważam szybkie przedstawianie zdjęć przypadkowych osób w przyszłości. Podobała mi się się elektroniczna muzyka w tle. Nadała produkcji mroczny, psychodeliczny wymiar. Największe wrażenie zrobiła na mnie gra Franki Potente, która wcieliła się w główną bohaterkę. Postać Loli była bardzo charakterystyczna - zbuntowana dziewczyna z czerwonymi włosami musiała podjąć niebezpieczne zadanie, które wydawało się być niemożliwe do dokonania. Moritz Bleibtreu jako Manni także udowodnił, że posiada talent aktorski - świetnie przedstawił szereg emocji towarzyszących uwikłanemu w mafijne porachunki chłopakowi. 
      Film przede wszystkim zwraca uwagę na towarzyszące nam w życiu codziennym niedoceniane szczegóły. Czasami wystarczy skręcić w lewo zamiast w prawo, spóźnić się kilka minut, zagadać do nieznajomego przechodnia - a może zmienić się całe nasze bądź przypadkowych osób życie (niespodziewany wypadkek samochodowy, spotkanie prawdziwej miłości, znalezienie banknotu pieniężnego, przyłapanie krewnego na romansie itd.).
          Produkcja podobała mi się, jednak nie zachwyciła mnie tak jak się spodziewałam. Przez większą część filmu główna bohaterka biegała z rozwianymi czerwonymi włosami. Nie żałuję jednak, że zdecydowałam się na wybrany seans, gdyż dawno już nie widziałam tak oryginalnego dzieła. Moja ocena 6/10.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Czas motyli

Hej!
Dzisiaj zapraszam na recenzję niesamowitej książki. Powieść powstała na podstawie prawdziwych wydarzeń.





     Tytuł: ,,Czas motyli"
     Autor: Julia Alvarez
     Ilość stron: 424
     Okładka: miękka
     Rok wydania: 2014










     Rodzina Mirabal żyje spokojnie w Dominikanie. 4 siostry: Patria, Dede, Minerva i Maria Teresa wyjeżdżają do szkół. Wraz z upływem lat, sytuacja w państwie staje się coraz bardziej niespokojna. Wyspą rządzi dyktator Trujillo, ludzie działający w opozycji zaczynają znikać w tajemniczy sposób. Społeczeństwo decyduje się na podziemną walkę z krwawym reżimem. Dorosłe już panie Mirabal przyjmują pseudonim ,,Las Mariposas" (motyle). 
    Siostry pomimo towarzyszącego im paraliżującego strachu, dzielnie przeciwstawiały się władzom. Niestety, 25 listopada 1960 r. - Patria, Minerva i Maria Teresa zostały brutalnie zamordowane (pobite na śmierć) wraz z ich szoferem, po tym jak wracały górskim szlakiem do domu, odwiedziwszy wcześniej swoich mężów w więzieniu. Mieszkańcy Dominikany byli wstrząśnięci okrutnymi wydarzeniami, w lud wstąpił nowy duch walki. Kilka miesięcy później, w wyniku zamachu stanu, zginął Trujillo. ONZ uznał 25 listopada jako dzień walki z przemocą wobec kobiet.

      Dookoła nas, w większości państw dochodzi do niewinnego przelewu krwi. Znamy napięte sytuacje w Syrii, Iraku, Egipcie, Libii, Somalii, Korei Północnej itd. Czy jednak interesowaliście się historią Dominikany? Równolegle do przewrotów na Kubie, dyktator Trujillo sprawował władzę na sąsiedniej wyspie. Zwycięstwo Fidela Castro, dało nadzieję Dominikańczykom na niepodległy kraj. Oficjalnie do przewrotu doszło w latach 60 po obaleniu krwawego przywódcy. Niestety, niebezpieczne i skorumpowane rządy przejęte przez zaufanych przyjaciół Trujillo trwały faktycznie aż do początku lat 90. Obecnie wyspa kojarzy się głównie z turystyką, a podróżnicy niewiele wiedzą o smutnej przeszłości państwa. 

     Siostry Mirabal wybudowały na wyspie ,,pomnik trwalszy niż ze spiżu". Pamięć o nich jest kultywowana, młode dziewczyny stały się bohaterkami narodu. Najmłodsza z kobiet (Maria Teresa) miała w chwili śmierci jedynie 25 lat! Dominikanki wychowywały swoje ukochane dzieci, wyszły za mąż, opiekowały się mamą, nosiły w sercu nadzieję na lepsze jutro, którego nie dane im było dożyć. Jestem pod ogromnym wrażeniem determinacji sióstr, szczególnie Minervy. Dziewczęta były ze sobą ogromnie zżyte, zawsze sobie pomagały. Książkę przeczytałam bardzo szybko (pomimo obszernej treści), często miałam ściśnięte gardło, a w oczach łzy. Motyle cechowała większa odwaga niż u niejednego mężczyzny, Minerwa i Maria Teresa jako pierwsze z rodziny postanowiły studiować wbrew zasadom władz. Nawet nie przypuszczały, jaką zasadzkę przygotował na nie Trujillo.
    
     Powieść podzielona została na kilka części, rozdziały przedstawiają kolejno przygody sławnych kobiet od wczesnych lat dzieciństwa z perspektywy każdej z nich. Najważniejszym świadkiem jest oczywiście Dede, bowiem ona jako jedyna z sióstr nie została zabita. Bélgica Adela podzieliła się z autorką smutną historią, opowiedziała o dalszych losach członków rodziny. Jej syn został wiceprezydentem Dominikany, a córka Minervy - Minou, ministrem spraw zagranicznych. Uważam, że tę książkę naprawdę warto poznać, szczególnie w obecnym miesiącu - kiedy 25 listopada, miną 64 lata od bohaterskiej śmierci dziewcząt. Moja ocena 9/10.

Oczywiście szybko postanowiłam obejrzeć produkcję opowiadającą o dziejach Motyli.




   Tytuł: ,,Czas motyli"
   Reżyseria: Mariano Barroso
   Czas trwania: 1.35 h.
   Gatunek: biograficzny, melodramat
   Rok produkcji: 2001











       Dzieło Barroso (tak jak się zresztą spodziewałam) było dużo słabsze niż książka. W filmie narratorką została Minerva, która opowiadała zazwyczaj o sobie. ,,Czas motyli" przedstawił losy głównej bohaterki, a zasługi pozostałych sióstr zdecydowanie pomniejszył. Zresztą wystarczy spojrzeć na plakat, gdzie zamiast rodziny Mirabal - możemy ujrzeć Salmę Hayek i Marca Anthony'ego, co sugeruje, iż to oni są najważniejszymi postaciami w produkcji oraz, że film jest komedią romantyczną, a nie ważnym dramatem przedstawiającym rewolucję w duszach słynnych sióstr.
       Produkcja różniła się znacznie od książki. Ekranizacja zaprezentowała pogląd, iż dziewczyny działały w opozycji ze względu na zmarłego ojca, aby uczcić jego pamięć. Zmiana myślenia w sercu Minervy miała miejsce już w szkole, kiedy była nastolatką i nagminnie przekonywała krewne do uczestnictwa w opozycji przeciw reżimowi Trujillo. Kilka istotnych scen nie zgadzało się z wydarzeniami w książce, np. dziewczyny nie pojechały uczyć się do dalekiego miasta w tym samym czasie. Pominięto wiele ważnych wątków m.in. zapisanie się najmłodszej Mirabal - Mate na uniwersytet.
       Niestety, film został wyreżyserowany w języku angielskim. Śmieszyły mnie zdania typu: ,,Good morning, seniorita Minerva" albo zamiast sławnego ,,Viva la Mariposa" - ,,Long live the butterfly"! Nie odczułam prawdziwego dominikańskiego klimatu, tym bardziej, że dzieło Barosso zostało nagrane w Meksyku z większością Meksykaninów w rolach głównych.
      Obsada średnio przypadła mi do gustu, głównie ze względu na wiek aktorów. Nienaturalnie wyglądała 26 letnia Mariana Sánchez wcielająca się w postać 13 letniej Minervy czy 29 letnia Lumi Cavazos jako 16 letnia Patria. Edward James Olmos grający dyktatora Trujillo nudził mnie, ciągle widziałam w nim twarz rodowitego Amerykanina a nie dynamicznego Dominikańczyka. Największe brawa należą się dla odtwórczyni dorosłej Minervy - Salmy Hayek. Aktorka poprawnie wcieliła się w najodważniejszą z sióstr, chociaż zabrakło mi w niej trochę większej pewności siebie i zdecydowania jakie odnalazłam w książkowej Minervie. Epizodycznie w filmie wystąpił także były mąż Jennifer Lopez - Marc Anthony jako Lio. 
      Podobał mi się w melodramacie zawarty bonus w postaci zdjęci Motyli z dzieciństwa oraz kilka ciekawostek o reżimie panującym w ubiegłym stuleciu w Dominikanie. Dowiedziałam się np. że Trujillo w okresie swoich rządów - przyczynił się do śmierci ok. 30 tysięcy rodaków, którzy ginęli głównie nagle w tajemniczych okolicznościach, najczęściej w ogromnych męczarniach poddawani torturom.
      Wzruszyłam się szczególnie podczas sceny finałowej, gdy siostry Mirabal modliły się wspólnie oczekując na straszną śmierć z rąk swoich oprawców. Po seansie filmowym ogarnęła mnie fala refleksji, po raz kolejny doceniłam swoje życie w wolnym kraju, gdzie panuje wolność słowa. Możemy krytykować rząd do woli, popierając opozycję bądź działać w jej imieniu bez strachu, że zostaniemy zamordowani. Moja ocena produkcji to 6/10.

Podsumowując, książka mnie oczarowała, ekranizacja trochę zawiodła. Nie mniej jednak zachęcam do zapoznania się z historią rodziny Mirabal, bo warto poznać krwawą historię odległej wyspy.