poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Wycieczkowo 31 - Świdnica

Hej!
Mieszkam nieopodal Świdnicy i uważam, że jest to jedno z piękniejszych miast na Dolnym Śląsku. Ostatnio przyjechała do mnie na weekend moja najlepsza koleżanka ze studiów magisterskich, więc zabrałam ją szynobusem na wycieczkę. W końcu miałam okazję do zrobienia kilku zdjęć :)

W XI w. Świdnica była targową osadą z kościołem, a 200 lat później już jako miasto zaczęła się szalenie szybko rozwijać. Miejscowość stała się zamożna, kwitło rzemiosło i handel. Ważnym punktem w centrum miasteczka został zamek, mury obronne czy dom kupiecki. W XIV w. Świdnicę za panowania Bolka II uznawano za potęgę biznesową. Dominowała sprzedaż noży i płótna. Dodatkowo, miasto rozpoczęło produkcję win, a lokalnym specjałem - Piwem Świdnickim zachwycano się w całej Europie  (nie sposób mu się oprzeć, polecam!).


W XIV w. Świdnica była na Śląsku drugim miastem - tuż za Wrocławiem,  posiadającym rozległe terytoria i dużą liczbę mieszkańców. Miejscowość ekspresowo rozbudowywano, władzę nad nią przejęła Korona Królestwa Czech, a potem Prusy. W Świdnicy mieszkał Manfred von Richthofen - najbardziej znany niemiecki lotnik, as przestworzy, który podczas I wojny światowej odniósł w powietrzu aż 80 zwycięstw (nazywano go Czerwonym Baronem ze względu na kolor samolotu, jakim latał). Po 1945 r. miasto słynne było ze stacjonujących wojsk radzieckich.

Świdnica jest malowniczym miasteczkiem, średniowieczny układ rynku zawsze mnie zachwycał. Piękne kamienice wskazują na mieszaninę różnych stylów, a klimat miasta kupieckiego czuć na każdym kroku.


Wokół ratusza usytuowano interesujące  fontanny.



Na świdnickim rynku codziennie można oglądać wystawy fotografii, tym razem przyglądałam się niesamowitym zdjęciom z Azji.


 Wrażenie na turystach robi barokowa Kolumna Św. Trójcy z XVII w. (niedawno odrestaurowana).


Najciekawszym pomnikiem w mieście jest Ławeczka Marii Cunitz - pani astronom, która znaczną część życia spędziła w Świdnicy. Kobieta żyła w XVII w., a przedstawiono ją jako uczoną spoglądającą w niebo i trzymającą swoje najsłynniejsze dzieło „Urania propitia”.


Ratusz powstał w wyniku przebudowy domu kupieckiego w XIV w., jednak spłonął dwukrotnie i odbudowano go 200 lat później. Wieża przetrwała I i II wojnę światową lecz runęła w wyniku... nieprawidłowo przeprowadzonego remontu w 1967 r. Ratusz długie lata funkcjonował bez najważniejszego punktu, lecz w 2010 r. podjęto odbudowę wieży, która od 2012 r. rozpoczęła proces przyjmowania gości. 

Wysokość wieżyczki wynosi dokładnie 57.3 m. Na ósmej kondygnacji znajdują się gotyckie okna i przeszklone tarcze zegarowe. Jest to taras zamknięty. 


Na dziewiątej kondygnacji na poziomie 37, 97 m. usytuowany jest otwarty balkon widokowy, z którego można podziwiać cudowne krajobrazy. Wieża otwarta jest od pon. do niedz., a wstęp na nią jest bezpłatny. Wspaniałym pomysłem było umieszczenie na jednym z pięter ekranu, który umożliwia zrobienie pamiątkowego zdjęcia pocztówkowego i przesłanie go najbliższym na e-maila.



 W tle można nawet ujrzeć najwyższy szczyt Masywu Ślęży.


Najdłużej zawsze przypatruję się Katedrze św. Stanisława i św. Wacława. Kościół jest jednym z największych na Dolnym Śląsku, to niesamowita budowla!


Wieża świątyni ma 103 m. - jest najwyższą na Śląsku i piątą co do wielkości w Polsce.


Kościół jest późnogotycką bazyliką. Powstał w XIV w. na polecenie Bolka II Świdnickiego.


Katedrę wpisano do grona 10 Pereł Dolnego Śląska. Oczywiście trafiłam z kumpelą na ślub, w międzyczasie zaczęło padać, więc warunki do zwiedzania trochę się pogorszyły. Wnętrze świątyni było wyjątkowo zbyt ciemne, aby robić zdjęcia, pechowo stało również rusztowanie, nie mniej jednak polecam zobaczenie tego pięknego kościoła. Podoba mi się także teren wokół katedry, co prawda pomnik Jana Pawła II można spotkać niemal w każdym mieście, ale pozytywne wrażenie robią na mnie cytaty z Pisma Św. umieszczone na schodkach.


Drugim najważniejszym zabytkiem w Świdnicy jest Kościół Pokoju. Wybudowali go w XVII w. śląscy ewangelicy. Cesarz Ferdynand III pozwolił w swoim katolickim kraju na powstanie trzech świątyń protestanckich - pozostałe wzniesiono w Jaworze i Głogowie (lecz w tym mieście spłonął). 


Król Niemiec miał wykonać gest tolerancji dla innowierców, ale obowiązywały ich także utrudnienia. Budowa świątyni możliwa była pod następującymi warunkami:
1) kościół musiał być lokowany poza murami miasta i oddalony od nich na odległość strzału armatniego,
2) nie mógł mieć dzwonnicy,
3) nie mógł posiadać szkoły parafialnej,
4) nie mógł mieć bryły przypominającej kościół,
5) musiał zostać zbudowany z materiałów nietrwałych (drewna, słomy, piasku, gliny),
6) okres budowy nie mógł przekroczyć 1 roku.


Świątynia jest symbolem pojednania polsko - niemieckiego ze względu na nazwę oraz wizytę w świdnickim kościele w 1989 r. kanclerza Niemiec Helmuta Kohla i premiera Polski Tadeusza Mazowieckiego, którzy modlili się wspólnie o pokój i porozumienie.


Kościół Pokoju został wzniesiony w systemie szachulcowym. W 2001 r. wpisano go  na listę zabytków UNESCO. Świątynię wybudowano dla jak największej ilości osób, wszak była to tylko jedna z dwóch obiektów w okolicy dla protestantów. Kościół może zmieścić aż 7.500 tys. ludzi.


Najokazalsze loże przeznaczono dla władców ziemi świdnickiej.


Na miejscowym cmentarzu Kościoła Pokoju wspólnie chowano katolików i ewangelików. Ten obszar skłania do wielu refleksji.


Kolejnym, interesującym pomnikiem w mieście są Dziki i Skrzynia Pamięci Świdniczan. W herbie miejscowości znajduje się dzik (symbol odwagi i męskości), więc powstał pomysł odlania zwierząt z brązu. Figury pilnują skrzyneczki, w środku której znajdują się pamiątki współczesnej Świdnicy, zostanie ona otworzona ponownie za 100 lat.


Miasto obfituje w zieleń miejską. W Świdnicy istnieje, aż 8 dużych parków, w których można się zrelaksować obserwując piękną przyrodę. Najbardziej cenię Park Centralny, obecnie przeprowadzany jest remont mostu, więc trzeba poczekać, aż wszystkie ścieżki zostaną ponownie włączone do spacerów.



Jednym z moich ulubionych punktów w Świdnicy jest Zalew Witoszówka. 


Nad wodą spotkać można kaczki i łabądki!


Miałam z Asią szczęście trafić na Wałbrzyski Międzynarodowy Zlot Starych Pojazdów, które meldowały się w Świdnicy.


Świdnica to fantastyczne miasto, z którym związanych jest mnóstwo moich wspomnień. Zapraszam do odwiedzin :)

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Dzikie historie

Siemanko!
Zapraszam na recenzję filmu :)




   Tytuł: ,,Dzikie historie"
   Reżyseria: Damián Szifrón
   Gatunek: Czarna komedia
   Czas trwania: 2.02 h
   Rok produkcji: 2014









Fabuła:
          6 niepowiązanych ze sobą historii, w których główni bohaterowie tracą cierpliwość. Na skutek nerwowych wydarzeń dochodzi do wielu tragedii.

       Argentyńska produkcja zaskoczyła mnie swoim specyficznym poczuciem humoru. Absurd gonił absurd. Scenariuszu nie powstydziłby się sam Quentin Tarantino. 6 opowieści charakteryzowało się niezwykłą brutalnością. Poszczególne rozdziały cechowała oryginalność. Reżyser zaprezentował widzom szereg zachowań ludzkich, które mogą przyczynić się do powstania nieoczekiwanych wypadków. Filmowe postaci często ginęły poprzez swoją próżność, głupotę, nieodpowiedzialność czy po prostu przypadek. 
           Przyznam, że historie były bardzo nierówne. 2 pierwsze opowieści nie zdążyły nabrać tempa, bo już się skończyły. Kolejne 2 zaciekawiły mnie niezmiernie, a 2 ostatnie trwały aż godzinę - czyli tyle, ile 4 pierwsze, więc ich akcja miała czas na rozbudowanie napięcia. Nie potrafię wybrać ulubionej części, bo kilka zaszokowało mnie tak, że długo nie mogłam przestać myśleć o finałowych scenach. Najbardziej moją uwagę przykuł chyba ,,Pan Bombka" - mężczyzna, który ciężko pracował na utrzymanie rodziny, ale jego żona i biurokracja uprzykrzyły mu życie, więc bohatera ogromnie zirytowały pogardliwe oceny i postanowił sam wymierzyć systemowi sprawiedliwość.
         ,,Dzikie historie" są momentami agresywne. Krwawe sytuacje bawią, lecz uświadamiają, że tak naprawdę niewiele trzeba, aby stać się katem bądź ofiarą. Gorzki humor, gdzie trup ściele się gęsto, nie spodoba się delikatnym widzom. Ja lubię tego typu produkcje, więc opowieści mnie zafascynowały, oszołomiły, zniesmaczyły. Nieanglojęzyczny film otrzymał nominację za Oscara w 2015 r. Moja ocena 7/10.

P.S. Ostatnio nie wyrabiam się z czasem, ale w tym tygodniu postaram się nadrobić zaległości na Waszych blogach :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Podróże z tej i nie z tej ziemi

Hej!
Witam Was serdecznie i zapraszam na notkę z serii literatury podróżniczej.





 Tytuł: ,,Podróże z tej i nie z tej ziemi"
 Autor: Józef Baran
 Okładka: miękka ze skrzydełkami
 Ilość stron: 260
 Rok wydania: 2010








           Józef Baran jest poetą, co ciekawe bardziej sławnym za granicą niż w ojczyźnie. Mężczyzna często zapraszany jest na wieczorki poetyckie do różnych zakątków świata, spotyka się z Polonią i uczestniczy w uroczystościach, gdzie tłumacze deklamują jego wiersze innym nacjom. 
            Książkę czytałam ok. 2 tygodni, ale bardzo dokładnie analizowałam każdy opis. Niezwykle podobał mi się styl pisania autora. Baran przedstawiał swoje wrażenia z podróży dokładnie tak jak je czuł, nie upiększał, nie kolorował przygód. Dodatkowo, zachwycałam się poczuciem humoru poety, wiele opisów było szalenie zabawnych, czasami jednak dominowała ironia. Autor wplótł do książki mnóstwo wierszy, które przypadły mi do gustu. Raczej nie interesują mnie utwory poetyckie (chociaż uwielbiam tomiki ks. Twardowskiego), ale propozycje Barana były fantastyczne. Pisarz malował słowami zwiedzany świat w sposób racjonalny, a jakże prawdziwy. Zwracał uwagę na najpiękniejsze w życiu momenty, które często przegapiamy, bo gonimy za szczęściem daleko, nie doceniając tego, co jest blisko. Świetny dodatek stanowiły zdjęcia z wycieczek, chociaż żałuję, że nie dołączono ich więcej.

          Autor zaproponował czytelnikom podróże w głąb 6 kontynentów. Pierwszy rozdział dotyczył Kresów. Baran opisał swoje uczucia z wyprawy na Ukrainę z 1997 r. Byłam u naszych wschodnich w 2010 r. i z tego, co zauważyłam, niewiele się tam od tego momentu zmieniło. Ukraina to piękny kraj, tak bardzo związany z historią Polski. Wiele rodaków pozostało na Kresach, inni chętnie wracają do wspomnień z dzieciństwa, chcą zobaczyć przed śmiercią znajome tereny. Niestety, to państwo ma problemy z własną tożsamością. Panuje tam chaos, brud, bieda. Mieszkańcy, aby zagłuszyć głód piją domowy bimber już od rana. Toalety są w opłakanym stanie - nawet w większych miastach (potwierdzam - najczęściej są to dziury w podłogach), woda i prąd włączane są w określonych godzinach, po ulicach biegają wielkie, bezpańskie psy. Pomimo nieprzyjemnych warunków ludzie są pracowici, chętni do pomocy. Przeszkodą w zjednoczeniu społeczeństwa jest podział na wschód i zachód; w państwie znajduje się tak wiele różnych kościołów, cerkwi, meczetów. Tubylcy nie mogą dojść do porozumienia, są mieszaniną: Ukraińców, Rosjan, Polaków, Tatarów, Turków. W kraju dominuje przerażająca korupcja (np. gdy podróżowałam pociągiem, targowałyśmy się z kumpelami o cenę biletu, którego i tak nie dostałyśmy, bo oficjalnie nie jechałyśmy, a pieniądze podzieliła między siebie i straż graniczną konduktorka). Drogi są pełne dziur, a patroluje je milicja, która obcokrajowcom wlepia mandaty obojętnie za co. Brakuje chęci do podtrzymywania stosunków polsko - ukraińskich na podłożu kulturowym, a szkoda, bo wielu wschodnich sąsiadów działa na rzecz upamiętnienia polskiej historii, ale nasi politycy wolą nawiązywać kontakty z zachodem. 
          Kolejną wycieczkę odbył autor na Cypr, który usytuowany jest na pograniczy Europy, Azji i Afryki. Państwo od lat stanowiło źródło konfliktów pomiędzy wieloma państwami. Ostatecznie w 1974 r. Turcy opanowali 1/3 terytorium Cypru. Kraj jest zawsze słoneczny, temperatury oscylują wokół 40 stopni, częste są pożary. 70% budżetu państwa zasila turystyka, a tylko 7 % rolnictwo. Autora zauroczyły wspaniałe widoki oraz miło wspominał wesele, w którym uczestniczył (brało w nim udział 7 tys gości! Zwyczaj nakazuje przybyć na ślub wszystkim mieszkańcom wioski).
         Następny przystanek podróżniczy Baran odbył w Toskanii. Poeta zachwycał się pięknymi krajobrazami (chociaż przerażały go mordercze 40 stopniowe upały) oraz językiem włoskim (nawet książka telefoniczna tak melodyjnie brzmi). Wszyscy mieszkańcy są głośni i radośni. Tylko skąd nazwa Włochy w języku polskim, skoro to powszechnie znana Italia?
         Pisarz dotarł także do Australii. 80 procent tubylców zamieszkuje obrzeża kontynentu, nieliczny wybrali życie na dalekich farmach - skąd zawsze mają daleko (nawet 40 km do skrzynki pocztowej). Sydney to nowoczesne miasto, ale podobne do wielu innych. Widoki natury kradną serce pisarza, jednak opuszczone wioski, gdzie kiedyś tętniło życie napawają smutkiem. Australia znana była z poszukiwaczy złota, niegdyś przybywali tam mieszkańcy z całego świata zaludniając osady, tworząc bary, kopalnie, poczty, hotele. W jednej mieścinie przebywało nawet 39 tys. śmiałków, dzisiaj żyje w niej jedynie 41 osobników. Rzadko można już spotkać Aborygenów, którzy uciekają od ludzi na pustynie (z łatwością żyjąc w temperaturze nawet 58 stopniowej), gdzie znajdują pożywienie. Rdzenni mieszkańcy zostali wyniszczeni przez białych przyjezdnych, dopiero w 1961 r. otrzymali prawa wyborcze, wcześniej traktowano ich jak zwierzęta. Nowoczesna Australia ma krwawą przeszłość, wszak była więzieniem dla zsyłanych tu do ciężkiej pracy Anglików. W XVIII w. w Wielkiej Brytanii szalała bieda i przestępczość, karano za najmniejsze przewinienia, nawet 11letniego chłopca skazano na powieszenie za kradzież chustki do nosa. Europejczycy wymyślili zatem sprytny proces transportów jeńców do Australii, gdzie rozpoczęto właśnie budowę kraju. Większość więźniów pozostała na błogosławionym lądzie, zakładając mieszane rodziny. Niestety, zachodni towar eksportowy w postaci roślinności czy zwierząt wyparł w dużej mierze oryginalną florę i faunę. Najczęściej spotykanymi ssakami są jeszcze kangury i wombaty, potrącane na drogach przez pędzące samochody.
          Sporo miejsca w książce poświęcił Baran Stanom Zjednoczonym.  Poetę przytłoczył Nowy Jork. Irytował go zaduch ogromnego miasta oraz szybki tłum, który niósł go w przeciwnym kierunku, gdy nie mógł zwolnić. Przerażali go mieszkańcy w większości otyli - odżywiający się szybko i tłusto (40% Amerykanów jest skrajnie grubych ważących nawet ok. 200 kg!). Ludzie muszą ciągle się uśmiechać i być serdeczni, bo to symbol Stanów Zjednoczonych - krainy dobrobytu i tolerancji! Obywatelom, którzy nie chcą być na pokaz szczęśliwi grozi najczęściej zwolnienie z pracy, dyskryminacja w społeczeństwie. Naród, aby żyć zgodnie z nakazanym radosnym regulaminem uzależniony jest od psychotropów - dających krótkie zadowolenie, psychoterapeuci mają napięty grafik, ciągle przybywa im pacjentów. Amerykanie to hipokryci, głoszą hasła o pokoju i wolności, ale chętnie prowadzą wojny, rozwalili systemy w krajach arabskich, wcześniej wymordowali rzesze Indian - obdarli ich z duszy, pozbawili praw, a dzisiaj tak chętnie promują swoje turystyczne osady ich twarzami i organizują smutne, sztuczne rezerwaty. W Stanach Zjednoczonych obowiązują prywatne ubezpieczenia, ludzi na nie nie stać, więc nie płacą składek i nie chorują, bo nie mogą (wizyty w szpitalach by ich zrujnowały). Prawo w Ameryce jest bardzo surowe i respektowane, za kratki trafiają nawet dzieci za drobne przestępstwa. Naród ubożeje tworząc na obrzeżach miast slumsy, a mniejszością stają się Meksykanie - ciężko pracujący w rolnictwie, nie chcący się asymilować i mówić po angielsku (wielu z nich tworzy mafie narkotykowe). Zachodni kraj jest pełen sprzeczności, ale społeczeństwo nauczone być serdecznym jest otwarte dla obcych. Nieznajomi szybko nawiązują kontakty z przypadkowymi przechodniami i w ciągu kilku minut potrafią streścić swoje życie, bo muszą się wygadać. Kolejną przerażającą kartą w dziejach Ameryki jest wymordowanie 99% bizonów (podstawy życia Indian). Oryginalną instytucją jest kościół mormonów, uważany przez niektórych obywateli po prostu za sektę. Nie mniej jednak mormoni traktowani są w Stanach Zjednoczonych z honorami. Co ciekawe, duchowni mają moc nadawania chrztów wstecz, więc korzystając z otrzymanego daru - ochrzcili wszystkich Żydów zmarłych w Holocauście. Baran oczywiście podziwia amerykańską przyrodę, Wielkim Kanion, rezerwaty. Żałuje, że dziewicze tereny są systematycznie niszczone przez człowieka.
          Autor opisał także swoją wyprawę do Singapuru, którego tworzy 80% Chińczyków, a pozostałą większość stanowią Hindusi i Malajowie. Singapur jeszcze pół wieku temu był niemal dżunglą. Dziś jest najlepiej rozwijającym się państwem Azji południowo-wschodniej. Początkowo miasto-państwo było schronieniem dla mafii, prostytutek, oszustów, którzy chętnie napływali z okolic skuszeni prawem raju podatkowego. Z czasem Singapur doznał cudu gospodarczego. Pomimo 3 występujących religii: islamu, buddyzmu oraz hinduizmu - ludzie żyją pokojowo. Najpierw toczyli ze sobą wojny, ale uznali, że nie opłaca im się to z materialnego punktu widzenia, więc wszyscy się tolerują. Kraj nie może rozrosnąć się wszerz, więc powstaje mnóstwo drapaczy chmur z zasadami feng shui (4 wyższe budynki + jeden niższy - na kształt dłoni) o jasnych barwach. Pomimo tego, że państwo upodabnia się coraz bardziej do zachodu, staje się bliźniakiem Europy czy Ameryki, ciągle istnieje wiele tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie, np. Chińczycy wierzą w horoskopy i żyją z ich zaleceniami. Singapurczycy pomimo krwawej historii z Japonią, otworzyli się na ich rynek. Społeczeństwo szybko się bogaci, pieniądze stają się dla nich bogiem. Ludzie są pracowici, a ich głównym zajęciem jest.. jedzenie. Mieszkańcy ciągle jedzą (i nie tyją), a na dzień dobry nie pytają się ,,Co słychać?", ,,Czy jak zdrowie?" lecz ,,Czy dzisiaj już jadłeś?". Niestety, obywatele nie lubią wyróżniać się z tłumu i są honorowi, nigdy nie przyznają się, że czegoś nie wiedzą (zapytani o coś.. nawet jak nie mają pojęcia jaka jest prawidłowa odpowiedź - to szybko coś zmyślą). W Singapurze rządzi jedna partia, nie ma opozycji, ludzie się nie buntują. Panuje cenzura, ale nikomu to nie przeszkadza. Kraj staje się potęgą światową, może pochwalić się własną armią oraz liniami lotniczymi, gdzie stewardessy nie mogą mieć więcej niż 30 lat (każdego roku przybywa do Singapuru 50 mln turystów, a przykładowo - do niewiele mniejszej Warszawy.. tylko 4 mln). W azjatyckim państwie obowiązuje ścisłe prawo karne. Jest czysto, bo za zaśmiecanie ulicy można zapłacić ogromną kwotę pieniężną. Narkotyki czy gwałty są podstawą do skazania na śmierć. Singapur dba o bezpieczeństwo obywateli. Najbardziej rozwijającym się zawodem są taksówkarze, którzy mają łącznie 25 tys. pojazdów! Kobiety nie lubią swojego koloru skóry, chronią się przed opalaniem i chętnie wybielają. Klimat w tym mieście jest gorący, zazwyczaj ok. 30stopni, a wilgotność powietrza ma nawet 95%. Liberalny rynek, ale jednocześnie dyktatura tworzą ciekawe połączenie - zapewniające mieszkańcom pracę, jedzenie i dach nad głową, a najważniejszym atutem jest brak korupcji i biurokracji. Singapur obok Chin i Indii to prawdziwy azjatycki tygrys, o którym Europa milczy, a może warto zwrócić na niego uwagę? To jedyny za Luksemburgiem kraj, gdzie firmy przynoszą tylko zyski. Jeśli nagle biura przestają dawać profity, nie mają szansy na dostanie dotacji - są po prostu zamykane. Niestety, Singapurczycy nie mają czasu na kulturę, zajęci są pracowaniem i liczeniem pieniędzy, zgubili gdzieś po drodze swoje duchowe wnętrze.
          Inną podróż odbył Baran do Maroko. Był pod wrażeniem arabskiego państwa pod względem rozwoju, architektury i czystości w stosunku do innych afrykańskich krajów. Niestety, nadal 70% obywateli to analfabeci. Kobiety ciągle podporządkowane są mężczyznom, którzy interpretują koran na swój sposób, chociaż coraz więcej powstaje ruchów feministycznych. Dziewczęta mogą zawierać śluby już w wieku 16 lat aranżowane przez rodziców (podobnie jak w Singapurze panuje kult ludzi starszych, a nie poświęcanie uwagi najmłodszym - jak na Zachodzie) oraz coraz odważniej się ubierają (nie boją się kupować dżinsów). Islam niestety to w dużej mierze biznes, bo wymagana pielgrzymka do Mekki kosztuje bagatelka 3 tys. dolarów, Ramadan zachęca to poszczenia od wschodu do zajścia słońca za horyzont, więc mieszkańcy objadają się po północy. Codziennym, częstym widokiem są biegające po drzewach kozy oraz panowie oferujący seks cudzoziemkom. Maroko to jedno z bezpieczniejszych państw Afryki, ale ciągle bardzo biedne, żyjące głównie z turystyki. Muzułmanie wierzą jedynie w piekło i niebo, a zmarłych grzebią w ziemi prędko, zaraz po ich śmierci, żeby szybko trafili do swojego miejsca przeznaczenia. Kraj składa się głównie z Berberów (rdzennych mieszkańców) oraz Arabów, którzy są świetnymi psychologami, ich targowiska są najpopularniejsze na świecie, a handlarze dobrze wiedzą, jak wcisnąć podróżnikom swój towar za zawyżoną kwotę, są mistrzami manipulacji. Najlepiej miewają się w Maroko koty - ulubieńce Mahometa, czczone przez społeczeństwo. Kiedyś nadmorskie miasteczko nawiedziło trzęsienie ziemi, które zabiło 15 tys ludzi, osadę odbudowano i dziś w miejscu dawnego cmentarza kąpią się i opalają spragnieni słońca turyści, nawet nie pamiętając o ofiarach żywiołu. Zachodni kraj Afryki nie przeobraził się w nowoczesną cywilizację, wciąż widać tu zabytki starożytności, dlatego jest to tak często odwiedzane państwo. Szkoda, że naród ciągle pozwala na wielomałżeństwo, ekscytując się Mulajem Ismailem - najbardziej płodnym sułtanem z XVII w., który podobno miał 500 żon i nałożnic oraz 800 dzieci!
            Na ostatnią półtoramiesięczną wycieczkę pojechał poeta do Brazylii. To kraj postkolonialny - jest spuścizną Portugalczyków i mieszaniną różnych kolorów skór. Konkwistadorzy (w przeciwieństwie do Hiszpanów czy Anglików) nie gardzili żadną kobietą i zawierali mieszane związki z Indiankami czy Murzynkami, więc społeczeństwo jest bardzo barwne. Dziewczęta jednak nie lubią swojej ciemnej karnacji i wybielają sobie skórę, twierdząc że blada jest piękniejsza. Brazylijki przodują również w operacjach plastycznych, większość kobiet zmienia swój wygląd nie do poznania. Niestety, społeczeństwo w 40% jest niepiśmienne. Kraj charakteryzuje się ogromną przepaścią. W znanych miastach jak Rio de Janeiro czy Brasilia są fawele stanowiące 20% obszaru (jest tam tak niebezpiecznie, że nawet policja boi się interweniować w obszary mafijne). Brazylia cechuje się dwoma porami roku: suchą i deszczową. Autor zachwycał się niesamowitą amerykańską przyrodą, ale narzekał na 40stopniowe upały, które prędko zamieniły się w tropikalne ulewy. Warto wspomnieć o powracających do swoich domów Indianach z plemienia Guarano - lecz pozbawionych już tożsamości, często znarkotyzowanych. W Brazylii żyje mnóstwo różnych narodów m.in. 50 mln chrześcijańskich Libańczyków oraz 2 mln Polaków. Nasi rodacy pracowali bardzo ciężko, aby przerwać trudne warunki - dzisiaj są to już dzieci 6 pokolenia emigrantów z Polski. Wielu z nich nie zna języka ojczystego, inni tylko podstawy, ale wszyscy chętnie chodzą na pielgrzymki pod patronatem Matki Boskiej Częstochowskiej. Baran był zdziwiony radosnym usposobieniem katolików, którzy modlili się pod sztandarem naszej patronki i z uwagą wysłuchiwali kazania w j. portugalskim niemieckiego księdza o cierpieniu Polaków. Brazylijczycy są narodem serdecznym, otwartym, uśmiechającym się. Ich sposobem na biedę jest taniec i śpiew. Nie interesują się literaturą, głównie śledzą losy drużyny piłki nożnej i ćwiczą capoeirę.
    

           Autor doskonale opisał wad i zalety podróży w odległe miejsca. Przyznał, że pomimo ciągłego narzekania Polaków, jest dumny z tego, że urodził się w kraju środkowej Europy. Wycieczki pozwoliły mu docenić nasz najlepszy klimat czy bliskość przyrody: lasów, gór i morza. Wszyscy mają dostęp do edukacji, kobiety nie są podporządkowane mężczyznom, a kraj nie zmienia się na wzór bogatych cywilizacji: klonów betonowej dżungli. Amerykańskie przerażające dzielnice nędzy, kartele narkotykowe, powszechna prostytucja czy azjatyckie tsunami (potrafiące nawet przenieść domy) są na szczęście odległe od Polski; ponadto sztuczne uśmiechy czy bezpośrednia wylewność stają się po dłuższym czasie także męczące. Zachęcam do przeczytania książki Barana, zawiera wiele ciekawostek z różnych odległych państw. Lektura szalenie mi się podobała. Moja ocena: 9/10.

,,Podróże z tej i nie z tej ziemi" biorą dział w wyzwaniu POLACY NIE GĘSI III

niedziela, 16 sierpnia 2015

Zacznijmy od nowa

Siemanko!
Dzisiaj notka filmowa :)




   Tytuł: ,,Zacznijmy od nowa"
   Reżyseria: John Carney
   Czas trwania: 1.44 h
   Rok produkcji: 2013
   Gatunek: komedia muzyczna









 Fabuła:
            Młodzi Brytyjczycy przylatują do Nowego Jorku. Dave nagrywa płytę, autorką jego przebojów jest Greta. Mężczyzna odnosi w Ameryce ogromny sukces, ale rezygnuje z miłości do wieloletniej partnerki. Główna bohaterka spotyka nieszczęśliwego producenta muzycznego. Dan ma pomysł na karierę Grety. Czy dziewczyna zgodzi się zaryzykować współpracę z nieznajomym Amerykaninem? Czy Dave będzie walczył o odzyskanie ukochanej?

           Cieszę się, że zdecydowałam się obejrzeć ,,Zacznijmy od nowa". Potrzebowałam lekkiej opowieści bez przesłodzonych wątków. Scenariusz może nie był specjalnie wyjątkowy, a kilka scen trochę mi się dłużyło, ale produkcja składała się z pięknej muzyki. Warto wspomnieć, że genialny utwór ,,Lost Stars" otrzymał nawet nominację do Oscara. Z rozkoszą słuchałam piosenek przystojnego Adama Levine, który wcielił się w Dave'a. Gra piosenkarza bardzo mi się podobała, byłam zdziwiona, że ,,Zacznijmy od nowa" to debiut aktorski wokalisty. Keirę Knightley uwielbiam, jej rolę Grety oceniam pozytywnie, co prawda nie jestem fanką jej głosu, ale kilka jej ballad z podkładem muzycznym brzmiało naprawdę dobrze (solo miauczała jak kot). Mark Rufallo jako Dan był rewelacyjny, historia ojca tęskniącego za córką szalenie mnie poruszyła. Do gustu przypadła mi także gra m.in. Hailee Steinfeld, Jamesa Cordena czy Catherine Keener.
          Film przedstawił barwne oblicze Nowego Jorku, z przyjemnością spoglądałam na zatłoczone ulice miasta. ,,Zacznijmy od nowa" doskonale odzwierciedlił problem przemiany osobowości muzyków, którzy chętnie porzucają dawne życie dla sławy w świetle reflektorów i młodych fanek. Zakończenie jak dla mnie wymyślono idealne, Greta nie zmieniła się, pozostała sobą - dziewczyną z sąsiedztwa. Dzieło Carney'a nie jest komedią romantyczną, to ciepła opowieść o dążeniu do celu, odzyskiwaniu straconych szans, pielęgnowaniu przyjaźni. Moja ocena: 7/10.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Koncertowo - Tomek Makowiecki

Cześć!
        Moje roczniki zapewne pamiętają program muzyczny ,,Idol", który zyskał ogromną popularność 13 lat temu. Byłam w gimnazjum, kiedy Polsat wyemitował pierwszą edycję, a jej zwyciężczynią została Alicja Janosz. W finałowej czołówce znalazł się przystojny 19letni Tomek Makowiecki, chłopak szybko odniósł karierę i w 2002 r. nagrał pierwszą płytę (z fajnymi przebojami) ,,Makowiecki Band". Minęło kilkanaście lat, prestiż wokalisty znacznie spadł, więc ucieszyłam się, kiedy moja przyjaciółka napisała do mnie, że Makowiec będzie miał koncert we Wrocławiu. Byłam niezwykle ciekawa jego występu. 
        Piosenkarz charakteryzujący się ciepłym, melodyjnym głosem niestety mnie zawiódł. Piosenki z jego nowej płyty to smęty.. Na szczęście Tomka można było posłuchać na Placu Społecznym za darmo, także absolutnie nie żałuję wyboru sobotniego wieczoru. Najbardziej spodobał mi się utwór ,,Holidays in Rome", pozostałe piosenki w zasadzie nie przykuły mojej uwagi, brakowało im przebojowości. Makowiecki nadal wspaniale wygląda, ale to już nie jest ten sam mój dawny idol, którego plakaty wieszałam na drzwiach :) Cóż.. chyba najbardziej pozostanie znany z tego, że jest mężem Reni Jusis. Nie mniej jednak, wokalista był bardzo miły. Chętnie ustawiał się do zdjęć z dawnymi fankami, więc oczywiście i ja poprosiłam o fotkę do mojej koncertowej kolekcji.


Oglądaliście program ,,Idol" ? :)

niedziela, 9 sierpnia 2015

Wycieczkowo 30 - Muzeum Gross Rosen

Cześć!
Dzisiaj ciąg dalszy mojej ostatniej wycieczki, tym razem o przygnębiającym wymiarze. 6 km za Strzegomiem znajduje się Muzeum Gross-Rosen w Rogoźnicy. Skoro byłam już tak blisko, postanowiłam odwiedzić to wstrząsające miejsce. Niestety, GPS nie mógł zlokalizować wioski, więc jechałam intuicyjnie. Z przykrością stwierdzam, że oznakowanie jest bardzo kiepskie, więc robiłam kilka kółek w pobliżu Rogoźnicy i zamiast szacowanych 6 km na liczniku wybiło mi 20 :D W końcu bezpiecznie dotarłam do celu. Muzeum Gross-Rosen czynne jest codziennie oprócz świąt, wstęp dla turystów jest darmowy (o 13.00 można dołączyć się do bezpłatnego przewodnika). Jedyna opłata to 4 zł za parking.

Muzeum Gross Rosen powstało w 1983 r. na terenie byłego hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Obecnie jest to miejsce pamięci ofiar nazizmu. Turyści mogą przyjrzeć się przerażającej historii, przystanąć w zadumie oraz odejść pełnym refleksji i wzruszenia. 

Na Muzeum składają się następujące części: więźniarska, oświęcimska, SS-mańska i kamieniołom. Terytorium ma ponad 44 ha. Niemiecki obóz hitlerowski był jednym z najsłynniejszych w III Rzeszy. Powstał w 1940 r., miał pełnić funkcję przymusowej siły roboczej dla eksploatacji miejscowych zasobów granitu. Więźniowie pod nadzorem SS-manów pracowali także dla 209 firm niemieckich, m.in. Siemensa czy Philipsa.


Do obozu Gross-Rosen przywożono obywateli z 23 państw europejskich. Uwięziono ok. 120 tysięcy ludzi, wśród nich najwięcej było Polaków, Żydów i mieszkańców ZSRR. Ustalono tożsamość jedyne 75 tysięcy jeńców.


,,Nie mogło nam się pomieścić w głowie, że naród o starej kulturze mógłby popełnić tak nikczemne czyny" - Kazimierz Hałgas (więzień KL Gross Rosen nr 1487).

Głównym zadaniem Muzeum Gross-Rosen jest zachowanie pamięci ofiar, przypominanie turystom o ogromnym cierpieniu więźniów oraz zbieranie dowodów materialnych na potwierdzenie istnienia obozu.


,,Obóz Gross-Rosen wydawał mi się olbrzymim, w całości, nawet myślą nie dającym się ogarnąć kombinatem, budzącym grozę zimną doskonałością organizacji" - Henryk Vogler (więzień KL Gross Rosen nr 14927)



Z uwagą czytałam wszystkie informacje dotyczące obozu, wystawa w głównym pawilonie dostarczyła mi ogromnej wiedzy z zakresu historii.




W czerwcu 1941 r. w Gross-Rosen wybuchła epidemia tyfusu (duru plamistego), na którą zapadło ok. 60 więźniów i 1 strażnik osobowy. Obóz zamknięto na jeden miesiąc.



W obozie nie brakowało kobiet, większość z nich nie przeżyła krótkiego pobytu..


Gross-Rosen od początku nastawiony był na eksterminację niepełnowartościowej rasy ludzkiej poprzez wyczerpującą pracę i przerażające warunki egzystencji. Więźniów traktowano ponadto bestialsko, znęcano się nad nimi fizycznie i psychicznie.


Kamieniołom granitu Gross-Rosen dysponował w momencie powstania obozu wyrobiskiem o wymiarach 180x110 m. i głębokości 38 m. Z czasem poszerzono go i pogłębiono (400x110x80). Wydobywany tu kamień używano jako materiał budowlany, drogowy i rzeźbiarski.


Przy pracy w kamieniołomach panowała największa śmiertelność. Jeńcy byli wykończeni, przemęczeni, wygłodzeni i w dodatku szykanowani przez SS-manów. Średnia długość życia więźniów harujących w kamieniołomie nie przekraczała 5 tygodni.


,,Kamieniołom to pewna śmierć" - ze wspomnień byłego więźnia KL Gross-Rosen Sz. S.


Brama główna wykonana została przez jeńców z miejscowego granitu. Oddano ją do użytku w 1944 r., kiedy to zastąpiła stary, drewniany szlaban. Warto spojrzeć na perfidny napis ,,Arbeit macht frei" (Praca czyni wolnym). W pobliżu obiektu stała... orkiestra obozowa grająca skoczne marsze, gdy bramę mijali ledwo żyjący więźniowie często dźwigający na plecach swoich zakatowanych podczas pracy kolegów. 


Obóz otoczony był ogrodzeniem z drutu podłączonym do prądu. 


Uzupełnieniem ogrodzenia Gross-Rosen były 10 m. wieże strażnicze. Usytuowano je obok drutu kolczastego co 100 m. aby strażnik dobrze widział uciekających i szybko reagował strzelając do nich. Wieże wyposażone były w reflektor, karabiny maszynowe oraz system alarmowy.


Latem 1944 r. powstał plac apelowy. 2x dziennie odbywały się na nim zbiórki wszystkich więźniów. Apele (często w deszczu czy śniegu) były sposobem dręczenia jeńców. Tutaj też publicznie wykonywano kary i dokonywano egzekucji przez powieszenie. Czasami plac stawał się boiskiem sportowym.


Jesienią 1943 r. do obiektu włączono kuchnię więźniarską. Posiłki były marne albo nie dawano jeść wcale. ,,Za każdą spadającą kruszyną spoglądały wygłodniałe oczy" Kazimierz Hałgas (więzień KL Gross Rosen nr 1487).


Warto wspomnieć o pawilonie nr 19 - Karnej kompanii. Kierowano do niego więźniów potrzebujących specjalnego nadzoru (zdaniem nazistów). Umieszczano w budynku uciekinierów, spisujących czy osoby planujące sabotaże. Funkcję blokowego pełnił niemiecki więzień Kurt Vogel, od którego kaprysów zależało życie jeńców. Osadzeni pracowali głównie w kamieniołomie, byli też dręczeni psychicznie. W późniejszym terminie blok nr 19 przyjmował także inteligencje i arystokracje (głównie polską).


Bardzo istotnym punktem w Muzeum Gross-Rosen jest Pomnik-Mauzoleum. Odsłonięto go w 1953 r. i umieszczono w nim prochy więźniów pobrane z wysypiska obok krematorium. 



Najważniejszym jednak obszarem jest ,,Miejsce Straceń" usytuowane obok krematorium. Tutaj ofiary rozstrzeliwano bądź zabijano podając truciznę.


Ściana Śmierci to przygnębiające miejsce. Większość zamordowanych osób to ludzie jeszcze tak bardzo młodzi...


Krematorium polowe skłania do wielu refleksji.


W pięćdziesiątą rocznicę likwidacji obozu, w Muzeum powstał pomnik na cześć ofiar faszyzmu.


Kiedy zbliżał się koniec wojny i nadchodziła Armia Czerwona, naziści prędko wyburzali baraki. Nie chcieli pozostawić śladów po funkcjonującym obozie. Zachowało się niewiele budynków - niemych światków krwawej historii.


W pawilonach udostępniono turystom tablice informacyjne o działalności Gross-Rosen. Naprawdę warto poświęcić swój cenny czas aby przeczytać relacje świadków.



Najsłynniejszym obozem w Polsce jest na pewno Auschwitz-Birkenau. Gross-Rosen jest najważniejszy na Dolnym Śląsku. Polecam wizytę w tym miejscu, jeśli będziecie w pobliżu. Warto choćby na chwilę wyciszyć się i oddać cześć pomordowanym. To istotny fragment naszej historii, o którym nie można zapomnieć.