piątek, 31 października 2014

Denko 17 - październik

Cześć!
Nadszedł czas na comiesięczne denko kosmetyczne. W październiku zużyłam wyjątkowo mało produktów ;)


1. Farba do włosów Garnier Color Naturals (7.3. Naturalny Złoty Blond)
Cena ok. 10 zł. Jestem z mojego nowego koloru włosów zadowolona. Co prawda, spodziewałam się trochę innego blondu, a wyszedł dosyć ciemny - wpadający w rudy, jednak polubiłam się z uzyskaną barwą. Po kilku myciach farba się spłukała i rozjaśniła.




Czy kupię ponownie? Tak

2. Serum wygładzające włosy Yves Rocher z wyciągiem z ziaren gombo. 
Bez parabenów i sztucznych barwników. Cena 28 zł. Kosmetyk mało wydajny - starczył mi na miesiąc (a jednak trochę za drogi). Po każdym jego użyciu włosy ładnie pachniały, były dobrze odżywione. Niestety, ciągle zacinała się pompka i serum ciężko było wydostać...
Czy kupię ponownie? Nie


3. Nafta Kosmetyczna z witaminami A i E
Przyznam, że produkt miło mnie zaskoczył. Włosy po regularnym stosowaniu nafty ładnie się błyszczały, mniej wypadały.
Czy kupię ponownie? Tak




 

4. Miniaturka szamponu Alterra (Granat i aloes)
Kosmetyk wygrałam i jestem nim zachwycona. Świetnie się pienił, cudownie pachniał. Moje włosy były odżywione i szczęśliwe. Koniecznie muszę wypróbować produkt pełnowartościowy.
Czy kupię ponownie? Tak



 
 
5.  Krem do rąk z aloesem Aro
Niedrogi kosmetyk, który doskonale nawilżał dłonie, nie kleił się, charakteryzował się delikatnym zapachem aloesu.
Czy kupię ponownie? Tak





6. Woda toaletowa kokos Yves Rocher
Cena ok. 20 zł. Nuta perfum ładna, podobała mi się, niestety bardzo szybko zanikała. Ponadto, produkt nie należał do najtańszych, biorąc pod uwagę jego wydajność.
Czy kupię ponownie? Nie

7. Szczoteczki do zębów oral b 1+1
Cena ok. 7 zł. Z wielu wypróbowanych firm, to do tych szczoteczek wracam najczęściej.
Czy kupię ponownie? Tak

8. Pasta do zębów Colodent - eksplozja wybielania
Produkt absolutnie nie spełnił obietnic producentów, wręcz przeciwnie - mam wrażenie, że moje zęby od czasu używania tej pasty przyciemniały. Nie dorównuje mojemu ulubieńcowi Colgate Total.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

9. Efektima Hialu - Lift hydrożelowe płatki pod oczy. 
Korekcja zmarszczek, zmniejszenie cieni i opuchlizny, poprawa wyglądu w okolicach skóry oczu. Zawierają: złoto, kwas hialuronowy, proteiny soli, witaminy E,C, B3, beta - glukan, alantoina, heparyna, olejek z kwiatów róży, D - panthenol. 

Cena ok 5 zł. Uważam, że to bubel totalny. Po użyciu płatków - nie zauważyłam żadnych pozytywnych skutków. Moje cienie ani myślały się zmniejszyć. Produkt miała również moja mama - jej zdanie na temat płatków jest takie same jak moje. Jedynym plusem relaksu z tymi cudakami był brak alergii. 
Czy kupię ponownie? Nie







10. Plastry na nos - usuwające zaskórniki i wągry dermo pHarma + 4D
Kolejny bubel, który kosztował mnie 6 zł. 2 przylepne do skóry płatki nie usunęły żadnych czarnych, niepożądanych gości. Niedoskonałości było sporo, a wcale nie zareagowały na wspaniałe według producenta działanie plastrów. Nie sprawdziły się w ogóle.

Czy kupię ponownie? Nie







11. Płatki kosmetyczne Ola - 120 sztuk. 
Cena ok. 4 zł. Płatki miło wspominam, nie rozwarstwiały się, były mięciutkie.
Czy kupię ponownie? Tak

W ubiegłym miesiącu wydałam na kosmetyki 66 zł, więc uznaję to za całkiem dobry wynik, tym bardziej, że kupiłam tylko potrzebne produkty. 

Znacie coś z mojego denka? :)

czwartek, 30 października 2014

Polowanie na druhny

Cześć!
Ostatnio miałam chęć na lekką komedię. Kto z Was oglądał ,,Polowanie na druhny"? :)





    Tytuł: ,,Polowanie na druhny"
    Reżyseria: David Dobkin
    Gatunek: komedia romantyczna
    Rok produkcji: 2005
    Czas trwania:  1.59 h.








Fabuła:
      John i Jeremy uwielbiają spędzać swój wolny czas na weselach. Jako nieproszeni goście udają dalekich krewnych z rodziny, aby móc bez przeszkód podrywać młode dziewczyny. Na ślubie córki Sekretarza Skarbu USA panowie zakochują się w drużkach panny młodej. Czy ich oszustwa zostaną w końcu odkryte? A może podrywacze postanowią się jednak ustatkować i ostatecznie dorośleć? Polecam dzieło Davida Dobkina.

      Film spełnił moje oczekiwania, w trakcie jego seansu doskonale się bawiłam. Podczas wielu scen śmiałam się głośno z przygód głównych bohaterów. 
    Niewątpliwym plusem produkcji jest obsada. Owen Wilson poprawnie wcielił się w Johna Beckwith'a. Mężczyzna świetnie przedstawił proces przemiany lekkomyślnego uwodziciela w nieśmiałego marzyciela. Vince Vaughn skradł moje serce rolą Jeremy'ego Klein'a. Aktor rewelacyjnie zagrał przyjaciela Johna. Momenty, w których pojawiał się Vaughn były komiczne. Zachwycił mnie również Bradley Cooper jako Sack Lodge. Artysta genialnie zaprezentował postać wrednego mężczyzny o fałszywym charakterze, cechującym się niezwykle magnetycznym spojrzeniem. Miło wspominam także role: Rachel McAdams (romantyczna Claire), Isla'e Fisher (seksowna Gloria), Christophera Walken'a (rezolutny Sekretarz Cleary) oraz Jane Seymour (ponętna Kathleen).
     Fanom komedii romantycznych polecam szczerze, jeśli macie ochotę zrelaksować się wieczorem przy niezobowiązującym i pełnym dowcipnych tekstów filmie - ,,Polowanie na druhny" powinno się Wam spodobać ;) Moja ocena to 8/10.

wtorek, 28 października 2014

Wyspa na prerii

Siemanko!
Ostatnio udało mi się upolować po promocyjnej cenie w Biedronce najnowszą książkę Cejrowskiego. Zapraszam na moją recenzję :)




    Tytuł: ,,Wyspa na prerii"
    Autor: Wojciech Cejrowski
    Okładka: twarda
    Rok wydania: 2014
    Ilość stron: 296









        Irytują mnie polityczne, religijne poglądy Cejrowskiego, jednak opowiadać o innych krajach on potrafi wspaniale. Z zainteresowaniem oglądam zazwyczaj program ,,Boso przez świat" i po książki sięgam z prawdziwą ciekawością. Podróżnik ma lekki dar pisania, jego anegdoty bawią, zdumiewają a czasem irytują.

      Lektura została pięknie wydana. Świetnym pomysłem było chwilowe zmienianie druku, pogrubianie ważnych informacji, wstawianie wiadomości historycznych, geograficznych. Z radością oglądałam piękne zdjęcia, żałuję, że Cejrowski jest jedynie na jednym z nich (w dodatku na miniaturce), pozostałe fotki przedstawiają głównie naturę i kowbojów. 
        Książkę czyta się bardzo szybko, autor tym razem nie opisuje życia Indian, lecz prezentuje swój domek w USA. Ponad 20 lat temu, kiedy Cejrowski był jeszcze studentem, postanowił on spełnić swoje marzenie z dzieciństwa i pracować na prerii. Wielkie Ranczo - odzwierciedlenie filmowych westernów pasjonowało go od zawsze, więc chętnie pomagał gospodarzom przy różnych robotach, dzięki czemu mógł zobaczyć jak wygląda Dziki Zachód od wewnątrz. Właściciel ziemi postanowił dać pomocnikowi w prezencie kawałek pola z drewnianym domem na pagórku. Cejrowski nie chciał zgodzić się na tak niesprawiedliwy układ, więc rolnik zaproponował mu uczciwą grę w karty. Podróżnik ostatecznie wygrał swój plac, ale honor kazał mu zapłacić za nową nieruchomość. Gospodarz zgodził się na... 200 dolarów. Cejrowski wyciągnął wyznaczoną kwotę pieniężną i stał się oficjalnym nabywcą domu. 
        Autor postanowił wrócić do swojej posiadłości po wielu latach. Nie spodziewał się, że jego domek wciąż będzie na niego czekał. Zainwestował w mieszkanko niewielkie pieniądze i od tej pory często wyjeżdża do Arizony na dłuższe wakacje.

        Cejrowski opisuje codzienne życie kowbojów, którzy mieszkają w małej miejscowości, gdzie przez większą część roku panują upały, a w powietrzu unosi się drapiący preriowy kurz. Bardzo często szaleją wichury, a ludzie spędzają większość dnia w barze - głównym miejscu spotkań tubylców.
        Podróżnik wymienia cechy charakterystyczne mieszkańców: kapelusze, śniada cera, krótkie imiona (jak: Ted, Zed, Ed, Jim itd.), skracanie zwrotów, aby podczas otwierania ust - jak najmniej połknęło się piasku (zatem ,,How do you do" to ,,Howdy" itp.). Czytelnik może poznać zwyczaje kowbojów, którzy np. sprzątają dom poprzez otworzenie wszystkich drzwi - wiatr szybko wymiata czerwony pył (używanie mopa z wodą jedynie rozmazuje brud). W typowej osadzie wszyscy się znają, ale i chronią wzajemnie.
         Podróżnik przedstawia głównie swój monotonny dzień w Arizonie: odpoczynek, podziwianie piękna świata o poranku, picie ulubionych drinków bądź wina, przyglądanie się dzikim zwierzętom, długi proces poznawania zachowawczej społeczności. Wiele stron poświęca Cejrowski ulubionemu niebieskiemu krzesłu czy otrzymanym kotom. Książka zawiera kilka przygód satyryka, m.in. kiedy przyjechał po niego szkolny autobus bądź nieudane próby wymawiania jego imienia przez mieszkańców.
          Teksty dziennikarza śmieszą - wielokrotnie nie mogłam się powstrzymać od głośnego parsknięcia. W trakcie czytania książki poznałam wiele nieznanych mi wcześniej ciekawostek o Dzikim Zachodzie. Nie mniej jednak przeszkadzała mi jedna kwestia - przesadny zachwyt Cejrowskiego nad Ameryką. Denerwowały mnie wstawki typu ,,I tak powinno być wszędzie". Podaję przykład: Supermarket Walmart jest miejscem, gdzie można kupić wszystko, a jeśli wymarzonej rzeczy nie ma - sprzedawcy sprowadzą ją natychmiast z innego stanu. Ceny produktów są bardzo niskie, ponadto każdy uczestnik dostaje do skrzynki pocztowej zniżki, z którymi przychodzi do sklepu. Klient jest panem, więc pracownicy traktują go z najwyższym szacunkiem, ciągle się uśmiechając. Takie miejsca są super - jeśli nie zna się faktów. Niestety, ukryte statystyki wskazują na wyzysk zatrudnionych ludzi w sieci marketów. Ponadto, korporacja włącza się do manifestów innych organizacji przeciwko ciężkiej pracy dzieci w Uzbekistanie. Szefowie zapominają, że w ich hipermarketach łamanie praw człowieka to codzienność, gdyż... sami zatrudniają nieletnich. Kolejnym kontrowersyjnym problemem jest powszechny dostęp do broni. Każdy z mieszkańców ma kilka spluw, aby mógł czuć się bezpiecznie. Najmniejsze pistolety służą do zabawy, aby poćwiczyć sobie strzelanie. Cejrowski kupuje kilka tanich sztuk broni i twierdzi, że to wspaniałe rozwiązanie. W USA należy głośno oznajmiać swoją niezapowiedzianą obecność pod domem znajomego lub nie być niespodziewanym gościem skradającym się po cichu, bo inaczej można zostać zastrzelonym. Ameryka taka wspaniała wcale nie jest, społeczeństwo nie potrzebuje uczyć się drugiego języka, bo przecież ich jest najważniejszy na świecie; każdy mieszkaniec zobowiązany jest do dbania o swój trawnik, czy mu się to podoba czy nie - po prostu taki jest wymóg. Uważam, że każde państwo ma wady i zalety, a zaślepienie wyłącznie samymi pozytywami nie ma sensu.
         Książka mi się podobała, ale niestety nie jest tak rewelacyjna jak ,,Gringo...". Moja ocena to 7/10. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wygląda codzienne życie na Dzikim Zachodzie to lektura dla Was.

Jiii - ha!

,,Domek na prerii" bierze udział w wyzwaniu: Odkrywamy białe plamy.
     

sobota, 25 października 2014

Samotność ma twoje imię

Hej!
Dzisiaj recenzja świetnej książki polskiej pisarki :)





      Tytuł: ,,Samotność ma twoje imię"
      Autor: Monika A. Oleksa
      Okładka: miękka ze skrzydełkami
      Rok wydania: 2014
      Ilość stron: 424








Fabuła:
       Samotność jest natrętna, chętnie zaprzyjaźnia się z wieloma smutnymi mieszkańcami - bez ich całkowitej zgody. Przychodzi do osób starszych, schorowanych, których nikt nie odwiedza, bo potomkowie wyjechali do większych miast bądź za granicę. Przytula kobiety - opuszczone przez przedwcześnie zmarłego męża, mężczyzn - pozostawionych tak nagle przez ukochane żony. Samotność głośno puka do drzwi ludzi zdradzanych przez swoje zawsze idealnie drugie połówki. Nie daje spokoju zdezorientowanym dzieciom, którymi nie zajmują się nieszczęśliwi rodzice. Jest ciągle obecna przy coraz starszych singlach, bo nie spełniły się ich marzenia z młodości o wielkiej rodzinie.
       Ewa ma 42 lata, własne mieszkanie i kota. Dziewczyna dużo pracuje, aby nie myśleć o pustce - skrywającej się w jej sercu. Kobieta żyje iluzjami o niespełnionej miłości z dzieciństwa. Nie może się pogodzić z tym, że jej wybranek zdecydował się wziąć ślub z inną koleżanką. Główna bohaterka zajmuje się tworzeniem układów tanecznych, które są jej pasją. W wolnym czasie spotyka się z przyjaciółką Dorotą lub przyjeżdża do coraz słabszej babci. Czy Ewa odnajdzie w końcu swoje szczęście? W jaki sposób samotność trafiła do Martyny, Róży, Hanny, Janiny, Danuty i Magdy? Polecam najnowszą książkę Moniki A.Oleksy.

       Żyjemy w ciągłym biegu, na nic nie mamy czasu, nasz zegar tyka coraz szybciej i szybciej. Codziennie mijamy anonimowych przechodniów. Ilu z nich przepełnionych jest prawdziwą radością? Potrafimy wiecznie narzekać, nie wykorzystujemy cennych minut racjonalnie, zawsze mamy wszystkiego za mało - pieniędzy, dóbr materialnych. Obiecujemy odwiedzić babcie, dziadków, starsze ciotki. Oni wszyscy cierpliwie czekają w oknie - chorzy, zagubieni, opuszczeni przez krewnych, najbliższych. Dorośli już potomkowie zapominają o słodkim dzieciństwie, które było możliwe tylko dzięki zaangażowaniu rodziców czy innych bliskich osób. Jedynie samotność pamięta... nie zapraszana pojawia się nagle - tylko na chwilę, a zazwyczaj zostaje już na stałe.
        Młodzi ludzie nie myślą o przyszłości, spontanicznie przyrzekają sobie wierność aż po grób. Dlaczego zatem potrafią się tak bardzo ranić nawzajem. Czy miłość może po prostu zniknąć? A może nigdy jej nie było?
      Mamy mnóstwo znajomych ze szkoły, studiów (wspólne zabawy, dyskusje, przygody), a zostają po nich jedynie zdjęcia, wspomnienia. Koledzy zrywają najczęściej wszystkie kontakty, kiedy poważnie się zakochują. Jedynie najwierniejsi przetrwają u boku swojego przyjaciela - będą razem na dobre i na złe.

        Ewa jest postacią złożoną. Nie potrafi przyznać się do miłosnej porażki, żyje marzeniami. Zamknęła się w swojej skorupie, bo boi się, że mężczyzna, któremu zaufa, może ją dotkliwie zranić, a kolejnych ciosów w serce główna bohaterka już nie wytrzyma. Wszystkie istotne postaci występujące w książce Oleksy mają w oczach strach, charakteryzuje je ból przeszłości. Czy kobiety pozwolą sobie na czekające za rogiem szczęście? Czasem przecież tak niewiele trzeba, aby drugi człowiek się uśmiechnął - wystarczy nawet pozdrowienie bądź krótka rozmowa.
      Pisarka zwraca uwagę na pojęcie miłości. Sugeruje, że na tę prawdziwą trzeba poczekać, bo ona przyjdzie sama... zwykle niespodziewanie. Nieodłącznym atrybutem radosnego człowieka jest także przyjaźń. Bez niej życie nie byłoby nic warte.
      Autorka napisała cudowną, wzruszającą powieść. Przeczytałam ją bardzo szybko, śledząc uważnie tekst miałam ściśnięte gardło. Oleksa poruszyła mądry i ważny motyw samotności, który skłonił mnie do długich refleksji.
       Styl pisania występujący w książce charakteryzuje się prostotą, a zarazem jest barwny i ciepły. Wspaniale opisała Oleksa malownicze m.in. polskie miejscowości: nadmorskie Dąbki, uroczy Kazimierz Dolny czy studencki Lublin. Akcja lektury rozpoczyna się melancholijną jesienią, więc zachęcam szczególnie właśnie teraz do zapoznania się z tą fantastyczną opowieścią, bo naprawdę warto poznać losy kobiet, które doświadczyły gorzkiej samotności. Dodatkowym atutem książki jest lista przepisów ciast, które piekły główne bohaterki. Mam nadzieję, że kiedy i ja przygotuję te słodkości, wyjdą mi równie smaczne - jak pachniały mi podczas czytania treści :) Moja ocena egzemplarza ,,Samotność ma twoje imię" to 9/10.

piątek, 24 października 2014

Zdobycze 21

Cześć!
Dzisiaj pochwalę się otrzymanymi niedawno niespodziankami :)

1. Na blogu http://making-myself-beauty.blogspot.com/ wygrałam kilka świetnych kosmetyków, za które jeszcze raz bardzo dziękuję!


2. Bardzo ucieszyła mnie wygrana książka u http://cyrysia.blogspot.com/ Niedługo zamieszczę recenzję lektury :)


3. Ciocia przywiozła mi kilka fajnych kosmetycznych prezentów :)


4. W sklepie stacjonarnym Yves Rocher otrzymałam chińskie gratisy.. Tandetny budzik i beznadziejny kalendarzyk bardzo mnie rozczarowały. Przynajmniej przyda mi się długopis :)


5. Kuzynka kupiła mi w Tunezji breloczek - rękę Fatimy, która (wraz z okiem proroka) ma nie dopuścić do rzucenia na mnie złego uroku ;)


5. Znając moje uwielbienie do owieczek, koleżanka przywiozła mi z Irlandii breloczek z wizerunkiem zwierzątka :D


A jakie są Wasze ostatnie prezenty? :)

czwartek, 23 października 2014

Drogówka

Hej!
Dzisiaj notka na temat polskiego filmu :)




      Tytuł: ,,Drogówka"
      Reżyser: Wojciech Smarzowski
      Rok produkcji: 2013
      Gatunek: sensacyjny, kryminał polityczny
      Czas trwania: 1.58 h









Fabuła:
       7 dni z życia 7 policjantów pracujących w warszawskiej policji. Mundurowi codziennie teoretycznie zatrzymują na drogach kierowców nie przestrzegających zasad ruchu. Nieoficjalnie piją alkohol, namawiają do prostytucji kobiety łamiące prawo, pieniądze zarabiają głównie dzięki szerzącej się korupcji. Funkcjonariusze nie respektują żadnego z X Przykazań Bożych, a za przyjaciół mają 7 grzechów głównych. Niespodziewanie, jeden z policjantów zostaje zamordowany. Ryszard Król dowiaduje się, że jest podejrzanym o brutalne zabójstwo kolegi. Musi udowodnić swoją niewinność. Kto przyczynił się do śmierci Lisowskiego? Jaki sekret odkryje Rysiek? Kto zginie następny? Polecam kryminał polityczny Smarzowskiego.

        Dzień z życia filmowego policjanta wygląda następująco: poranny kac, patrolowanie drogi, pobieranie łapówek, niezobowiązujący sex, powrót na obiad do rodzinnego domu, wizyty w domach publicznych, zdrady małżonków, lejący się strumieniami alkohol. Produkcja jest kontrowersyjna, a scenariusz typowy dla dzieł Smarzowskiego. Reżyser po raz kolejny uwypukla wady Polaków, przedstawia obraz rodaków w karykaturalnym świetle. Tło filmu jest słodko - kwaśne. Widz śmieje się smutno podczas wielu scen, aby za chwilę wpaść w melancholijny nastrój przyprawiony nutką goryczy. 
      Wielu policjantów uzależnionych jest od alkoholu, seksu, pieniędzy. Ci uczciwi muszą się pogodzić z obowiązującymi wewnątrz środowiska zasadami, a kreowane są one odgórnie. Mafia, sądy, szpitale, policja, rząd - są jedną wielką kliką ustanawiającą reguły gry. Ten, kto widział za dużo - musi odejść. Smarzowski wyśmiewa polski system prawny. Do aut wsiadają pijani prokuratorzy, ordynatorzy, politycy. Zazwyczaj przekraczają oni dozwoloną prędkość, czasem zdarzy im się zabić niewinnego człowieka (jadąc pod wpływem alkoholu). Niestety, są oni całkowicie bezpieczni, grożą mundurowym... immunitetem, znajomościami. Całkowicie zalani w trupa plują wszystkim w twarz i bezczelnie wracają do domu szydząc z ofiar wypadku. Polska to kraj, gdzie korupcja jest powszechna, a elity ściśle ze sobą powiązane - zajmują się lewymi przetargami, przelewając na swoje konta w bankach miliony złotych. Oczywiście głośne afery szybko są zamiatane pod dywan, a przestępcy mogą ciągle czuć się bezkarnie - biorąc udział w nowych interesach. Cierpią zawsze najmniej winni ludzie, którzy stają się przypadkowymi ofiarami.
        Produkcja składa się z trzech nachodzących na siebie warstw. Monotonne i wygodne życie strażników prawa drogowego zostało zakłócone przez wątek kryminalny. Widzowie są świadkami odkrywania nowych śladów łapówek, korupcji. Dodatkowo, odbiorcy mogą przyjrzeć się zlepkowi urywków scen pochodzących z nagrań telefonów komórkowych. Modne rejestrowanie na kamerze najważniejszych momentów codziennej egzystencji stało się w dzisiejszych czasach bardzo popularne.

       Doborowa obsada przyczyniła się do wielkiego sukcesu filmu. Za główną rolę Ryśka Króla odpowiedzialny jest Bartłomiej Topa. Aktor genialnie wcielił się w postać funkcjonariusza, który oskarżony został o zabójstwo kumpla z pracy. Topa umiejętnie przedstawił wewnętrzne rozterki policjanta oraz złożoną naturę - przykładnego ojca i męża lubiącego seks z koleżanką w samochodzie, obywatela pijącego alkohol i walczącego o uczciwość.
       Jestem pod wrażeniem gry Arkadiusza Jakubika (Bogdan Petrycki), Eryka Lubosa (Marek Banaś) i Jacka Braciaka (Jerzy Trybus). Panowie przedstawili swój niesamowity talent aktorski, sceny z ich udziałem wzbudzały we mnie wiele emocji - śmiech, smutek, wzruszenie. Na uwagę zasługują także grający kolejnych policjantów: Marcin Dorociński, Robert Wabich, Julia Kijowska czy Marian Dziędziel. Wszyscy mundurowi zajęci byli sobą, egoistycznie podchodzili do życia, czerpiąc z niego wszystko, co najgorsze. Wyróżniała ich chciwość, żądza pieniądza, zazdrość, pycha, lenistwo, nieumiarkowanie w piciu alkoholu, przypadkowy seks.
      Chętnie zobaczyłam na ekranie również aktorów występujących w epizodycznych rolach: Izabelę Kunę, Agatę Kuleszę, Macieja Stuhra, Lecha Dyblika, Adama Woronowicza, Grzegorza Wojdona, Ewę Konstancję - Bułhak, Przemysława Bluszcza, Janusza Chabiora, Krzysztofa Czeczota, Krzysztofa Kiersznowskiego, Henryka Gołębiowskiego i innych. Szczególną uwagę zwróciłam na Andrzeja Grabowskiego, bowiem scena z jego udziałem była rewelacyjna (pijany poseł ledwo stojący na nogach mógł do woli obrażać funkcjonariuszy zasłaniając się immunitetem i znajomościami).

       Dzieło Smarzowskiego jest przerysowane, przejaskrawione. Śmiałe sceny zawstydzą porządnych odbiorców. Wulgarny język, tajemniczy podkład muzyczny, patologiczne historie, krwawe momenty i zaskakujące zakończenie spodobają się fanom filmów Smarzowskiego, który nie tworzy łatwych, banalnych produkcji. W ,,Drogówce" niczego nie można być pewnym, kolejne zagadki mnożą się, a punkt kulminacyjny szokuje. Żałuję jedynie, że dźwięk zaniżył ogólną punktację, bo kilka dialogów było zagłuszonych, niezrozumiałych. Moja ocena to: 7.5/10.

wtorek, 21 października 2014

Contagion - Epidemia strachu

Cześć!
Ostatnio oglądałam w TV ciekawą dyskusję dotyczącą wirusa eboli. Natychmiast skojarzył mi się film, który 3 lata temu widziałam w kinie. Postanowiłam go sobie przypomnieć.




   Tytuł: ,,Contagion - Epidemia strachu"
   Reżyser: Steven Soderbergh
   Czas trwania: 1.45 h
   Gatunek: sci-fi, dramat, thriller
   Rok produkcji: 2011









Fabuła:
        W Hongkongu umiera młody mężczyzna. W tym samym czasie przebywające z nim wcześniej osoby wsiadają w samoloty i wracają do swoich domów w USA, Japonii i Wielkiej Brytanii. Niespodziewanie, młodych ludzi także dopada śmierć. Każdego ze zmarłych charakteryzują poważne, nieznane objawy. W czasach szybkiej komunikacji wirus rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie na całym świecie, a groźna epidemia wywołuje panikę wśród społeczeństwa. Czy bohaterom uda się wytworzyć skuteczną szczepionkę? Co okaże się być źródłem choroby? Tego dowiecie się z filmu Soderbergh'a.

       Na uwagę produkcji zwraca przede wszystkim doborowa obsada. Historia zawarta w filmie jest dramatyczna, zatem kilku bohaterów musiało szybko pożegnać się z życiem. Gwyneth Paltrow idealnie zagrała chorą Beth, szczególnie scena padaczki zapadła mi w pamięć. Kate Winslet jako dr Erin Mears świetnie poradziła sobie z postacią zdolnej lekarki, a Marion Cotillard w roli dr Leonory Orantes po raz kolejny zaimponowała mi swoim talentem. Nie mniej jednak we wstrząsającym thrillerze to mężczyźni spodobali mi się najbardziej. Laurence Fishburne wcielający się w Ellis'a Cheever'a rewelacyjnie odzwierciedlił wewnętrzne rozterki medyka, a Matt Damon przekonywająco przedstawił troskliwego ojca i załamanego śmiercią żony - Mitch'a Emhoff'a. Najbardziej do gustu przypadł mi Jude Law grający bloggera Alan'a Krumwiede'go, który był postacią trudną do zdefiniowania, bo zachowanie bohatera budziło wiele kontrowersji. 
        Opowiedzianą w filmie historię wspominam pozytywnie. Temat epidemii jest bardzo ważny. W dzisiejszych czasach bakterie przenoszone są niezwykle szybko - nie tylko poprzez kaszel czy kichanie osób z osłabioną odpornością. Niebezpieczne są szczególnie miejsca publiczne jak: kawiarnie, tramwaje, windy, gdzie wystarczy dotknąć klamki bądź powszechnego używanego przycisku, a następnie brudną rękę nieświadomie skierować w kierunku twarzy. Co więcej, osoba zarażona może wcale nie wiedzieć o swojej chorobie i wracając z wakacji do domu samolotem przekazuje wirusa setkom nieznanych ludzi, którzy przypadkowo mają kontakt ze znajomymi i niespodziewanie powstaje pandemia. Szalenie trudno wówczas zdiagnozować źródło infekcji, bowiem statystyki chorych w ekspresowym tempie zaczynają rosnąć i bakteria atakuje cały świat.
       W najdramatyczniejszej sytuacji są miasta, gdzie zagęszczenie mieszkańców jest największe. Metropolie takie jak: Londyn, Tokio, Chicago, Honkong są naznaczone ogromnym ryzykiem. Obecnie pilnowanie granic często nie ma sensu, gdyż zawsze znajdą się osoby mające ukryte relacje z elitami bądź uchodźcy przekraczający państwa nielegalnie, więc wirus i tak dotrze do miejsca swojego przeznaczenia. 
      Najniebezpieczniejsze jednak skutki epidemii. Oczywiście, liczne przypadki śmierci w ogromnych męczarniach to tragedia współczesności, aczkolwiek kolejną lawinę paniki wywołuje przerażenie. Mieszkańcy mordują się nawzajem, tratują słabszych - zrobią dosłownie wszystko, aby dostać leki czy jedzenie. W miastach powszechny staje się chaos - niszczenie sklepów, domów. Nie można zapanować nad ludzką frustracją. Skrajne opinie dotyczą również środków farmaceutycznych. Korporacje często sztucznie apelują do zakupowania skutecznej medycyny, która ma negatywne skutki uboczne lub jest po prostu placebo. Znalezienie prawdziwej szczepionki to czas długich oczekiwań, a zazwyczaj to najbogatsi mają pierwszeństwo w kolejce do leczenia.
       Produkcja zwróciła uwagę na poważny problem jakim jest szybkie tempo rozprzestrzeniania się chorób. Do gustu przypadła mi świetna, mroczna muzyka. Nie mniej jednak akcja momentami była zbyt rozwlekła, a kilka istotnych wątków pozostało niedokończonych. Trochę rozczarowało mnie zakończenie i wyjaśnienie źródła epidemii. Film podobał mi się - głównie ze względu na genialną obsadę. Moim zdaniem dzieło Sodergergh'a jest dobre, ale nie rewelacyjne. Moja ocena 6.5/10.

niedziela, 19 października 2014

Gorzka czekolada

Cześć!
Dzisiaj zapraszam na recenzję ciekawej książki :)




    Tytuł: ,,Gorzka czekolada. Społeczne aspekty uprawy kakao w
                Wybrzeżu Kości Słoniowej"
    Autor: Błażej Popławski, Katarzyna Szeniawska
    Okładka: miękka ze skrzydełkami
    Ilość stron: 458
    Rok wydania: 2013







         Lektura leżała na moim stosiku ponad rok, aż w końcu postanowiłam ją przeczytać. Żałuję, że tak długo zwlekałam z sięgnięciem po egzemplarz promowany przez Polską Akcję Humanitarną, bowiem przez niecałe dwa tygodnie zapoznawania się z treścią, moja wiedza o Afryce Zachodniej gwałtownie wzrosła. Obawiałam się, że ,,Gorzka czekolada..." będzie trudna w odbiorze, lecz szczerze zafascynowana wertowałam kolejne stronice książki popularnonaukowej. 
         W 2011 r. miała miejsce II wojna domowa w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Większość z nas czytała o Arabskiej Wiośnie - konfliktach w Libii czy Egipcie. Mass media przekazywały na bieżąco informacje o śmierci Kaddafiego. Czy jednak ktoś z Was słyszał o walkach, które wydarzyły się w tym samym czasie w Wybrzeżu Kości Słoniowej?

        Była kolonia francuska odzyskała niepodległość w 1960 r. (rok Afryki). Od tej pory Wybrzeże Kości Słoniowej stało się wzorem dla swoich sąsiadów. W ciągu 20 lat uzyskało pozytywne wyniki gospodarcze, było państwem świetnie rozwijającym się pod względem ekonomicznym, nazywano je lokomotywą Afryki.
      Kakao zostało odkryte przez Krzysztofa Kolumba, który zauważył je podczas swojej podróży do Meksyku. Indianie przekazali magiczne nasiona europejczykom, a ci postanowili zasadzić plony w swoich koloniach. Obecnie, Wybrzeże Kości Słoniowej jest głównym producentem ,,czarnego złota" - 1/3 światowych zbiorów kakao pochodzi z tego państwa. 
       Po odzyskaniu niezależności, afrykański kraj chciał być liderem w globalnym rolnictwie. Mieszkańcy zakładali farmy, gdzie zasadzali nasiona kakao i czekali 3 lata, aż owoc będzie nadawał się do zerwania. Współcześnie, wyhodowano nową odmianę kakaowca, która wydaje plony już po 1,5 r. i jest przedmiotem kontrowersji. 
       Społeczeństwo Wybrzeża Kości Słoniowej nie narzekało na brak pieniędzy aż do lat 90. Wówczas umarł ich totalitarny prezydent, a plemiona zaczęły ze sobą walczyć o tożsamość i pieniądze. Kiedy afrykańskie państwo było kolonią, rządy francuskie uzależniały od siebie ludność. Po upragnionym otrzymaniu niepodległości, mieszkańcy Wybrzeża Kości Słoniowej zauważyli nagły wzrost problemów. Do ich kraju zaczęli przybywać biedniejsi imigranci z Burkina Faso i Mali. Podczas I wojny domowej - obecność innych plemion przyczyniła się do konfliktów o ziemię. Oskarżano obcokrajowców o bycie rolnikiem nie w swoim państwie, iworyjczykom nie podobało się, że imigranci czerpali korzyści z ich farm. Dodatkowo, kolejni prezydenci kłócili się o władzę dla pieniędzy, nie interesował ich los społeczeństwa. 

       Koncerny międzynarodowe chętnie czerpią zyski z pozyskiwania nasion kakaowca w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Oczywiście, organizują oni szkolenia rolników, budują szkoły, studnie, szpitale, jednak wszystkie te zabiegi podyktowane są chęcią utrzymania dobrego wizerunku na arenie globalnej. Połowa mieszkańców Wybrzeża Kości Słoniowej jest niepiśmienna. Społeczeństwo z prężnie rozwijającego się kraju stało się państwem upadłym! Konflikty o miejsca w rządzie, walki pomiędzy plemionami, ujemne wyniki na arenie gospodarczej przyczyniły się do wzrostu ubóstwa w Wybrzeżu Kości Słoniowej. Rolnicy poznali smak biedy, codziennie obserwują szerzącą się korupcję. 
      Hodowcy kakao mają dwie możliwości. Mogą sprzedać swoje plony pośrednikom (są nimi zazwyczaj Libańczycy) albo zapisać się do spółdzielni. Jeśli skorzystają z tej drugiej opcji, mają szansę uzyskać więcej pieniędzy, ale muszą na nie czekać nawet do 3 tygodni. Kiedy jednak rolnicy żyją w nędzy - liczą każde sekundy, aby wygrać ze śmiercią - powierzają nasiona pośrednikom. Wówczas podarowane im wypłaty są dużo mniejsze od prawdziwych cen. Niestety, mieszkańcy nie mogą negocjować warunków, gdyż łącznicy szantażują hodowców, że nie kupią od nich kakao, ponieważ znajdą tańsze odpowiedniki w Ghanie. Mediatorzy wyśmiewają Iworyjczyków, że jeśli nie odpowiadają im proponowane kwoty pieniężne, mogą sprzedać swoje plony w Internecie.

       Społeczeństwo Wybrzeża Kości Słoniowej zniszczyło swój kraj, żeby zaspokoić potrzeby konsumentów z Północy. Rolnicy wycięli większość lasów tropikalnych, aby zakładać nowe poletka z kakaowcami! Na wskutek tych działań, państwo zaczęło zmagać się z suszą, chorobami. Farmy z nowymi nasionami zaatakowały wirusy, kakao zmodyfikowano - użyto do tego środków chemicznych.
       Światowe korporacje pomagają Iworyjczykom, lecz rolnicy nie mają wiele pieniędzy na przeżycie dla siebie i swoich rodzin. Spółdzielnie podpisują umowy, dzięki którym ich miejsce zostaje kojarzone m.in. z certyfikatem Fair Trade. Niewielu mieszkańców Europy kupuje produkty, na których znajduje się znak sprawiedliwego handlu. Zazwyczaj, klienci wybierają inne (tańsze) kawy czy czekolady - nie zwracając uwagi na ważny symbol.
     Warto podkreślić, że na plantacjach kakaowca w Afryce pracują dzieci. Są to głównie niewolnicy, którzy zostali kupieni (w Mali bądź Burkina Faso) obietnicami lepszej przyszłości. Kiedy oglądamy produkty czekoladowe, pamiętajmy o nieletnich spędzających na plantacjach całe dnie za darmo! Iworyjczycy nie mają pieniędzy na zatrudnienie dorosłych mieszkańców, więc wykorzystują ręce dzieci do pracy w ramach wolontariatu. Niestety, najmłodsi nie mają wówczas szans na kontynuowanie edukacji, a jeśli decydują się na ucieczkę z plantacji, kończą na ulicy żebrząc. 
      
       Ciekawostką jest, że nasze rodzime marki są zastępowane przez zagraniczne, pomimo tego, że skład czekolad jest identyczny! Dlaczego? Młodzież chce być trendy i idąc do supermarketu ściąga z półki rzeczy markowe i dużo droższe! Sugeruje się kolorowym opakowaniem i kształtem słodkości... Nie zapominajmy o polskich firmach jak m.in. Wawel, Mieszko, Solidarność, Goplana, Jutrzenka, gdyż te koncerny zakładają fundacje pomagające naszym rodakom np. wspierają chore dzieci. 
        Wyroby czekoladowe w Polsce są produkowane z ziaren kakao pochodzących z Wybrzeża Kości Słoniowej, a zakupionych na giełdzie w Londynie. Obecnie, główny wpływ na konsumpcje mają mass media (w umowie z korporacjami). Widząc statystyki opisujące starzejącego się społeczeństwa - zachęcają reklamami o zjadaniu zdrowej czekolady. Fakt, że kakao jest nie tylko hormonem szczęścia, ale także regularne zjadanie kilku kostek pomaga uniknąć nowotworów czy zawałów. Należy jednak pamiętać, że nadmierna konsumpcja może prowadzić do otyłości. 
         Stylowe stały się ostatnio kąpiele w czekoladzie, kosmetyki z dodatkami kakao. W Polsce mieszkańcy najczęściej konsumują czekolady mleczne, następnie gorzkie, a później nadziewane. Podczas Świąt Bożego Narodzenia i Walentynek można zauważyć wzrost sprzedaży bombonierek. Liderem produkcji czekoladowych smakołyków w Europie są Niemcy, najwięcej produktów ze znakiem Fair Trade kupują Anglicy. Zapotrzebowanie na czekoladę jest coraz popularniejsze w Indiach i Chinach.
          
       Czytając tę książkę miałam niesamowitą chęć na słodycze. Wybrałam się do sklepu i spojrzałam na półkę zapełnioną przysmakami. Porównałam składy i wybrałam rarytasy z największą ilością kakao. Okazało się, że opakowanie i cena są jedynie iluzją lepszej jakości wyrobów, bo podstawowego składnika zawierają niewiele... 
         Kupując czekoladowe produkty pamiętajmy o mieszkańcach Wybrzeża Kości Słoniowej. To państwo znane jest ze świetnej drużyny piłki nożnej oraz... największej bazyliki na świecie (która jest miejscem kultu wielu pielgrzymów, lecz przyczyniła się do bankructwa kraju). Dzieci pochodzące z zachodniej Afryki biorą udział w produkcji czekolady. Starannie sortują nasiona kakaowca, suszą, wkładają do worków, a następnie noszą je na chudych ramionach do samochodów. Ziarna trafiają do Europy, gdzie formowane są w tabliczki, pakowane do papierków i sprzedawane marketom. Rolnicy w Wybrzeżu Kości Słoniowej są zrozpaczeni minimalnymi pensjami, żyją na granicy ubóstwa, nie mają możliwości wysyłania swoich potomków do szkół. Najmłodsi nigdy nie widzieli gotowej czekolady! Przysmaki są jedynie dostępne dla najbogatszych Iworyjczyków w sklepach u Libańczyków, jednak słodycze... pochodzą z Europy! Najwięksi na świecie producenci kakao nie mogą docenić walorów tego owocu, bowiem w ich kraju nie istnieją lokalne firmy pracujące przy wytwarzaniu czekolad. 
         Jeśli chcecie poznać ciekawostki geograficzne, historyczne, polityczne czy ekonomiczne o Wybrzeżu Kości Słoniowej to zachęcam do lektury. Mnie najbardziej zainteresował rozdział opisujący modę na czekoladę :) Książka zawiera wiele danych statystycznych, tabel oraz zdjęć (niestety w kolorze czarno - białym). Moja ocena to 8/10.

,,Gorzka czekolada. Społeczne aspekty uprawy kakao w Wybrzeżu Kości Słoniowej" bierze udział w wyzwaniu: Odkrywamy białe plamy.

piątek, 17 października 2014

Bogowie

Siemanko!
W ubiegłą niedzielę wybrałam się do kina na reklamowany film ,,Bogowie". Zapraszam na moją recenzję.





    Tytuł: ,,Bogowie"
    Reżyseria: Łukasz Palkowski
    Rok produkcji: 2014
    Czas trwania: 1.52 h.
    Gatunek: biograficzny, dramat








       Film przedstawia początek kariery lekarskiej słynnego kardiochirurga Zbigniewa Religii. Po powrocie z odbywanego w USA stażu, docet rozmyślał o systemie leczenia za Zachodzie i zastanawiał się nad zrealizowaniem podobnego programu w Polsce. Religa czuł się patriotą, namawiał młodych doktorów, aby wracali zza granicy i pomogli mu w diagnozowaniu chorób w rodzimym kraju. 
     Determinacja lekarza przyczyniła się do poprawy warunków leczenia w Polsce. Docent walczył o dofinansowanie szpitala w Zabrzu; nie poddawał się, mimo iż los słynnej w przyszłości przychodni był już w zasadzie przesądzony. Religa cudem uzyskał miliony dolarów na wybudowanie kliniki. Ku zaskoczeniu wszystkich rodaków, doktor szybko wcielił swój plan w życie i rozpoczął cykl zabiegów na otwartym sercu. Zależało mu na przedłużeniu życia wszystkim chorym lecz dla niektórych pacjentów pomoc nadeszła za późno. Religa trzykrotnie dokonał operacji transplantacji serc, jednak nie zakończyły się one pozytywnie. Zrezygnowany lekarz postanowił zrezygnować z prób pomocy umierającym, był oskarżany przez rząd i media o umyślne zabijanie chorych. Na szczęście, chęć ratowania życia okazała się silniejsza, w 1986 r. doktor postanowił przeszczepić kolejne serce. Pacjent z nowym narządem dostał w prezencie od Religi aż 7 kolejnych lat. Od tej pory, w szpitalu w Zabrzu przeprowadzono ponad 1000 transplantacji serc, obecnie trwają badania nad stworzeniem sztucznego organu, który może ocalić kolejnych ludzi!

       Palkowski wyreżyserował rewelacyjny dramat. Film zasługuje na uwagę poprzez swoją wyjątkowośc. ,,Bogowie" charakteryzują się oryginalnością. Pół seansu śmiałam się jak szalona z dowcipnego języka, po to by przez kolejne minuty powstrzymywać łzy. Rzewnie płakałam nad bezradnością lekarza, kiedy umierali pacjenci, nad rozpaczą rodzin zmarłych pacjentów, nad niesprawiedliwością mediów - potępiających zabiegi Religi. Jednakże częstym przerywnikiem smutnych scen był humor sytuacyjny. Kadra doktorów potrafiła rozśmieszyć widza do łez (np. ratowanie młodego chłopaka na zewnątrz szpitala przez zmęczonego docenta, próby uzyskania serca świni przez wicedyrektora kliniki). Zachwycona byłam pięknymi krajobrazami Mazur zestawionymi z zanieczyszczonym Śląskiem. Produkcja ani przez chwilę mnie nie znużyła, zafascynowana obserwowałam atmosferę lat 80.
       
        Największy plus filmu to oczywiście doborowa obsada. Jestem pod wrażeniem genialnej gry Tomasza Kota! Aktor wykazał się już niesamowitym talentem kreując postać Riedla w filmie ,,Skazany na bluesa", natomiast rola Zbigniewa Religi szczerze mnie zachwyciła. Ucharakteryzowany Kot wyglądał identycznie jak młody lekarz, do tego poruszał się jak docent, cechował się zgarbioną sylwetką. Artysta pod postacią kardiochirurga skradł moje serce; uważam, że dzieło Palkowskiego warto zobaczyć jeśli nie ze względu na historię o polskiej medycynie, to właśnie ze względu na grę Kota!
       Koniecznie należy wyróżnić także Piotra Głowackiego jako Mariana Zembalę i Szymona Warszawskiego jako Andrzeja Bochenka. Aktorzy idealnie przedstawili pracę młodego personelu, szanującego decyzje swojego szefa. Podziwiam umiejętności lekarskiej kadry, która potrafiła szybko przeszkolić nowych pracowników, budując na świecie markę szpitala w Zabrzu.
      Na brawa zasługują również: Magdalena Czerwińska, Rafał Zawierucha, Karolina Piechota, Marta Ścisłowicz, Milena Suszyńska, Arkadiusz Janiczek, Cezary Kosiński, Konrad Bugaj, Wojciech Solarz, Sonia Bohosiewicz, Marek Siudym, Jan Monczka, Artur Dziurman, Ryszars Kotys, Kingra Preis, jan Englert, Marian Opania, Władysław Kowalski, Zbigniew Zamachowski i inni.
       ,,Bogowie" zostali zasłużenie nagrodzeni Złotymi Lwami w Gdyni w kategorii: najlepszy film, najlepsza pierwszoplanowa rola męska, najlepszy scenariusz, najlepsza charakteryzacja, najlepsza scenografia. Ponadto, Łukasz Palkowski otrzymał Złotego Klakiera - nagrodę publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu.

      Produkcja jest tylko wycinkiem biografii słynnego kardiochirurga. Nie spodziewałam się, że dzieło Palkowskiego tak bardzo trafi w moje gusta. Cieszę się, że zdecydowałam się obejrzeć ten film, bowiem dowiedziałam się wielu interesujących ciekawostek z życia Religi, który był wspaniałym lekarzem, ale przede wszystkim dobrym człowiekiem. Nie dzielił on ludzi na: lepszych, gorszych, bogatszych, biedniejszych, politycznych, apolitycznych - starał się pomóc każdemu. Zazwyczaj zdolni lekarze po wyjeździe na zachód - nie myślą już o Polsce. Religa postanowił wykorzystać swoją wiedze i umiejętności, aby ratować cenne życia rodaków. Skutecznie przekonywał do powrotu z zagranicznych staży studentów. Docent wierzył w możliwości młodego personelu, który z braku doświadczenia nie miał szans na realne zatrudnienie. Religa dawał pracę tym, którzy prosili go o pomoc. Od podstaw zbudował szpital, ubrany w fartuch zajmował się fizyczną pracą w klinice. Wzbudzał powszechny szacunek wśród młodzieży, przekazał im istotne kwalifikacje. Gdyby nie jego determinacja, zapewne operacje serc byłoby możliwe jedynie dla elit - opłacających lekarzy na Zachodzie.
      ,,Bogowie" ukazują również prywatne życie doktora. Religa nałogowo palił papierosy, w latach 80 nadużywał alkoholu (podejrzewał nawet u siebie uzależnienie od %). Dzień i noc docent spędzał przy łóżkach pacjentów, przeżywał wszystkie porażki. Nie miał czasu dla swojej rodziny, był zajęty ratowaniem chorych. Miał charakter choleryka, potrafił zwyzywać personel - zwolnić pracowników, po to aby za chwilę przyjąć ich z powrotem. Cechowało go: niespotykane poczucie humoru oraz wulgarny język. Szkoda, że w Polsce tak niewielu jest wybitnych lekarzy, którzy poświęcają swoje życie dla ratowania innych ze względu na powołanie (zachowując pokorę, nie myśląc o karierze czy pieniądzach).
       Zauważyłam, że polska kinematografia ostatnimi czasy odbiła się od dna. Coraz więcej powstaje wspaniałych, ciekawych filmów, które warte są poznania, co mnie bardzo cieszy. Moje zainteresowanie rodzimymi, ambitnymi produkcjami natychmiast wzrosło. ,,Bogowie" otrzymują ode mnie ocenę 9/10.

wtorek, 14 października 2014

Wycieczkowo 22 - Ślęża (718 m.n.p.m.)

Hej!
Dzisiaj przedstawię Wam fotorelację ze Ślężańskiego Parku Krajobrazowego - usytuowanego ok. 30 km od Wrocławia. Na Ślężę (należącą do Korony Gór Polskich) wybrałam się z koleżanką w słoneczną sobotę. Szczególnie jesienią uwielbiam wspinać się po górach, bo zachwycają wspaniałymi, ciepłymi barwami. 


Idąc lasem podziwiałyśmy piękne, kolorowe liście...




 Po drodze mijałyśmy wiele tablic informujących o mieszkańcach gór i ich środowisku.


Na szczyt (718 m.n.p.m) dotarłyśmy po niecałej godzinie od opuszczenia parkingu, który był tak zakorkowany, że nie było gdzie postawić samochodu.


Warto dodać, że Ślęża nie należy do gór najwyższych, lecz znana jest ze swojej tajemniczej historii. Tuż przed okresem chrystianizacji w Polsce, Masyw Ślęży traktowany był przez miejscowe plemiona jako święty. Tubylcy wiedzieli o specjalnej magii góry, więc praktykowali na jej wierzchołku pogańskie obrzędy religijne. Oddawali pokłony: bóstwu słonecznemu, źródłom, drzewom, zjawiskom atmosferycznym (wiatry, deszcze, burze) oraz ciałom niebieskim (gwiazdy, księżyc). 

Tablica - Miejsce kultu w starożytności:


Najlepiej zachowaną starożytną rzeźbą kultową jest Miś Ślężański. Posąg powstał najprawdopodobniej w okresie: 700 - 400 lat p.n.e. Jest misternym dziełem kultury łużyckiej. Niestety, pomnik w średniowieczu uległ niewielkiemu zniszczeniu... poprzez nowy zwyczaj chrześcijan - obrzucanie pogańskich figurek kamieniami w celu odpędzenia szatana i pozbycia się grzechu.


Niewiele wiadomo o powstaniu kościoła - znajdującego się na szczycie góry. Przypuszczalnie został on wybudowany w XII w. Podobno pod jego ruinami podczas II w. ś. ukryto wiele skarbów, jednak nikt nie może dostać się do podziemnych komnat i przerażających korytarzy, bowiem według legendy wstępu do lochów pilnują dwa niedźwiedzie.


Śląski Olimp będący kiedyś siedzibą bogów: słońca i księżyca osnuty jest mrocznymi sekretami. W wielu opowiadaniach istnieje zapis o tajemniczych pielgrzymach, którzy wchodzili na górę nocą, oczyszczając swoje ciała w pobliskich źródłach. Następnie, (w blasku pochodni) docierali na wierzchołek czczonej góry i w kamiennym okręgu - mającym bioenergetyczne właściwości, rozpoczynali pogańskie obrzędy.


Żałuję, że wieża widokowa jest w rozsypce, mam nadzieję, że prędko ją wyremontują. Piękne widoki zasłaniały niestety bujnie rozrośnięte krzaki...



Po zasłużonym odpoczynku, ostatni raz spojrzałyśmy na magiczny szczyt Ślęży i pomaszerowałyśmy w kierunku Przełęczy Tąpadła.


Polecam wędrówki jesiennym lasem :) Dla takich cudownych miejsc w Polsce warto żyć!

niedziela, 12 października 2014

Koncertowo - Cochise

Siemanko!
       Kontynuuję mój poprzedni koncertowy post :) Tuż po występie Maćka Balcara, pomaszerowałam z koleżankami w kierunku Starego Klasztoru, gdzie za godzinę powinien zacząć śpiewać Paweł Małaszyński. Miałam już przyjemność w lutym słuchać Cochisena żywo, więc z niecierpliwością oczekiwałam na pojawienie się zespołu na podeście. 
         Trochę zdziwiłam się widząc stoliki i krzesła usytuowane tuż przy scenie, na której przygotowywała się już do koncertu grupa rockowa. Małaszyńskiemu również nie podobał się wystrój sali - bo publiczność wstydziła się wstać i wspólnie bawić, więc wielokrotnie nawiązywał do tej dziwnej sytuacji.
        Wokalista po raz kolejny zdumiał mnie swoim rockowym image (całkiem innym od znanych mi jego filmowych/ serialowych postaci). Co więcej, piosenkarz chętnie używał jako przerywników wulgarnych słów oraz opowiadał wiele ciekawostek :D






Zapewne uwagę zwracała przede wszystkim sexi opaska we włosach wokalisty oraz niebanalne teksty piosenek :D Dla tych którzy kojarzą Małaszyńskiego jedynie z romantyczną odsłoną proponuję teledysk ,,Dance" z niebanalnym tekstem: ,,Let's fuckin' dance (...) in your fuckin' cage" itd :D


A filmy z wrocławskiego koncertu znajdują się standardowo u przyjaciółki na kanale. Moje ulubione utwory z sobotniego wieczoru to: Sweet love generation i War song

Występ Cochise bardzo mi się podobał, lubię takie mocne granie, szczególnie jak śpiewa przystojny wokalista :) Po raz kolejny udało mi się zdobyć zdjęcie z Małaszyńskim, które powędrowało na moją ścianę sław (haha). Cieszę się również nowym autografem, który zdobi mój pamiątkowy bilet :)


Uwielbiam gromadzić takie pozytywne wspomnienia :)

czwartek, 9 października 2014

Koncertowo - Maciej Balcar

Cześć!
Witam Was recenzją koncertową :) W ubiegłą sobotę, korzystając z ładnej pogody wybrałam się z koleżankami na wrocławską Wyspę Słodową, gdzie dla fanów śpiewał Maciej Balcar. Wokalista od 2001 r. występuje w zespole Dżem, na którego recitalu byłam już 2 razy. Szerszej publiczności piosenkarz może być znany z filmu ,,Skazany na bluesa", gdzie wcielił się w postać Indianera. Solowej twórczości Balcara nie miałam okazji wcześniej usłyszeć, dlatego też z ciekawością udałam się na darmowy koncert w plenerze. Miłym akcentem były rozłożone pod sceną leżaki - umożliwiające wygodne obserwowanie muzyków.




Koncert był dla mnie interesującym doświadczeniem, będę go miło wspominać. Uważam, że wokalista ma ciepły, poetycki głos. Ciekawych lirycznej odsłony Balcara odsyłam do filmików: Czarno i Niewierni sobie, które znajdują się na kanale mojej przyjaciółki Eweliny :D

A Wy na czyim koncercie najchętniej chcielibyście się znaleźć? :)

wtorek, 7 października 2014

Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później

Cześć!
Na dzisiejszy poranek przygotowałam recenzję książki Aleksandra Lwowa. Egzemplarz wraz z autografem zdobyłam w lutym na Targach Turystycznych we Wrocławiu  :)





     Tytuł: ,,Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później"
     Autor: Aleksander Lwow
     Okładka: miękka ze skrzydełkami
     Ilość stron: 447
     Rok wydania: 2014










        W 2013 r. w mass mediach nadano wiadomość o tragedii na ścianie Broad Peak. Wówczas społeczeństwo polskie zaczęło nagminnie komentować śmierć himalaistów: Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego. Niespodziewanie, wszyscy ogłosili się znawcami gór wysokich i wywiązało się mnóstwo dyskusji opatrzonych lawiną nieprzemyślanych komentarzy. Od tego momentu zainteresowanie tematem wspinaczki natychmiast wzrosło. 

      Aleksander Lwow urodził się w 1953 r. Od dzieciństwa interesował się sportem: pływaniem, judo, kolarstwem, konstruowaniem samolotów. Następnie postanowił być grotołazem, jednak przypadkowo zmienił swoją pasję na wspinanie się po ścianach gór. Autor dziękuje swoim rodzicom za to, że umożliwili mu rozwijanie oryginalnego hobby, szczególnie ciepło wspomina mamę, która podpisała dokument pozwalający synowi spełniać dalsze marzenia. Lwow był nastolatkiem, kiedy odnalazł swój cel życiowy, musiał pogodzić zajęcia szkolne we Wrocławiu z wyjazdami weekendowymi - najpierw w Karkonosze, później w Tatry, a potem już góry wysokie za granicą (warto pamiętać, że kilka dekad wcześniej w sobotę również uczęszczało się na lekcje). Młody chłopak zaczął odnosić wielkie sukcesy już w wieku 17 lat!
     Sportowiec przedstawia czytelnikowi swoją ciekawą biografię. Autor analizuje początki trudnej kariery, koncentruje się na najważniejszych osiągnięciach aż do 2013 r. Lwow tłumaczy, że napisał książkę dla miłośników gór, aby przybliżyć im tematykę z tej dziedziny. Słusznie zminimalizował zakres pojęć technicznych, który czytelnikowi - laikowi zapewne mógłby wydać się zbyt trudny. 

     Alpinista wiele stron poświęca dzieciństwu - wtedy wspinał się w środowisku polskich gór, z rozrzewnieniem wspomina pierwsze przygody w Karkonoszach i Tatrach. Następnie, Lwow opisuje swoje doświadczenia z najważniejszych gór świata położonych w Azji. Należy wspomnieć, że znany łańcuch czternastu ośmiotysięczników nie jest usytuowany wyłącznie Himalajach, ale również w Karakorum! Autor wyjaśnia różnicę pomiędzy sławnymi górami. 10 szczytów pożądanych przez najambitniejszych wspinaczy zawierają Himalaje (najwyższy Mount Everest) - charakteryzuje je roślinność, łagodniejszy charakter. Karakorum cechują natomiast: dzikość terenu, surowe ściany, brak zieleni (ich królową jest K2) i 4 ważne wierzchołki.
       Lwow ostatecznie zdobył cztery ośmiotysięczniki: Lhotse, Manaslu, Cho Oyu, Gaszerbrum II. Miał możliwość wdrapania się na więcej szczytów, ale intuicja kazała mu zrezygnować z niepewnych ataków na wierzchołki. Sportowiec mądrze porusza kwestie dotyczącą śmierci w górach. Jego zdaniem nie warto ryzykować, jeśli brak pewności, że dotknięcie szczytu zakończy się szczęśliwie. Wejście na najwyższy punkt to tylko połowa sukcesu, najbardziej niebezpieczne jest zejście spod nieba do bazy. Wielu wspinaczy zgubiła zbytnia śmiałość, nieszanowanie decyzji gór, które często nie pozwalają ochotnikom na egoistyczne rozgrywki. Trzeba uważnie obserwować warunki pogodowe, ale przede wszystkim własne siły, odpowiedzi organizmu. Zdaniem Lwowa (nawiązując do tytułu książki) zwyciężyć to nie znaczy stanąć na szczycie góry za wszelką cenę lecz przeżyć. 

       Autor wspomina wielu swoich przyjaciół, którzy zginęli w górach zazwyczaj popełniając pospolite błędy techniczne, ale często również w wyniku nieprzewidzianego przypadku, np. lawiny. Himalaista nie może uwierzyć, że jego znajomi zmarli tak szybko, często w młodym wieku. Nie krytykuje jednak kolegów za ich prowokujące decyzje. Według niego góry są jak narkotyk, uzależniają. Co ciekawe, mnóstwo osób dostało od losu drugą szansę - wspinacze przeżyli poważne wypadki na wysokościach, jednak najczęściej kontynuowali swoją pasję, ginąc kilka lat później. Nie mniej jednak, Lwow opisuje również przyjaciół, którzy pożegnali się z życiem nagle m.in. w kolizjach samochodowych, walcząc z nowotworem czy popełniając samobójstwa. 
      Alpinista poświęca swoją książkę znajomym. Na kolejnych stronicach możemy przeczytać o przygodach sportowca wraz z kolegami. Autor przybliża czytelnikom wiele ciekawostek o Wandzie Rutkiewicz, Jerzym Kukuczce, Krzysztofie Wielickim, Piotrze Pusteniku oraz innych ważnych postaciach. Wspomina wspólną nieudaną wspinaczkę z Maciejem Berbeką na Broad Peak w 1998 r. Zmarły w ubiegłym roku himalaista był bardzo zdeterminowany, aby zdobyć wymarzony wierzchołek i tylko cudem przeżył niebezpieczną wędrówkę (okazało się jednak wówczas, że Berbeka doszedł jedynie blisko szczytu, a przyjaciele bali się powiedzieć mu prawdy). 

     Lwow narzeka na dzisiejszą atmosferę w górach. Oczywiście przykre jest coraz większe zanieczyszczenie środowiska. Ponadto fantastyczny klimat zakłóciła komercja. Kilkadziesiąt lat temu, wyprawy były bardziej ambitne - uczestnicy wspinali się bez tlenu, odkrywali nowe trasy, nosili ciężkie plecaki. W obecnych czasach wystarczy wynająć szerpów do noszenia bagaży, kupić nowoczesny sprzęt i ustawić się w kolejkę na Mount Everest (taka przyjemność jednak wiele kosztuje). Dodatkowo, ogromną rolę odgrywają mass media. Modna stała się śmierć on line, wspinacze mają szansę na rozmowę do ostatniej sekundy życia - z rodziną przez Internet czy telefon. 
         Himalaista opisuje wiele ciekawostek historycznych i geograficznych. Z książki możemy dowiedzieć się np. że pierwsze oficjalne zdobycie Mount Everest miało miejsce w 1953 r. Najstarszym mężczyzną, który wspiął się na świętą górę był 80 letni Japończyk, a kobietą 73 letnia Japonka. Codziennie ustanawiane są kolejne rekordy wejścia na Czomolungmę - najmłodszym uczestnikiem został 12 letni chłopiec, na wierzchołek wszedł także człowiek niewidomy. Obecnie, dzięki asekuracji, lekkim plecakom, butlom z tlenem i nowoczesnemu sprzętowi zdobycie szczytu jest dużo bezpieczniejsze. Warto jednak pamiętać, że powyżej 7500 m.n.p.m. znajduje się strefa śmierci - na tych wysokościach nie można zbyt długo przebywać, bowiem grozi to wyczerpaniem organizmu. Pomoc nie jest wówczas możliwa, więc jeśli wspinanie się po ścianie nie trwa krótko - należy jak najszybciej zrezygnować z marzenia o dotknięciu szczytu i zejść konkretną odległość. 
        Lwow jest zaskoczony, że jego kariera górska minęła tak szybko, ze wzruszeniem wspomina dziecięce lata, kiedy dopiero odkrywał swoją pasję. Obecnie nie chce kusić losu jak jego rówieśnicy, którzy nadal wdrapują się na wierzchołki. Uważa, że ryzyko śmierci w górach wysokich jest w jego wieku prędzej możliwe. Autor woli spotykać się z przyjaciółmi w Tatrach czy Karkonoszach (na niższych partiach gór) bądź spędzać z nimi czas na bankietach. Co więcej, odnalazł także nowe hobby - skok ze spadochronem. Życiorys himalaisty jest bogaty w wiele doświadczeń, zazdroszczę mu odwagi i determinacji od najmłodszych lat.
      ,,Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później" obfituje w wiele tekstu, książkę czytałam prawie 2 tygodnie, więc nie jest to lektura na jeden wieczór, gdyż znajduje się w niej mnóstwo górskich ciekawostek oraz krótkich biografii bardziej lub mniej znanych alpinistów. Żałuję, że wszystkie zdjęcia dołączone do egzemplarza są czarno - białe, szkoda, że te najnowsze fotografie nie zostały przedstawione w kolorze. Książka na pewno spodoba się miłośnikom gór, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę z tego zakresu. Lektura polecana jest przez Krzysztofa Wielickiego i Martynę Wojciechowską. Moja ocena to 7/10.

,,Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 lat później"  bierze udział w wyzwaniu: Polacy nie gęsi II oraz Odkrywamy białe plamy.

niedziela, 5 października 2014

Wycieczkowo 21 - Wrocław (Stary Cmentarz Żydowski)

Cześć!
Niedawno pojechałam do mojego kochanego Wrocławia. Za każdym razem, kiedy odwiedzam to miasto - chętnie odkrywam nowe, ciekawe miejsca. Ostatnio postanowiłam wybrać się z Eweliną do szczególnego Muzem Sztuki Cmentarnej. Stary Cmentarz Żydowski zajmuje wielki obszar - ponad 4 tys. ha, a liczba nagrobków - jaka się na nim znajduje to ok. 12 tys. Wstęp do historycznego muzeum jest płatny (10 zł), dlatego też jako dzień zwiedzania proponuję niedzielę o godz. 12.00 (wówczas przewodnik jest w cenie biletu) bądź czwartek, ponieważ indywidualni turyści mają wówczas darmowe wejście.

Pierwszy oficjalny pogrzeb na tym cmentarzu odbył się w 1856 r. Nie mniej jednak, w zacisznym parku można znaleźć dużo starsze groby np. z 1203 r., gdyż wiele z nich przeniesiono na ten plac z innych, likwidowanych miejsc spoczynku. Ostatnia uroczystość pogrzebowa na cmentarzu miała miejsce w 1943 r., po czym brama wstępu została zamknięta. Co ciekawe, 90 % zniszczeń nagrobków dokonano po II wojnie światowej, a nie w trakcie - wiele pomników uszkodzono, zdewastowano. Na szczęście, w 1975 r. terytorium przy ul. Ślężnej wpisano do rejestru zabytków, co zapoczątkowało długi proces konserwacji muru, płyt grobowych, alejek. 13 lat później interesujący obiekt udostępniono do zwiedzania turystom, dzisiaj cmentarz jest oddziałem Muzeum Miejskiego Wrocławia.

Fragment wysokiego muru. Na górze widnieje tablica upamiętniająca żołnierzy poległych w I wojnie światowej, a tuż pod nią część nagrobka rabbiego Aarona (pochodząca prawdopodobnie z XII/XIII w.).


Cmentarz został założony zgodnie z XIX wieczną tradycją, gdzie obszar wiecznego spoczynku powinien przyjmować kształt parku. Administracja zatrudniała wykwalifikowanych ogrodników, którzy dbali o schludny wystrój terenu i starannie zajmowali się przycinaniem bujnej roślinności. 


Ze względu na szacunek dla zmarłych - na cmentarzu nie wolno jeść, pić ani mieć przy sobie Tory. Zabronione są bowiem czynności, których nieboszczyk nie może już doświadczyć.


Pomniki zmarłych Żydów mają najczęściej pionowy kształt płyt. Charakterystyczne stele nagrobne to tzw. macewy.



Wrocławski cmentarz znacznie różni się od tradycyjnych żydowskich miejsc spoczynku zmarłych. Większość nieboszczyków była bardzo zasymilowana z narodem niemieckim. Niemieccy Żydzi zazwyczaj wysyłali dzieci na prywatne zajęcia hebrajskiego, gdyż w domach familie rozmawiały już głównie tylko po niemiecku. Rodziny czuły się tak bardzo zżyte ze społeczeństwem germańskim, że podczas I wojny światowej mężczyźni dobrowolnie wcielali się do armii - stając po stronie swojego przyjaciela Niemca. Dlatego też na wielu grobach można zauważyć napisy niemieckie częściej niż żydowskie.



Kilkadziesiąt lat później historia przybrała niespodziewany obrót. Jak dobrze wiemy, Żydzi stali się ofiarami swoich kolegów, co było naprawdę zaskakujące - wspominając ich wcześniejsze próby zespolenia się z narodem niemieckim. Groby anonimowych Żydów, których tożsamości nie udało się ustalić oznaczone są kolejno numerami.



Najważniejszy pomnik w parku należy do Ferdynanda Lasalle - działacza politycznego, założyciela pierwszej partii robotniczej (powszechnego Niemieckiego Związku Robotniczego) i przyjaciela Marksa. W 1974 r. cmentarz postanowiono zlikwidować, jednak niespodziewanie grób żydowskiego rewolucjonisty odwiedził kanclerz Niemiec Willy Brandt, co przyczyniło się do zwiększonej popularności wrocławskiego cmentarza. Odtąd to tego miejsca przybyło z wizytą wielu sławnych polityków m.in. Schoeder, Kohl, Kwaśniewski. 

Drugim znanym nagrobkiem jest pomnik mamy Edyty Stein. Edyta urodziła się we Wrocławiu. Znana Żydówka, nie bojąc się gniewu rodziny, postanowiła przyjąć wiarę katolicką i w 1922 r. przystąpiła do chrztu świętego - wybierając nowe imię: Teresa Benedykta od krzyża. Kobieta wstąpiła do zakonu Karmelitanek, który znany jest z surowych reguł. Augusta Stein nigdy nie pogodziła się z decyzją córki, bowiem Edyta była niezwykle uzdolnioną osobą - studiowała, prowadziła bogatą działalność naukową (przede wszystkim filozoficzną). Teresa Benedykta została zagazowana w obozie Auschwitz Birkenau w 1942 r. W 1988 r. dostąpiła zaszczytu kanonizowania przez Jana Pawła II. 
Pomnik matki Edyty jest często odwiedzany przez społeczność żydowską. Nic dziwnego, Augusta była prawdziwą bohaterką. Jej mąż umarł bardzo wcześnie, kobieta sama musiała wychować siódemkę swoich dzieci. O wielu gościach przychodzących do pani Stein - świadczą układane na płycie kamyki (odpowiedniki zniczy na katolickich cmentarzach). Zwyczaj ten wywodzi się z dawnych czasów, kiedy zwłoki grzebano na pustyni. Umieszczane na prowizorycznych grobach kamienie były wyrazem szacunku dla zmarłego, miały chronić nieboszczyka przed dzikimi zwierzętami.


Symbole występujące na nagrobkach żydowskich są cechą charakterystyczną żydowskich cmentarzy. Pomniki rzadko przyozdobione są zdjęciami zmarłych, natomiast nie brakuje znaków świeckich świadczących wiele o życiu zmarłego, jego zawodzie..

Dłonie, które są złączone kciukami i palcami wskazującymi - oznaczają błogosławieństwo. Nagrobki opatrzone takim symbolem świadczą o tym, że osoba zmarła wywodziła się z biblijnego rodu kapłanów (potomków arcykapłana Aarona). Oryginalną płaskorzeźbę można ujrzeć na grobach rabinów i cadyków. Wizerunek rąk jest dziedzicznym herbem rodowym, więc symbol błogosławionych dłoni można zobaczyć także na pomnikach dzieci.



Pochodnia skierowana w dół symbolizuje życie zgaszone. Taka płaskorzeźba związana jest ze śmiercią i ciemnością oraz nierozerwalnie z cyklicznością, która jest powodem przemijania. Wieniec ma za zadanie oddalać złe moce, aby zmarły mógł spoczywać w spokoju.


Heksagram czyli Gwiazda Dawida nawiązuje do prawdawnych czasów, kiedy żołnierze króla Dawida nosili na tarczy symbol sześcioramiennej gwiazdy w celu zapewnienia sobie Bożej ochrony. Powszechnie oznacza przenikanie się dwóch światów: widzialnego i niewidzialnego (jasności Nieba i Ziemi).



Złamana róża symbolizuje najczęściej śmierć w kwiecie wieku, jest metaforą kruchości życia, ulotności życia i czasu.


Innowacyjne rzeźby na pomnikach sugerują o bohaterskim zawodzie zmarłego.



Macewy ortodoksyjnych Żydów:


Na cmentarzu nie brakuje rodzinnych grobowców...


Nowością stało się grzebanie bogatych zmarłych pod murami. Dawniej zazwyczaj miejsce przy ścianie oznaczało złą reputację nieboszczyka, jego skłonność do nałogów. Na cmentarzu we Wrocławiu większość elit została pochowana jednak przy brzegach muru.



Wiele grobów należy do znanych, uczonych Żydów. Ferdinanda Juliusa Cohna uważa się za twórcę bakteriologii. Mężczyzna otrzymał dyplom botanika na Uniwersytecie w Berlinie już w wieku 19 lat! Ponadto, wrocławianie dziękują mu za zaprojektowanie pięknego Parku Południowego.


Charakterystyczny pomnik Arnolda Schottlandera - wybitnego szachisty. Mężczyzna miał niewładne nogi i jeździł na wózku inwalidzkim. Był obiecującym sportowcem jednak choroba Heine - Medina nie pozwalała mu na prowadzenie wymarzonego życia.


Nagrobek Siegmunda Fränkela - profesora Uniwersytetu Wrocławskiego, orientalisty.


Grób Heinricha Heimanna - syna Ernesta (słynnego bankiera, który rozpoczął swoją błyskawiczną karierę zawodową od posiadania jednego kantoru). Heinrich rozwinął firmę taty, zainwestował w kopalnie, huty, ubezpieczenia; miał udziały w koncernie elektrotechnicznym AEG oraz miejskiej komunikacji tramwajowej - przyczynił się do jej elektryzacji w 1891 r. Po śmierci ojca, mężczyzna zgodnie z wolą Ernesta, założył fundację pomagającą najuboższym mieszkańcom Wrocławia. Dzięki jego działalności powstał sierociniec żydowski oraz dom opieki.


Cmentarz kryje w sobie wiele doskonałych postaci, kontrowersyjnych noblistów. Nie wystarczyłoby dnia na opisanie życiorysów wszystkich barwnych Żydów.



Zgodnie z tradycją żydowską, zmarły musi być pochowany w ciągu 48 h. Ten zwyczaj jest pamiątką po pradawnych czasach, kiedy Izraelici żyli na pustyni - w gorącym klimacie nie można było długo trzymać zwłok na powierzchni.


Miejsce kręcenia jednego z odcinków ,,Czterej pancerni i pies" w 1966 r.


Podsumowując, niedzielny spacer po cmentarzu żydowskim uważam za bardzo udany. Dzięki pani przewodnik, która przez 2.5 h opowiadała wiele ciekawostek, moja wiedza z zakresu kulturoznawstwa natychmiast wzrosła. Myślę, że historia cmentarza jest warta poznania. Jeśli interesują Was takie miejsca, Muzeum Sztuki Cmentarnej na pewno przypadnie Wam do gustu.