poniedziałek, 28 grudnia 2015

Denko 30 - listopad

Hej!
Nadszedł już najwyższy czas na zaległe listopadowe denko kosmetyczne :)





1. Farba do włosów Garnier Color Naturals nr 7 - blond
Cena ok 15 zł. Niestety, miałam już spore odrosty, a na co miesięcznego fryzjera mnie nie stać, więc dobrałam wg pudełka podobny kolor włosów jaki miałam. Efekt? Brązowo - zielona barwa, która mnie dobiła. Myślałam, że może się spłucze, ale... nie. 

Czy kupię ponownie? Nie


2. Szampon koloryzujący Schwarzkopf Palette nr 317 orzechowy blond
Cena ok 15 zł. Czułam się niekomfortowo z poprzednim, strasznym kolorem, więc włożyłam do koszyka kolejne opakowanie - tym razem koloryzujący szampon, którego trwałość to 24 mycia. W końcu otrzymałam zgodny z obietnicami producenta kolor. Miałam go ok. 2 tyg i byłam zadowolona, bo nie spłukał się zbyt szybko, czego się bałam. Farba pięknie pachniała dzięki zawartemu w składzie olejku arganowemu. To bezpieczny produkt, który nie dostarcza żadnych przykrych niespodzianek, polecam.

Czy kupię ponownie? Tak





3. Szampon Natei naturals do włosów normalnych i przetłuszczających się - świeżość i witalność (winogrono i trawa cytrynowa)

 
Cena ok 4 zł. (Biedronka). Produkt miał ładny zapach, dobrze się pienił, był wydajny, ale miałam wrażenie, że włosy po jego używaniu szybciej się przetłuszczały i plątały.





Czy kupię ponownie? Nie






4. Krem do rąk Anida - witamina A + E (glicerynowo - cytrynowy)


Cena - ok. 4 zł. Kosmetyk wykonał swoje zadania poprawnie: natłuszczał dłonie i dostarczał im witamin, do tego bardzo tani.

                                 Czy kupię ponownie? Tak

5. Nawilżający krem do rąk z olejkiem macadamia - nawilża, wygładza. Skóra normalna i sucha.
Cena ok. 4 zł.  Świetny kremik! Doskonale nawadniał moje dłonie, pięknie pachniał i był tani. Sprawdził się bez zarzutu.




 Czy kupię ponownie? Tak


6. Pasta do zębów Colgate Max White One
Cena ok. 8 zł. Pasta porządnie się pieniła, niestety żadnych najmniejszych oznak wybielenia nie zauważyłam.
Czy kupię ponownie? Nie 

7. Olejek rycynowy Phyto Pharm
Cena ok. 6 zł. Stosowałam go na włosy, które zdecydowanie się wzmocniły i pięknie błyszczały! Jak dla mnie to świetny, tani produkt.
Czy kupię ponownie? Tak

8. Olejek dream k-lotion
Cena ok 10 zł. Rewelacyjny kosmetyk, cudownie pachniał! Włosy zostały doskonale odżywione i wspaniale lśniły. Szkoda, że mała ampułka wystarczyła tylko na 2 domowe spa.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

9. Krem regenerujący na dzień i na noc z wyciągiem z nagietka Yves Rocher
Cena ok. 20 zł. Produkt zawierał naturalne składniki jak: wyciąg z nagietka z upraw ekologicznych, woda z hamamelisu i olejek eteryczny z sezamu z ekologicznych upraw, olejek słonecznikowy, olejek z soi, olejek z rzepaku, olejek z pestek winogron, wyciąg z aphloi. Wszystko super pięknie, krem nie uczulał, nie powodował pryszczy, ale był tak bardzo tłusty, że aż przesada. Mogłam go stosować tylko na noc, bo świeciłam się jak choinka! Męczyłam go chyba z pół roku.
Czy kupię ponownie? Nie

10. Szczoteczki do zębów 1 + 1 Colgate
Cena ok 10 zł. Zużyły się tak dosyć szybko.

Czy kupię ponownie? Nie wiem
11. Lakier do paznokci Simple Beauty
Kosmetyk wygrałam, charakteryzował się pięknym śliwkowym kolorem. Był w miarę trwały, szybko schnął.
Czy kupię ponownie? Tak

12. Maszynki do golenia Red Lady 44 (5 sztuk)
Cena ok. 4 zł. Dobrze wspominam te maszynki, o dziwo nie stępiły się prędko. 
Czy kupię ponownie? Tak


13. Puder w kamieniu 2true Smooth Matte Pressed Powder
Kosmetyk dostałam od koleżanki z Anglii. Bardzo mi przypadł do gustu. Nie uczulił, nie podrażnił, był pomocnikiem matowienia twarzy.
Czy kupię ponownie? Tak

14. Chusteczki odświeżające 15 sztuk Go Pure - 15 sztuk
Cena opakowania x3 ok. 5 zł. Chusteczki pachniały wiśniami, ale trochę zbyt mocno. Nosiłam je w torebce i wycierałam zanieczyszczone dłonie, czasem służyły do zmycia makijażu.
Czy kupię ponownie? Nie

15. Płatki do demakijażu Carea - 120 sztuk
Cena ok. 3 zł. To moje ulubione płatki, które nigdy mi się nie znudzą. Mięciutkie w dotyku, nie rozwarstwiają się.
Czy kupię ponownie? Tak

16. Próbka kremu Hot Pink BB Skin79
3 funkcyjny krem BB dla cery poszarzałej, tłustej, przebarwionej. Daje naturalne, pudrowe wykończenie makijażu. Kosmetyk ogólnie wspominam dobrze, doskonale krył, ale mocno świeciła mi się po nim twarz.
Czy kupię ponownie? Nie

Niestety w listopadzie nie zaoszczędziłam nic. Na kosmetyki wydałam ok. 140 zł. Ciekawe jak mi pójdzie w grudniu. Ciekawa jestem, czy znacie coś z mojego denka?

Ogólnie ostatnio mam niewiele czasu, ciągle coś się dzieje i z blogiem mi nie po drodze. Mam nadzieję, że niedługo odzyskam dawną wenę oraz chęci i prędko powrócę do Was. Pozdrawiam!! :)

wtorek, 1 grudnia 2015

Papierowe miasta

Siemano! Hmm, no i nastał grudzień. Nie lubię tego miesiąca, bowiem zbliżają się moje urodziny i kolejne straszne bożonarodzeniowe święta - wszak magia radości już dawno gdzieś zniknęła. Mam nadzieję, że w grudniu będę bardziej aktywna w blogosferze, ostatnio nie miałam siły i chęci ani weny na pisanie ;/
Dzisiejszym tematem dnia post książkowo-filmowy.





    Tytuł: ,,Papierowe miasta"
    Autor: John Green
    Okładka: miękka
    Ilość stron: 400
    Rok wydania: 2010








Fabuła:
          Quentin jest nieśmiałym nastolatkiem, który niedługo skończy szkołę. Chłopiec ma 2 przyjaciół, na których może polegać i wyluzowanych rodziców - zawsze wspierających syna. Niestety, główny bohater od dzieciństwa kocha swoją koleżankę z sąsiedztwa, jednak dziewczyna nie odwzajemnia jego uczuć. Niespodziewanie, Margo zakrada się do Quentina w nocy i zaprasza go na szaloną wyprawę po mieście. Nastolatek jest bardzo szczęśliwy i już planuje wspólną przyszłość z miłością życia, jednak okazuje się, że jego obiekt uczuć nagle znika. Dziewczyna ucieka z domu i zostawia Quentinowi kilka wskazówek, które mają mu pomóc odnaleźć sąsiadkę. Czy Quentin zdoła rozwiązać tajemnicze zagadki? Czym tak naprawdę są papierowe miasta? Jaka jest prawdziwa Margo?

           Do tej pory przeczytałam 3 książki Greena. ,,Gwiazd naszych wina" nie skradła mojego serca, ,,W śnieżną noc" i ,,Will Grayson, Will Grayson" podobały mi się jeszcze mniej. Jak było z ,,Papierowymi miastami"?
           Przyznam, że do lektury przekonały mnie pozytywne recenzje egzemplarza na blogach oraz szum wokół ekranizacji. Zachęcona postanowiłam dać szansę kolejnej książce Greena. Mogę stwierdzić, że żałuję zmarnowanego czasu, już dawno nie czytałam takiego badziewia!
           ,,Papierowe miasta" rozpoczęły się nudą, po 100 stronach dalej nic się nie działo, wręcz przeciwnie tempo akcji nawet spowalniało. Kartkowałam lekturę dalej, zero napięcia, same bzdury. Odłożyłam powieść, aby wrócić do niej po kilku tygodniach z większym zapałem. Niestety, z każdą kolejną stroną było coraz gorzej, główni bohaterowie szalenie mnie denerwowali. Margo - rozpuszczona nastolatka, która miała w życiu chyba za dobrze, postanowiła szukać siebie na drugim końcu kraju, ale okazało się, że tam też nie odnalazła własnego ja. Quentin z klapkami na oczach myślał, że kochał sąsiadkę do szaleństwa, okazało się, że wcale jej nie znał, a wielbił jedynie wyobrażenie o niej. Tak więc przegapił najważniejsze wydarzenie w swoim dotychczasowym życiu, aby jechać setki kilometrów na północ i potrzymać  ukochaną przez chwilę za rękę. Margo - indywidualność, chodząca własnymi drogami, miała wszystkich gdzieś, liczyła się jedynie ona sama, typowy pępek świata. Quentin - szkolny sztywniak szukał swojej miłości analizując ślady, jakie pozostawiła mu koleżanka. Czy na płycie w gramofonie są jakies tropy? A może nastolatka ułożyła okruszki chleba w pewien symbol? Wszak Margo podczas ostatniej ucieczki zestawiła płatki w śniadaniowej misce w kształt literki i wszyscy mieli się domyśleć, do którego miasta wyruszyła. Takiego szajsu w książce jest więcej. Dziewczyna nie szanowała swoich bliskich, dla mnie była zwykła wariatką bądź pozerką z idiotycznymi pomysłami - jak np. zakradanie się do domu/aut znajomych i wrzucanie im ryb! Quentin był na każde jej skinienie jak mały piesek! Żal...
             Im dalej w głąb książki, tym więcej było bredni. Przez większość powieści główny bohater szukał w Internecie bądź w pobliskich miejscach tropu zaginionej. Margo ciągle mówiła o papierowych miastach, nienawidziła ich. Okazało się, że wkręciła sobie tylko, że Orlando jest nijakie, końcowe wnioski doprowadziły ją do ważnych refleksji... to nie miasta są papierowe, lecz ludzie :D Takich pseudointelektualnych nonsensów było mnóstwo. 
             Myślę, że Green oszukuje swoich fanów, wciskając im do rąk prawdziwe gnioty i przekonując, że są one naładowane metaforami, prawdami o życiu, mądrościami (tam gdzie ich nie ma). Szukając przenośni w treściach, można je przecież znaleźć wszędzie, nawet w instrukcji obsługi gaśnicy. Chętnie przytoczę kilka cytatów ze wspaniałej książki dla młodzieży. Zdania tego typu naprawdę budziły moją irytację: ,, No i twoja mama. Stary, widziałem jak cię całowała w policzek dziś rano i daruj mi, ale przysięgam na Boga, pomyślałem sobie: Rany, chciałbym być na miejscu Q. A do tego chciałbym, żeby moje policzki miały penisy" czy ,,Lepiej, żebyś zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że masz u siebie jedenaście nagich króliś, domagających się tego Wyjątkowego Uczucia, które może im dać wyłącznie Wielki Tatko Ben" bądź ,,Zatrąb, jeśli jedziesz na bal z najprawdziwszą królisią Lacey Pemberton! Trąb, dziecino, trąb!" itd, itp. Serio owe zwroty kogoś śmieszą? Naprawdę taki płytki język jest dzisiaj modny wśród nastolatków?
            W książce podobały mi się jedynie postaci drugoplanowe: przyjaciele Quentina: Ben i Radar. Lektura przypomniała mi jak ważni są bliscy kumple. Nie można ich jednak zmieniać, należy zaakceptować z wszystkimi zaletami i wadami, a wówczas, zawsze można na nich liczyć, nawet w najbardziej awaryjnych sytuacjach. Niestety, cała pozostała treść powieści mnie zawiodła. Ciapowaty, zaślepiony Quentin, sfochana panienka Margo i bzdurne sytuacje typu: Becca podczas imprezy w swoim domu obraziła Lacey, a ta zamiast opuścić chałupę, postanowiła resztę wieczoru przesiedzieć w wannie u wstrętnej koleżanki rozpaczając nad swoim beznadziejnym życiem. Niestety, książka robi z mózgu wodę, nie polecam. Moja ocena: 3/10.

Lektura bierze udział w wyzwaniu: CZYTAM ZEKRANIZOWANE POWIEŚCI

Z ciekawości postanowiłam sprawdzić, czy głośna ekranizacja może być faktycznie lepsza od powieści.





   Tytuł: ,,Papierowe miasta"
   Reżyseria: Jake Schreier
   Czas trwania: 1.49 h
   Rok produkcji: 2015
   Gatunek: Romans (serio???!!) wg mnie: Obyczajowy








          Fabuła - jak w lekturze Greena. Nie mniej jednak film zdecydowanie bardziej mi się podobał. Spędziłam z produkcją miłe chwile, byłam zaskoczona jak z płytkiej książki można wybrać najlepsze momenty i przedstawić je w ciekawszym ujęciu. Wiele fragmentów pominięto, mnóstwo informacji pozmieniano, pozostał ogólny zarys historii.
            Filmowi bohaterowie w zasadzie przypadli mi do gustu. Nat Wollf jako Quentin zagrał doskonale, to już nie był ten sam chłopiec co jego książkowy pierwowzór. Quentin miał w sobie iskrę, nie widziałam w nim papierowego ciamajdy. Cara Delevinge w roli Margo sprawdziła się zadowalająco - była tajemniczą postacią bez zbędnego patosu i poczucia wyższości (np. rozmawiała z siostrą, a w lekturze Greena nawet nie chciała dzwonić do rodziny). Austin Abrams (Ben) i Justice Smith (Radar) wcielili się w kolegów Quentina poprawnie, śmieszyły mnie ich żarty oraz zabawne zachowania. W ekranizacji oddano głosy także postaciom dziewczęcym - Halston Sage (Lacey) i Jaz Sinclair (Angela) dodały produkcji pozytywnej energii. Ciekawostką jest fakt, że Nat Wollf zagrał Isaaca w ,,Gwiazd naszych wina", a Ansel Elgort - Gus z poprzedniej adaptacji książki Greena przedstawił w ,,Papierowych miastach" epizodyczną rolę kasjera.
         Podczas seansu nie nudziło mi się, z zachwytem przyglądałam się pięknym krajobrazom, słuchałam doskonałej muzyki. Moim zdaniem, zakończenie przekształcono w sposób idealny, minimalnie się wzruszyłam. Film jest lekki i przyjemny, to świetna alternatywa na niedzielne, leniwe popołudnie. Ciepła opowieść o dorastaniu spodoba się zapewne nie tylko młodzieży. Rzadko zdarza się, aby ekranizacja wyzwoliła we mnie więcej emocji od książki. Moja ocena 7/10.