sobota, 27 czerwca 2015

Teoria Wszystkiego

Hej!
Dzisiaj zapraszam na notkę filmową.




     Tytuł: ,,Teoria Wszystkiego"
     Reżyseria: James Marsh
     Czas trwania: 2.03 h
     Gatunek: dramat, biograficzny
     Rok produkcji: 2014









Fabuła:
        Opowieść o wybitnym brytyjskim fizyku i kosmologu cierpiącym na stwardnienie zanikowe boczne (ALS) - Stephenie Hawkingu. Mężczyzna odkrył swoje zdolności w dziedzinach ścisłych będąc już na studiach. Jego kariery naukowca nie pokrzyżowała nawet wiadomość o przerażającej chorobie.

       Stephen Hawking urodził się w 1942 r. W wieku 21 lat usłyszał wyrok śmierci - lekarze dali mi gwarancję maksymalnie dwóch lat życia. Mężczyzna zakpił ze śmierci, już ponad 50 lat walczy o przetrwanie.
     Niedawno obejrzałam film ,,Nie jesteś sobą", zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Dzięki niemu dowiedziałam się mnóstwa interesujących faktów o ALS, która jest chorobą neuronu ruchowego. Najczęściej dotyka ona ludzi starszych, ale coraz częściej zdarza się, że również młode osoby odkrywają u siebie oznaki tej przypadłości. Zazwyczaj od momentu diagnozy, pacjenci stają się inwalidami w ciągu 4 - 5 lat. Choroba jest nieuleczalna, można jednak złagodzić towarzyszące jej objawy. Niezbędna w tym celu jest rehabilitacja, gimnastyka...

      ,,Teoria Wszystkiego" to fragment historii o rewelacyjnym naukowcu. Scenariusz powstał na podstawie wspomnień byłej żony Stephana zapisanych w książce ,,Podróż ku nieskończoności". W filmie możemy wyróżnić 2 płaszczyzny dramatu: karierę zawodową Hawkinga oraz prywatną.
       Brytyjczyk nigdy nie poddał się w walce z chorobą. Ciągle się kształcił, udzielał wywiadów, prowadził wykłady, napisał książki. Jego hobby to nauki ścisłe: badania o kosmosie, czarnych dziurach, grawitacji. Mężczyzna jest osobą znaną na całym świecie. Zdolnych, inteligentnych i ambitnych (lecz zdrowych) ludzi jest mnóstwo, natomiast niepełnosprawnych zajmujących się aktywnie karierą nie ma wielu, więc Hawking jest prawdziwym fenomenem.
        Naukowiec odniósł swój sukces jedynie dzięki rodzinie i wyrozumiałym przyjaciołom. Jane wzięła z nim ślub pomimo, że wiedziała o jego strasznej chorobie. Opiekowała się mężem przez 26 lat, rodząc mu 3 dzieci. Podziwiam tę kobietę z całego serca, jej decyzje były niezwykle odważne, a miłość do Stephana niespotykana. Hawking z każdym kolejnym rokiem stawał się coraz mniej sprawny, aż stracił zdolność poruszania się, a potem mówienia. Mógł funkcjonować jedynie dzięki specjalnym komputerom, na których nauczył się pisać, a szansę na lepsze życie dały mu symulatory mowy.

        Film jest opowieścią o walce z trudnościami. Oglądając ,,Teorię Wszystkiego" uświadomiłam sobie jak nieistotne są komercyjne problemy współczesnego świata, a tak niewiele czasu poświęca się najważniejszym wartościom. Zdrowie doceniane jest dopiero w obliczu jego utraty. Produkcja przybliżyła mi postać Hawkinga - świetnego naukowca i jego bohaterską rodzinę. Po zakończonym seansie wystukałam w wyszukiwarce internetowej nazwisko Brytyjczyka, aby dowiedzieć się o nim więcej szczegółów. To świadczy o sukcesie reżysera i słuszności powstania tego filmu.
       ,,Teoria Wszystkiego" nie pozbawiona jest minusów. Dramat był trochę za długi, momentami się nudziłam. Prawdziwa historia Hawkinga różniła minimalnie od filmowej. Kilka faktów ukryto, np. wspomniano, że Jane poślubiła w latach 90 innego mężczyznę, ale nie dopowiedziano, że Stephan także zawarł nowy związek. Najbardziej irytowały mnie jednak nieudane charakteryzacje. Główni bohaterzy w ciągu 20 lat wcale się nie zmienili, nie zestarzeli, ciągle byli tak samo młodzi.
       Dobór obsady uważam za udany. Oscarowa rola Eddiego Redmayne była rewelacyjna. Aktor fantastycznie zagrał Hawkinga - odwzorował jego bezsilność, ale również poczucie humoru. Felicity Jones doskonale wykreowała rolę żony naukowca - Jane, a Maxine Peake jego opiekunkę - Elaine (drugą małżonkę Stephana). Na brawa zasługują również kreacje: Charlie Cox jako Jonathana (drugiego męża Jane) oraz Emily Watson jako Beryl Wilde (matki Jane).
        ,,Teoria Wszystkiego" to interesujący film, warty uwagi, polecam szczególnie miłośnikom biografii. Moja ocena: 7.5/10.

Pozdrawiam i chwilowo żegnam się, bo wieczorem wyjeżdżam do Łeby :)

czwartek, 25 czerwca 2015

Serce

Hejka!
Zapraszam na notkę książkową :))




   Tytuł: ,,Serce"
   Autor: Edmund De Amicis
   Okładka: twarda
   Ilość stron: 287
   Rok wydania: 1995









            Trudno uwierzyć, ale dzieło napisane przez Amicisa zostało wydane w 1887 r., czyli ma już ponad 125 lat! Lekturę czytałam w dzieciństwie i wywarła na mnie ogromne wrażenie, postanowiłam więc przypomnieć sobie jej treść. Spędziłam z ,,Sercem" kilka wieczorów, nie jest to łatwa książka, bowiem tłumaczyła ją Maria Konopnicka, więc styl powieści charakteryzuje się wieloma archaizmami - dominują słowa rzadko dzisiaj używane np. ,,jestem kontent", czy ,,panicz". Nie mniej jednak, starodawne zwroty sprawiają, że dzieło zyskuje jeszcze na wartości.

         ,,Serce" to niesamowita, wzruszająca historia o 11 letnim Henryku mieszkającym w Turynie. Chłopiec szczęśliwie urodził się w rodzinie urzędników, więc uczęszczał do szkoły; miał czas na naukę i zabawę. Jego rówieśnicy często musieli już ciężko pracować, pomagając ojcom np. w kuźni czy sklepie. Dzieci absolutnie nie skarżyły się na swój los, zadania odrabiały na podłodze w każdej wolnej chwili, zawsze spragnione były wiedzy. Nauczyciele szanowali uczniów, a młodzież podziwiała profesorów. Szczególna więź łączyła bohaterów z rodzinami, nikt nie wstydził się swoich rodziców, obowiązywała wdzięczność za sam dar narodzin.
         W książce poruszone zostały najważniejsze w życiu wartości. Oprócz miłości rodzinnej czy poważania wychowawców, dominowała także przyjaźń pomiędzy kolegami. Bogatsi nigdy nie wyśmiewali biedniejszych, chorych lecz chętnie pomagali słabszym, dzieci nie znały pojęcia zazdrości. Nastolatkowie odziani byli w za duże ubrania rodziców, często rozdarte, poplamione farbą bądź węglem. Chłopcy jedli chleb maczany w cukrze, cieszyli się najmniejszymi drobiazgami np. zbieraniem kolorowych szkiełek. Uczniowie na do widzenia całowali się w policzki, życzyli sobie dużo zdrowia, ściskali się po szkole (dzisiaj, niestety, zapewne ich zachowanie uznano by za gejowskie).
          Istotną cechą była również wiara w Boga oraz oddanie ojczyźnie. Włochy w XIX odzyskały niepodległość po długim austriackim zniewoleniu. Ponad 30 tysięcy osób oddało życie za swój kraj. Zjednoczone państwo miało wielu bohaterów, nierzadko dzieci. Autor tłumaczy pojęcie miłości do stron ojczystych. Teren, na której urodził się człowiek (i uczył chodzić się na nim we wczesnych latach dzieciństwa); miejsce - gdzie żyją jego rodzice; kraj wyzwolony poprzez krew przodków; ziemia, pod którą pochowano najbliższych - to obraz ukochanej ojczyzny. Każdy obywatel powinien szanować terytorium - zamieszkałe przez rodzinę, a w podróży tęsknić za państwem bliskim jemu sercu. Kolebka narodzin chociażby ze wzgląd na szacunek dla poległych w imię wolności ma obowiązek gościć w sercu każdego patrioty znającego historię.
         Lektura podzielona została na krótkie rozdziały, które zawierają jeszcze kilka części. Istotne w ,,Sercu" są listy rodziców i siostry do Henryka oraz szkolne opowiadania miesięczne. Ważne treści powodowały, że w moich oczach pojawiały się łzy. Opowieści o dzieciach, które ciężko pracowały, a nigdy nie narzekały, wręcz przeciwnie były bardzo szczęśliwe - chwytały mnie za serce. Maluchy chętne oddać życie za przyjaciół skłoniły mnie do wielu refleksji. Lata temu uczniowie szczerze podziwiali swoich profesorów, nauczyciele dbali o wychowanków, rodzice ufali wykładowcom - doceniali ich trud. 
        W dzisiejszych czasach nikt o nikogo nie dba. Rodzina nie ma czasu dla swoich pociech; pedagodzy zazwyczaj nawet nie pamiętają uczniów, prowadzą nudne lekcje; dzieci narzekają na wszystkich dookoła, nie doceniają zdrowia i dobrobytu; każdy z każdym się kłóci - oskarżając nierzadko o brak kompetencji.

       Po przeczytaniu książki ogarnął mnie wielki smutek. Szkoda, że wielu ludzi zapomniało już o bohaterach Polski, którzy oddali za nią krew, aby potomkowie mogli m.in. swobodnie się uczyć. Młodzież wychowywana bezstresowo nie pamięta o podstawowych wartościach. Dla dzieci liczą się głównie dobra materialne. Kiedy byłam młodsza z chęcią czytałam książki poruszające istotne tematy, nie wydały mi się zbyt trudne pomimo starodawnego języka. Ważne lektury jak ,,Antek", ,,Kamizelka" itd. zostały zastąpione przez nowoczesne dzieła, pomijające prawdy historyczne. Dlaczego? Moi rówieśnicy mogli bez problemu poznać historię i smutne obyczaje dawnej Polski, a młodzież XXI w. gardzi dziełami poruszającymi ważne kwestie - twierdząc, że są za trudne i niezrozumiałe. Niepokoją pokolenia niedoceniające życia w niepodległym kraju (z dostępem do jedzenia, nauki), których interesują głównie markowe ubrania i najnowsze telefony. Wszak profesorowie także nie są bez winy, zdecydowana większość nie potrafi zainteresować najmłodszych swoimi zajęciami (np. od czasów podstawówki miałam 8 nauczycielek języka angielskiego, lekcje przez nie prowadzone były naprawdę kpiną... jeśli się odbywały oczywiście. Przed maturą, młoda pani magister chorowała na migrenę kilka miesięcy, więc musieliśmy zająć się sobą sami, gdyż panna Adela siedziała zmęczona i nie miała siły, aby tłumaczyć nam zadania). Droga na skróty, w dodatku pełna narzekań - nigdy nie przyniesie pozytywnych owoców. Książka ,,Serce" zasługuje na najwyższą notę, moja ocena: 10/10.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Girl Online

Siemanko!
Dzisiaj zapraszam na post książkowy :)




   Tytuł: ,,Girl Online:
   Autor: Zoe Sugg
   Okładka: twarda
   Ilość stron: 368
   Rok wydania: 2015









Fabuła:
       Penny jest pechową nastolatką, którą zawsze spotykają żenujące sytuacje. Megan - przyjaciółka z najmłodszych lat okazuje się być wredną zołzą, a Ollie - chłopak ze snów, kocha wyłącznie samego siebie. Główna bohaterka postanawia założyć anonimowego bloga, gdzie opisuje wszystkie swoje żale i ataki paniki, jakie miewa coraz częściej. Niespodziewanie, rodzice Penny otrzymują zlecenie pracy za oceanem, Brytyjczycy lecą na święta do Nowego Jorku, w którym nastolatka spotyka miłość swojego życia. Czy związek z Noah przetrwa powrót Penny do ojczyzny? Jakie kolejne kłopoty czekają na spokojną uczennicę? Czy bohaterka przerwie pisanie bloga?

           25 letnia autorka książki jest znaną angielską vlogerką, która rozpoczęła kosmetyczną i modową karierę w sieci w 2009 r. Obecnie Zoe Sugg ma rzesze fanów. Gratuluję jej pomysłu na życie oraz wielkiego sukcesu pierwszej książki, gdyż ,,Girl Online" szalenie mi się podobała.
          Przyzwyczaiłam się już do tego, że współczesne lektury znacznie różnią się od tych, które czytałam w dzieciństwie. Moje ulubione dzieła z młodości są już zazwyczaj zapomniane, uważane za nudne. Dzisiaj, pisarze muszą śledzić najnowsze, ciągle zmieniające się trendy i umieszczać je w swoich książkach. W większości z nich znajdziemy więc głównych bohaterów śledzących facebook, robiących sobie selfie czy tweetujących. ,,Girl Online" zawiera również wątek blogowy, główna bohaterka niespodziewanie z anonimowej dziewczyny piszącej szczere notki staje się sławną internautką uwielbianą przez miliony nastolatek.
        Niestety, Internet ma także ciemne strony. Społeczeństwo kochające gwiazdy może w jednej chwili znienawidzić je pod wpływem nieprawdziwej plotki. Wiadomości rozprzestrzeniają się w ekspresowym tempie, wszyscy wiedzą o sobie wszystko, trudno jest w dzisiejszych czasach zachować tajemnicę. Z drugiej strony bez istnienia w sieci ciężko żyć, facebook wciąga, jest źródłem codziennego użytku. Kiedy główna bohaterka zostaje szkolną ofiarą (podczas spektaklu przewraca się na scenie, a publiczność ogląda jej ulubione majtki), Penny szybko przemienia się w obiekt kpin całego miasteczka - filmik, w którym leży na scenie, trafia m.in. na youtube, ogląda go każdy uczeń. Nastolatka boi się przyszłości, wstyd nie pozwala jej wyjść nawet z domu. 
          Książkę przeczytałam w ciągu jednego dnia, wprost ją połknęłam, śmiejąc się przy tym głośno co kilka sekund! ,,Girl Online" to świetna lektura na lato - napisana została lekkim, humorystycznym językiem, przypomina trochę ,,Bridget Jones" w wersji nastoletniej. Nie brakuje w opowieści wątku miłosnego oraz fałszywych przyjaciół. Egzemplarz charakteryzuje się pięknym wydaniem, a treść przeplatana jest notkami z bloga oraz smsami. Plusem dzieła jest lekkie napięcie prowadzące czytelnika do rozwiązania zagadki. Autorka doskonale przedstawiła ataki paniki Girl Online, co zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, bo myślałam, że niewielu osobom zdarzają się podobne napady jak mnie. Mój jedyny zarzut dotyczy sąsiada Penny. Czy każdy najlepszy kumpel głównych bohaterów książkowych, których ostatnio poznaję musi być gejem!? To jest już trochę nudne, rozumiem, że temat jest modny, ale niedługo osób homoseksualnych będzie więcej niż hetero albo ciągłe opisywanie tolerancji stanie się zwiększonym źródłem jej niechęci. Moja ocena książki to: 8/10.

czwartek, 18 czerwca 2015

Wycieczkowo 28 - Głogów

Hejka!
        Dzisiaj post z serii wycieczkowych :) W długi czerwcowy weekend zaplanowałam podróż do Głogowa. Przyjaciółka Ewelina zaakceptowała mój plan, postawiła jednak warunek - późniejszy wyjazd, aby dłużej pospać. Na szczęście zgodziłam się na jej propozycję, więc wybrałyśmy pociąg o 10.55. Na drodze do dworca zauważyłyśmy koncertowy bus i Mroza pakującego do niego sprzęt, który śmiał się do nas serdecznie (niemal tak samo jak my do niego) :D Pociąg jechał z prędkością ślimaka, ale już po 2 godzinach znalazłyśmy się na ziemi głogowskiej. 

        Głogów jest jednym z najstarszych miast w Polsce. Pierwsze informacje odnośnie miasteczka pochodzą z 845 r. Prawdopodobnie gród został założony przez słowiańskie plemię Dziadoszan. Nazwa miejscowości wywodzi się od słowa glogh (oznaczającego cierń lub kolec) i nawiązuje do roślinności porastającej określone terytorium: głogu. 

         Naszą wycieczkę rozpoczęłyśmy od Placu 1000lecia. Podczas konsumpcji lodów dodających nam odwagi w czasie upałów zauważyłyśmy maszerującą ulicami orkiestrę dętą. Okazało się, że trafiłyśmy na Dni Głogowa!


Ze wzmożoną energią dotarłyśmy do Parku Słowiańskiego - usytuowanego w centrum miasta. Moją uwagę przykuła interesująca fontanna. 


Szybko odnalazłyśmy ważny punkt na mojej liście do zwiedzania - rewelacyjny Pomnik Jazzmanów na Pl. Konstytucji 3 maja. 


Podążyłyśmy ustaloną wg mapy trasą nad Odrę. Co prawda, musiałam zapytać się mieszkańców, czy idziemy słuszną drogą, ale mili państwo potwierdzili moje przypuszczenia. Już za kilka minut znalazłyśmy się nad rzeką i ujrzałyśmy słynny Most Tolerancji.


 Przystanęłyśmy na kładce, aby podziwiać piękne widoki ^^


Warto zaznaczyć, że przez Głogów przebiega Wielkopolska i Dolnośląska Droga św. Jakuba. Tuż przy kolegiacie łączą się dwa etapy szlaku pielgrzymkowego do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela w Hiszpanii. 


Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wznosi się nad najstarszą dzielnicą miasteczka - Ostrowem Tumskim. Należy do grona najwcześniej postawionych świątyń na Śląsku. Początki jej budowy sięgają pojawienia się pierwszych Piastów!


Kolejnym punktem naszej wycieczki był Zamek Książąt Głogowskich (obecnie Muzeum Archeologiczno - Historyczne). Chyba słońce za mocno przygrzało mi w głowę, bo kiedy zapytałam się sympatycznej pani, gdzie znajduje się znany zamek, nieznajoma odpowiedziała mi, że przecież stoję właśnie obok niego :D


Pierwszy na tym terytorium zamek wzniósł w XIII książę Konrad I. Niestety, w 1945 r. gmach legł w gruzach, więc podjęto decyzję o jego rekonstrukcji.


Ogromne wrażenie zrobił na mnie obraz zieleni obok zamku, mnóstwo ławeczek przy naturze jest świetnym rozwiązaniem na krótki relaks połączony z podziwianiem wspaniałych wokół widoków.


Uwagę przykuwają także pobliskie fragmenty średniowiecznych murów miejskich.


Na Placu Jana Pawła II stoi bardzo ważny Pomnik Dzieci Głogowskich. Monument nawiązuje do obrony Głogowa w 1109 r. kiedy to cesarz Henryk V Salicki dążył do zdobycia grodu i nakazał przywiązać zakładników do machin oblężniczych. Obrońcy Głogowa poświęcili życie swoich bliskich, m.in. kochanych dzieci, aby nie oddać miasta wrogowi. Król niemiecki nie przejął fortecy, Polacy skutecznie nękali nieprzyjaciół, aż Henryk V postanowił się wycofać. Niestety, gród kilkadziesiąt lat później (w 1157 r.) i tak został i tak zniszczony podczas interwencji zbrojnej cesarza Fryderyka Barbarossy, który spalił grodzisko.


Niewątpliwie najoryginalniejszy pomnik Jana Pawła II zobaczyłam w Głogowie. To Biblioteka Świętego Pielgrzyma, na której cegłach umieszczono istotne cytaty pochodzące z nauczania papieża. 



Po szybkim odpoczynku, udałyśmy się do rynku. 


Bardzo spodobało mi się Stare Miasto, malownicze kamieniczki mają w sobie oczekiwany urok.


Warto wspomnieć, że w 1945 r. Głogów stał się ponownie twierdzą niemiecką. W ciągu 6 tygodni wojska radzieckie zbombardowały miasto tak, że zostało ono w 95 % zniszczone! Pierwsi, powojenni osadnicy mieli przed sobą trudne zadanie, polscy przesiedleńcy rozpoczęli budowę miasteczka niemal od podstaw. Najlepszą decyzją było otworzenie w 1967 r. huty miedzi, która stała się największym zakładem przemysłowym miasta i przynosi konkretne zyski. 


Jednym z najważniejszych miejsc w historycznym Głogowie był Kościół św. Mikołaja. Dzisiaj można już tylko podziwiać ruiny tej wspaniałej budowli - będącej symbolem zniszczeń II wojny światowej.



Przedwojenną chlubą miasta był także Teatr Miejski im. Andreasa Gryphiusa, zniszczony podobnie w 1945 r. Obecnie można obejrzeć jedynie jego ruiny.


Kolejną atrakcją Głogowa jest Kościół Bożego Ciała wybudowany w XV w. Obiekt sakralny również nie przetrwał bombardowań w 1945 r., niewiele zachowało się z jego oryginalnego wystroju.


W XIII w. podczas rządów Karola I Głogowskiego wybudowano wieżę - strażnicę dającą początek ratuszowi, który zniszczyły 4 pożary (ostatni w 1945 r. podczas walk o Głogów). 


Wieża ma wysokość 80,35 m. i jest najwyższą wieżą ratuszową na Śląsku i drugą w Polsce (po Gdańskim Ratuszu Głównym Miasta)! Wnętrze ratusza zachwyciło mnie, na każdym poziomie zainstalowano ławeczkę, gdzie można spokojnie odpocząć oraz zamieszczono informacje i postaci związane z historią miasteczka.



Z okazji Dni Głogowa wstęp na taras widokowy - znajdujący się na 47,07 m. był bezpłatny. Po pokonaniu wszystkich schodów, podziwiałyśmy malowniczą panoramę miasta.



Symbolem Wrocławia są krasnoludki, natomiast Głogów postanowił być znany z figur Dzieci Głogowskich. Jedną z nich jest stojący na rynku Staś z procą.


Po skonsumowaniu pysznej, dużej pizzy, wybrałyśmy się na festyn. 2 Wesołe Miasteczka składały się z ogromnej liczby karuzeli i innych atrakcji, a tłum ludzi podążających do budek na jarmarku wcale się nie kończył.


Zwieńczeniem tak wspaniałego dnia był koncert Kamila Bednarka, który ogromnie mnie zaskoczył. Chłopak śpiewał fenomenalnie i przekazał publiczności dawkę pozytywnej energii. Bardzo chętnie wybiorę się jeszcze kiedyś na jego występ, tym bardziej, że w Głogowie nie mogłam wysłuchać go do końca, gdyż Ewelina sprawdziła nam ostatni pociąg i musiałyśmy już prędko wracać. 


Jeśli będziecie w pobliżu Głogowa, zachęcam do jego odwiedzenia, obfituje w wiele ciekawych miejsc. Ewelince dziękuję za towarzystwo i wiele wspomnień ! :))

wtorek, 16 czerwca 2015

Australia

Hejka!
Dzisiaj zaprezentuję moją opinię na temat kolejnej książki znanej polskiej podróżniczki :)




   Tytuł: ,,Australia" (seria ,,Kobieta na krańcu świata")
   Autor: Martyna Wojciechowska
   Okładka: miękka
   Ilość stron: 128
   Rok wydania: 2013









     ,,Australię" przeczytałam bardzo szybko. Uwielbiam humorystyczny, często sarkastyczny język Wojciechowskiej. Książkę zdobią także piękne ilustracje. Autorka poleca miejsca, które warto zwiedzić będąc na odległym kontynencie, przytacza również wiele ciekawostek historycznych i geograficznych.
          Rdzenna ludność Australii to Aborygeni, którzy przybyli na wyspę z Azji ok. 50 tysięcy lat temu. Za pierwszych odkrywców państwa uważa się Holendrów, chociaż wg istniejących archiwów to Brytyjczyk (James Cook) oficjalnie dopłynął do dalekiego kraju najwcześniej. W XVIII w. Anglicy postanowili skolonizować nowy kraj, do tego celu zmusili skazańców, których przywożono z dalekich państw. Ich liczba osiągnęła wówczas ponad 160 tysięcy, a sytuacja Aborygenów systematycznie pogarszała się. Obecne statystyki głoszą, że Australijczycy są w większości ludnością napływową, mającą za przodków właśnie jeńców. Kraj jest najmniejszym kontynentem na świecie, jednakże szóstym państwem pod względem powierzchni. Wyspę zamieszkują tylko 22 miliony ludności i to aż 80 % przy wąskim pasie ziemi przy oceanie. Najwyższy szczyt Australii został odkryty przez Polaka Edmunda Strzeleckiego i nosi nazwę Góra Kościuszki. Stolicą kraju jest Canberra, chociaż największym miastem jest Sydney, a tuż po nim Melbourne. Wyspa jest jedną z najbezpieczniejszych i najbogatszych krajów na świecie, bezrobocie sięga w Australii jedynie do 5%. W państwie znajduje się mnóstwo różnych gatunków roślin i zwierząt, niestety wiele z nich jest groźnych, trujących i jadowitych. 
          Bohaterką kolejnego odcinka ,,Kobiety na krańcu świata: jest 48 letnia Heather Swan. Kobieta kilkanaście lat wcześniej zmieniła swoje życie o 180 stopni. Heather miała 2 małych dzieci i pewną pracę w korporacyjnym biurze, jednak pewnego dnia poznała lubiącego sporty ekstremalne Glenna. Australijka postanowiła pokonać strach i towarzyszyć ukochanemu podczas jego treningów. Niespodziewanie, kobieta pokochała base jumping - skakanie z różnych niebezpiecznych wysokich obiektów. Bohaterka ma niesamowitą kondycję, trenuje latanie ze spadochronem, miała dwa poważne wypadki, ale nie przeszkodziło jej to w kontynuowaniu sportowej kariery. Heather uzależniła się od adrenaliny. Szalenie podziwiam tę odważną kobietę, która motywuje do działania. Lubię takie inspirujące opowieści. Książka bardzo mi się podobała. Oceniam 8/10.

 ,,Australia bierze udział w wyzwaniu: POLACY NIE GĘSI III

niedziela, 14 czerwca 2015

Koncertowo - Hey

Siemanko!

        W maju wybrałam się na koncert zespołu Hey. Uwielbiam Nosowską, więc ucieszyłam się ogromnie, gdy dowiedziałam się, że przybędzie na dni mojego miasta. Wejście na stadion było darmowe, więc z niecierpliwością czekałam na wydarzenie. 
        Niestety, występ opóźnił się o pół h., co więcej rozpadało się. Kasia wyglądała wspaniale, jak zawsze skromnie dziękowała fanom, ale nie mogłam poczuć fantastycznego klimatu, bo pijana dzicz napierała na mnie z każdej strony (jedna małpa - wypuszczona chyba prosto z zoo - połamała mi parasolkę!). Naćpana młodzież zrobiła na mnie mega negatywne wrażenie, pierwszy raz spotkałam się z taką agresją na koncercie, gdyż zawsze bawiłam się wspaniale. Chyba jednak wolę imprezy biletowe, bo przynajmniej zachowana jest na nich kultura... Teraz nie dziwię, się że wstęp do zamkniętych klubów nie jest tani.
        Ponadto, zdenerwował mnie fakt, że na Nosowską puszczono ,,atrakcyjny" dym, dzięki któremu przez cały koncert piosenkarkę niewiele widziałam. Światła także nie były sprzyjające ;/ Występ trwał 1.5 h, wokalistka zaśpiewała największe hity. Cóż, do domu nie wróciłam zadowolona, a szkoda, bo na przyjazd Hey czekałam bardzo długo. Mam nadzieję, że następnym razem moje emocje z koncertu będą bardziej pozytywne :)





Lubicie piosenki Hey?

piątek, 12 czerwca 2015

Wycieczkowo 27 - Kamieniec Ząbkowicki

Hej!
Najwyższy czas na notkę wycieczkową :) W maju moja kuzynka miała imieniny, więc postanowiłam zrobić jej niespodziankę. Zabrałam ją na pożegnalny wyjazd, bo Iwona pod koniec czerwca wraca już do Hiszpanii, gdzie mieszka. Zapakowałam ją oraz mamę do auta i ruszyłyśmy do pobliskiego Kamieńca Ząbkowickiego.

       Kamieniec Ząbkowicki jest piękną wsią, która od kilku lat walczy o uzyskanie praw miejskich. Miejscowość usytuowana jest na Przedgórzu Sudeckim, powstała po upadku grodu warownego w Bardzie. Datę budowy wioski szacuje się na 1096 r., kiedy to czeski książę Brzetysław II wzniósł grodzisko położone na skale - stąd też nazwa ,,Kamieniec". 

        Historia wsi związana jest z cystersami, którzy przybyli do pradoliny Nysy Kłodzkiej w 1246 r. Mnogość zabytków zakonnych powoduje, że Ziemia Ząbkowicka bardzo często określana jest jako ,,Cysterska Kraina". Cystersi przyczynili się do zwiększenia kultu matki Boskiej Bardzkiej, wybudowali dwa opactwa oraz kilkanaście kościołów w pobliskich wioskach. Zakonnicy mieli ogromną władzę nad wszystkimi terytoriami w okolicy aż do sekularyzacji dóbr w 1810 r. Osoby duchowne były świetnymi gospodarzami i pozostawili po sobie nieocenione dziedzictwo. Od zakończenia wojny klasztor pocysterski w Kamieńcu Ząbkowickim pełni funkcję kościoła parafialnego. 



Do obiektu poklasztornego zaprasza Św. Florian. Dawny budynek zamieszkały przez mnichów jest dziś siedzibą archiwum.


Po zaznajomieniu się z historią cystersów, pożegnałyśmy sekretny obszar i ruszyłyśmy do najważniejszego celu naszej wycieczki - pałacu Marianny Orańskiej.


Na szlaku prowadzącym do zamku zauważyłyśmy piękny kościół, będący dawniej świątynią ewangelicką. Obiekt wybudowany został w 1885 r., a zaprojektował go Ferdynand Martius (współautor i budowniczy pobliskiego pałacu). Z gmachem związanych jest wiele opowieści, po wojnie pełnił on nawet rolę magazynu popadając w coraz większą ruinę. Na szczęście sakralny budynek odrestaurowano, a wybudowany w neogotyckim stylu obiekt nazywany jest obecnie potocznie ,,Czerwony Kościółkiem". Mieści się w nim dzisiaj informacja turystyczna, gdzie zakupiłyśmy bilety na zwiedzanie pałacu.



Pałac można zwiedzać codziennie o pełnych godzinach od 10.00 do 18.00. Wejście możliwe jest tylko z przewodnikiem. Aby dotrzeć do celu, należy przejść przez park, który zrobił na mnie ogromne wrażenie.




       Historia pałacu związana jest z niderlandzką królewną. Cesarz Napoleon I zmusił rodzinę van Oranje-Nassau do opuszczenia państwa. Familia znalazła schronienie w Prusach u króla króla Wilhelma Fryderyka III. W 1810 r. w Berlinie na świat przyszła Wilhelmina Frederica Louisa Charlotte Marianne Prinses der Niderlanden roku Hohenzollern - znana jako Marianna Orańska. Majątek po cystersach zakupiła jej matka - księżna Fryderyka Luiza Wilhelmina, późniejsza królowa Niderlandów. Marianna Orańska otrzymała rozległe dobra w spadku.
       
        Księżniczka traktowała sprezentowane ziemie jako własną ojczyznę. Marianna Orańska mocno angażowała się w działalność na dzisiejszym pograniczu polsko - czeskim. Wzniosła ogromny wkład w rozwój społeczno - gospodarczy regionu. To dzięki niej perełka turystyczna Sudetów osiągnęła znaczną sławę i znaczenie w okolicy. Wilhelmina przyczyniła się do stworzenia sieci dróg, szpitali, sierocińców, przytułków, szkół. Najistotniejszą pamiątką po królewnie pozostała rezydencja w Kamieńcu Ząbkowickim - pałac wybudowany w stylu neogotyckim z jej polecenia (projektu słynnego architekta K.F. Schinkla, który w międzyczasie zmarł, więc jego pracę kontynuował F. Martius). Początek budowy szacuje się na 1838 r, a koniec miał miejsce 30 lat później. Wartość pałacu wynosiła równowartość 3 ton złota!


        Marianna Orańska była tuż obok Daisy z rodu Hochbergów (związaną z zamkiem Książ) najważniejszą kobietą urzędującą na obecnych terenach Dolnego Śląska. Księżniczka Niderlandzka kochała szwedzkiego księcia Gustawa Wazę, ale na ich ślub nie zezwolił król Szwecji Karol XIV Jan. 
       Wilhelmina wyszła za mąż za kuzyna Albrechta Pruskiego, z ich związku przyszło na świat 4 dzieci: Fryderyka Luiza Wilhelmina Marianna Charlotta (zmarła młodo po urodzeniu kolejnego dziecka), Fryderyk Wilhelm Nikolaus Albrecht - jedyny potomek, z którym Marianna Orańska miała kontakt aż do śmierci, Fryderyka Luiza Wilhelmina Elżbieta (żyła jedynie dwa miesiące) oraz Fryderyka Wilhelmina Luiza Elżbieta Aleksandra (odseparowano ją od matki).


        Marianna Orańska nie mogła przywyknąć do surowego, pruskiego dworu. Szybko odkryła zdrady Albrechta Pruskiego, jej małżeństwo z kuzynem nie był szczęśliwe. Księżniczka niderlandzka zakochała się w swoim stajennym: Janie Wilhelmie van Reinhartshausen i żyła z nim w otwartym związku, co zostało potępione przez władze, które zerwały z nią wszelkie stosunki dyplomatyczne.
       

         Księżniczka urodziła dziecko nowemu partnerowi. Marianna Orańska bardzo kochała chłopca i planowała jego radosną przyszłość, niestety Johannes zmarł w wieku 12 lat na szkarlatynę. 
        W 1873 r. z okazji ślubu syna Fryderyka Wilhelma Nikolausa Albrechta, księżniczka przekazała mu wszystkie dobra śląsko - kłodzkie (także pałac). Potomek rodu Hohenzollernów zostawił w spadku posiadłości najstarszemu synowi - Fryderykowi Henrykowi, jednak ten umarł bezdzietnie i majątek zapisał trzem córkom najmłodszego brata: Fryderyka Wilhelma. Zamierzenia nie zostały zrealizowane ze względu na powojenną zmianę granic. 



        Podczas II wojny światowej, Niemcy zwozili do pałacu dzieła sztuki z całego Śląska. Po 1945 r. obiekt zaczął popadać w ruinę. Prawdopodobnie Armia Czerwona podpaliła budynek, a następnie go zdewastowała. Od 1984 r. do 2010 r. pałac dzierżawił prywatny przedsiębiorca Włodzimierz Sobiech, który dzięki posiadanym pieniądzom z zagranicznego spadku starał się uratować zabytek. 


Po śmierci właściciela, pałac stał się własnością gminy. Od 2012 r. gmach jest remontowany, koniec renowacji przewidziany jest na 2030 r. 


Niestety, w środku pałacu niewiele można zobaczyć. Głównie są to zdjęcia budynku sprzed kilkudziesięciu lat bądź filmy multimedialne. 




W tym pomieszczeniu znajdowała się kiedyś stajnia.


Po porzuceniu męża, Marianna Orańska otrzymała od władzy mnóstwo zakazów, m.in. nie wolno jej było wchodzić do pałacu przez drzwi - a jedynie przez okno.


Moim zdaniem bilety uprawniające do zwiedzania obiektu są zbyt drogie (25 zł normalny, 15 zł ulgowy). Na szczęście nieopodal gmachu jest darmowy parking (np. w Książu za postój trzeba również dopłacić). Nie mniej jednak, z zachwytem spoglądałam na wspaniałe tarasy, które są naprawdę przepiękne. 




W latach świetności pałacu funkcjonowało w nim aż 27 fontann!


Przed wojną turyści mogli zwiedzić obiekt za... 1 markę.




Tuż przy pałacu znajduje się zadbany park (prowadzący do lasu) położony przy stawie.


Spokojna okolica gwarantuje jeszcze jedną atrakcję - podświetlaną wieczorami fontannę, usytuowaną na przeciwko dawnego domu rządcy.


Na koniec wypoczęłyśmy na placu do ćwiczeń nieopodal boiska, gdzie postanowiłam popracować chwilę nad swoją sylwetką haha :D 


Wycieczkę wspominam bardzo miło, szalenie podobała mi się historyczna - malownicza, niezwykle zielona wioska. Najbardziej zdumiały mnie dzieci idące ze szkoły mówiące turystom ,,dzień dobry" - to miłe... biorąc pod uwagę fakt, że nawet niektórzy młodsi sąsiedzi z mojego bloku udają na ulicy, że mnie nie widzą. Jakby ktoś mijał na trasie Kamieniec Ząbkowicki, polecam przyjrzeć mu się z bliska :)