poniedziałek, 29 września 2014

Britney Spears. Urodzona, by cieszyć

Cześć!
Przy ostatnich porządkach w domowej biblioteczce natrafiłam na cienką książkę opowiadającą o początkach kariery Britney Spears. Kiedy byłam nastolatką, uwielbiałam słuchać piosenek mojej idolki, zbierałam wszystkie gadżety z jej wizerunkiem. Gdy zauważyłam małą, zakurzoną lekturę na półce, trochę wzruszyłam się na myśl o moim dzieciństwie i postanowiłam zajrzeć do papierowego egzemplarza. Książkę przeczytałam w 2 godziny :)




   Tytuł: ,,Britney Spears. Urodzona, by cieszyć"
   Autor: Andrew Grant
   Rok wydania: 2000
   Ilość stron: 160
   Okładka: miękka











        Britney Spears urodziła się w 1981 r. w małym miasteczku w stanie Luizjana. Jako mała dziewczynka lubiła śpiewać i tańczyć. Rodzice widząc pasję dziecka, zapisali Brit na lekcje muzyczne. Spears już w wieku 4 lat zaczęła występować na lokalnej scenie. Od tego momentu jej kariera nabrała rozpędu, większość konkursów wokalnych czy rytmicznych kończyła się najważniejszymi dla niej nagrodami. Mama dziewczynki chcąc pomóc córce, postanowiła zapisać ją do elitarnej szkoły w Nowym Jorku. 9 letnia wschodząca gwiazda (wraz z matką i maleńką siostrą Jamie) pełna obaw przeprowadziła się na północ.
       Młodziutka Spears szybko zapoznała się z ciężką pracą. Uczestniczyła w zajęciach szkolnych - przygotowując się do podstawowych testów, dodatkowo chodziła na lekcje śpiewu, tańca oraz nieoczekiwanie dostała etat w teatrze. Brit miała zaplanowany cały dzień, niestety czas wolny był dla niej tylko marzeniem. Kiedy dziewczynka skończyła 11 lat - została wybrana spośród 15 tysięcy (!) dzieci do Klubu Myszki Miki. Wraz z nią dostało się 7 osób (w tym: Justin Timberlake, Christina Aguilera, Ryan Gosling). Spears stała się sławną osobą. Niestety, po 2 latach bycia prezenterką, dziewczynka musiała pożegnać się z programem, bowiem ogłosił on upadłość.
        Brit wróciła do rodzinnej miejscowości, ale szybko dopadła ją nuda. Dziecko przyzwyczajone do blasków fleszy - tęskniło za miastem tętniącym życiem. Mama Britney postanowiła uszczęśliwić nastolatkę i zadzwoniła do przyjaciela rodziny pracującego w przemyśle muzycznym. Mężczyzna stwierdził, że obecnie panuje boom na młode zespoły typu: Spice Girls czy N'sync, jest wielu wokalistów solowych jak Ricky Martin, brakuje natomiast nowych piosenkarek. Znajomy familii doradził, aby zdecydować się na karierę w stylu pop, gdyż ten gatunek muzyki miał w przyszłości sprzedawać się najlepiej.
       Britney chodziła na castingi, gdzie wypatrzył ją dyrektor wytwórni Jive Records Label. Jeff Ferster zauważył w dziewczynie potencjał i postanowił w nią zainwestować. Nastolatka podpisała kontrakt, a następnie wyjechała do Sztokholmu nagrywać swój materiał na płytę. Po powrocie do USA, Brit rozpoczęła promocję singla ,,(Hit me) Baby One More Time". Amerykanka śpiewała i tańczyła w centrach handlowych, a następnie występowała jako support przed N'sync. W tym momencie jej kariera nabrała tempa, dziewczyna sprzedała miliony krążków, a piosenki nastolatki długo utrzymywały się na szczytach światowych list radiowych. Britney została młodą milionerką i ponownie poleciała do Szwecji, aby nagrać drugi solowy krążek.

       Książka została podzielona na kilka krótkich rozdziałów. Ostatni z nich nosi tytuł: ,,Co dalej"? Patrząc z perspektywy czasu, aż trudno uwierzyć w to, co się stało ze zdolną wokalistką. Lektura nie tylko opowiada o dzieciństwie Britney, ale także zdradza kulisy działania show biznesu. Autor poruszył ważny temat kreacji medialnych gwiazd. Wytwórnie płytowe mają w kontraktach rozpisane wytyczne na temat swoich podopiecznych. Piosenkarze muszą mieć określony makijaż, strój. Często reklamy stają się ważniejsze niż kariera wokalna, np. nastoletnia Spears podpisała umowę z firmą produkującą dżinsy na 5 milionów! Jej ustalony wizerunek dziewczyny z sąsiedztwa miał powodować zachwyt dziewcząt w podobnym wieku. Nie wiadomo, ile w amerykańskiej piosenkarce było prawdziwej Britney. 
        Lektura wskazuje na szereg problemów dotyczących młodych gwiazd. Spears wspomina trudne początki na scenie. Kiedy supportowała N'sync, fanki zespołu wyzywały ją i żądały zejścia z podestu. Dziewczyna musiała ciężko pracować, nie miała prywatności. Ilość wiernych fanów była ogromna, ale niespodziewanie pojawiło się też mnóstwo hejterów, którzy uwielbiali okrutne plotki. Kontrakty zmuszały dziewczynę do pojawiania się w wielu programach, bankietach, na które często nie miała ochoty. Kiedy jako 17 letnia dziewczyna powiększyła sobie biust, konserwatywne środowiska zaczęły protestować przeciwko rosnącej karierze Britney. Do dziś nie wiadomo, czy ten skandal był prawdziwy, bowiem plotki są doskonałym chwytem marketingowym podnoszącym popularność. Świat show biznesu zniszczył 3letni związek Brit z Justinem TImberlake'm. Od tego czasu celebrytka straciła równowagę życiową. Pojawiło się mnóstwo młodszych konkurentek, Brit nie mogła pozwolić sobie na chwilę wytchnienia, bo każda większa przerwa mogła doprowadzić do upadku kariery. 
      Księżniczka popu miała publiczny wizerunek, który nakazywał jej mówić, że jest największym przeciwnikiem: papierosów, narkotyków, alkoholu, wulgarnego słownictwa, agresji w stosunku otoczenia. Jak dobrze wiemy, kilka lat później Britney wpadła w depresję, posmakowały jej wszystkie złe używki, którymi wcześniej tak gardziła. W wieku 27 lat Spears ogoliła sobie głowę na łyso i wymachiwała natrętnym paparazzi parasolką. Brit ma za sobą dwa nieudane małżeństwa oraz dwójkę synów. Doskonale widać, jak piosenkarka pogubiła się na przestrzeni lat. Uśmiechnięta nastolatka została zastąpiona przez zmęczoną życiem kobietę. Zazwyczaj ,,gwiazdy", które rozpoczęły wczesną karierę zmagają się później z poważnymi problemami psychicznymi. Celebryci przyzwyczajeni do luksusowego życia - nie znają smaku dzieciństwa, grozi im smutny upadek. Można zatem zauważyć, że pieniądze i popularność nie zawsze są wyznacznikiem szczęścia (wszak podobne biografie mieli przecież Miley Cyrus czy Justin Biber - jeszcze do niedawna złote dzieci show biznesu z zaprojektowanymi wizerunkami).



Przyznam, że tęsknię za klimatem lat 90. A do Britney mam ogromny sentyment... :)

niedziela, 28 września 2014

Starsza pani musi zniknąć

Cześć!
Dzisiaj przedstawię Wam recenzję filmową. Są takie produkcje, że mogę je oglądać nieskończoną ilość razy, a nigdy mi się nie znudzą. Do moich faworytów należy: ,,Starsza pani musi zniknąć".




  Tytuł: ,,Starsza pani musi zniknąć"
  Reżyseria: Danny DeVito
  Gatunek: Czarna komedia
  Czas trwania: 1.29 h
  Rok produkcji: 2003











Fabuła:
      Nancy i Alex marzą o własnym domku. Po rozpatrzeniu różnych ofert, wybierają piękny obiekt na Brooklynie. Jedynym minusem nowego mieszkania jest starsza pani urzędująca na górnym piętrze. Irlandka Connelly sprawia jednak wrażenie miłej osoby, a poza tym młode małżeństwo spodziewa się, że chorowita babcia niedługo umrze ze względu na jej wątły stan zdrowia. Niespodziewanie... okazuje się, że staruszka ma więcej energii niż młodzi lokatorzy, a perfidne zachowanie Irlandki - szalenie uprzykrza życie amerykańskiej parze. Czy Nancy i Alex zaakceptują wybryki pani Connelly? A może starsza pani przechytrzy swoich sąsiadów? Polecam dzieło Danny'ego DeVito.

      Przyznam, że uwielbiam ten film, gdyż zawsze potrafi poprawić mi nastrój. Podczas seansu śmiałam się wielokrotnie, a wiele scen znam już na pamięć. Według mnie najlepszym fragmentem jest wizyta babci w sklepie, kiedy liczy tabletki, a potem winogrono.
      Bardzo pozytywnie wspominam obsadę produkcji. Ben Stiller jako Alex był genialny, z rozbawieniem spoglądałam na jego próby ucieczki przed starszą panią. Drew Barrymore doskonale zagrała Nancy, świetnie przedstawiła nieporadne zachowanie młodej mężatki, która nie potrafiła przeciwstawić się wrednej sąsiadce. Zachwyciła mnie rola Eileen Essell, która wcieliła się w postać pani Connelly. Aktorka rewelacyjnie wykreowała staruszkę potrafiącą nieźle namieszać w małżeństwie nowych lokatorów, nigdy nie kończyły jej się pomysły na kolejne żarty.
      Film został wyreżyserowany na podstawie prawdziwych wydarzeń z 1965 r. Francuz postanowił wynająć apartament u 90 letniej kobiety, po jej śmierci mężczyzna miał prawo do odziedziczenia domu. Lokator zmarł jednak w wieku 77 lat, a staruszka dopiero rok później pożegnała się ze światem - w wieku 122 lat i została ogłoszona najdłużej żyjącą kobietą na ziemi.
      Czarna komedia zagwarantuje widzowi dużo humoru. Oczywiście film należy traktować z przymrużeniem oka. Dzieło DeVito spodoba się fanom lekkich produkcji, lubiących oglądać szereg niekończących się dowcipów. Moja ocena to 9/10.

piątek, 26 września 2014

Miasto 44

Witajcie!
W ubiegły weekend wybrałam się z mamą do kina. Przyznam, że produkcje historyczne nie są moim ulubionym gatunkiem filmowym, wolę czytać książki o tej tematyce. Moja rodzicielka od zawsze jednak interesowała się przeszłością Polski i kiedy tylko ukazywała się kolejna, nowa produkcja przedstawiająca dawne losy naszego kraju, mama musiała prędzej czy później obejrzeć dane dzieło. Na seans ,,Miasto 44" byłam przez nią namawiana od momentu oficjalnej zapowiedzi dramatu. Ostatecznie dałam się przekonać i w niedzielę pojechałyśmy do pobliskiego miasta, aby zobaczyć słynny film. 




     Tytuł: ,,Miasto 44"
     Reżyseria: Jan Komasa
     Gatunek: wojenny, dramat
     Czas trwania: 2.10 h
     Rok produkcji: 2014











Fabuła:
         1944 r. - Warszawiacy mają dosyć życia w zniewolonej Polsce. Społeczeństwo opętane jest strachem, Niemcy pod byle pretekstem zabijają niewinnych ludzi. Młodzież z entuzjazmem pracuje w konspiracji, nieświadomi krwawej przyszłości bohaterowie nie mogą doczekać się nadchodzącego powstania, które ma przynieść miastu niepodległość. Młodzi warszawiacy czekają na wojska sowieckie, mające pomóc Polakom w walce z Niemcami. Niestety, wojna każdego dnia zabiera coraz więcej ofiar, społeczeństwo czuje się oszukane, bowiem powstanie mające trwać 2-3 dni przedłuża się o 2 miesiące. Nieprzygotowany zryw kończy się niepowodzeniem, żadne państwo nie udziela Polsce wsparcia, a Warszawa zostaje zrównana z ziemią.
         W powstaniu biorą udział głównie nastolatkowie, z nadzieją walczą o wolny kraj. Nie spodziewają się, że krótki termin ważnej bitwy przerodzi się w krwawą rzeź, a większości młodzieży nie będzie dane przeżyć kolejnych dni. Główni bohaterowie: Biedronka i Stefan przysięgają wierność ojczyźnie. Nieświadomi bliskiej masakry zakochują się w sobie. Los doświadczy ich jednak okrutnie. Wraz z innymi, pełnymi ideałów przyjaciółmi znajdą się w prawdziwym piekle.

         Ponad 2 h. seansu filmowego zleciało mi jak 5 minut. Ze zdumieniem zauważyłam, że sala wypełniona była po brzegi ludźmi w różnym wieku. Dookoła siedzieli nastolatkowie (szacunek, ja w ich wieku trudne tematy omijałam szerokim łukiem, z własnej woli mogłam jedynie przyjść na filmy typu: ,,Dziennik Bridget Jones") oraz staruszkowie. Niestety kilku widzów nie wiedziało chyba na jakiej produkcji się znajduje, bowiem podczas seansu, gdy wybuchały bomby i ginęli ludzie - oni smacznie zajadali sobie popcorn (zostawiając pod krzesłami prawdziwy śmietnik). Nie krytykuję jedynie najmłodszych odbiorców, ponieważ dojrzałe małżeństwo siedzące obok mnie co chwile szeleściło papierkami od cukierków, a pani narzekała, że strzelają tak głośno, aż rozbolała ją głowa. Ciekawe czy paniusia miałaby odwagę narzekać, gdyby urodziła się w okresie międzywojennym i żyła pod ciągłą lufą nazistów. 

         Przyznam szczerze, że produkcja wgniotła mnie w fotel i przez parę dni nie mogłam się po niej pozbierać. Moja mama również bardzo przeżyła historię głównych bohaterów. Przeczytałam wiele recenzji krytykujących film, jednak ja jestem ,,Miastem 44" oczarowana. Szczerze podziwiam reżysera, który jest młodym mężczyzną (32 lata) i przez 8 lat (czyli 1/4 swojego życia) przygotowywał się solidnie do wyreżyserowania produkcji wojennej. Jan Komasa zbierał niezbędne materiały, konsultował swoją pracę z powstańcami oraz nawiązał współpracę z zagranicznym ekspertem od efektów specjalnych: Richardem Bain'em, który odpowiedzialny jest m.in. za powstanie ,,Incepcji", ,,Nędzników" czy ,,Casino Royal". 
         ,,Miasto 44" jest pierwszym polskim filmem, który tak bardzo mnie urzekł swoim hollywoodzkim rozmachem. Reżyser zaimponował mi już wcześniej świetnym dramatem ,,Sala samobójców", więc wiedziałam w jakim mniej więcej stylu będzie jego nowy hit. Film z Powstaniem Warszawskim w tle jest dosyć oryginalny, co zapewne przeszkadza wielbicielom tradycyjnych produkcji. Ja niezwykle cieszę się z jego realizacji, gdyż uważam, że ze względu na zmieniające się czasy i coraz częściej znudzone wszystkim niedojrzałe pokolenia, należy szukać nowych ścieżek do serc młodzieży, która powinna być głównym adresatem dramatu ze względu na coraz mniejszą chęć na zapoznanie się z historią. Wątpię, aby wartościowe filmy o wojnie wyreżyserowane w ubiegłym stuleciu wzbudziłyby podobną ciekawość wśród młodego społeczeństwa, które na ,,Miasto 44" wybrało się do kina w dużej mierze ze względu na obiecujący wątek miłosny bohaterów produkcji oraz znakomite efekty specjalne. Zauważyłam, że większość odbiorców dzieła ,Komasy nie zakończyła swojej przygody z poznawaniem przeszłości Warszawy wraz z filmem, lecz dobrowolnie zaczęła sięgać do źródeł historycznych. Niespodziewanie, temat powstania stał się ostatnio bardzo modny wśród młodszych pokoleń, co napawa optymizmem, bowiem pamięć o cichych bohaterach powinna trwać wiecznie.

       Produkcja postrzegana jest jako kontrowersyjna, bowiem łamie pewne konwencje. Komasa proponuje widzom widok wojny z perspektywy nastolatków, którzy właśnie doświadczyli pierwszej miłości. Historia głównych bohaterów jest tragiczna. Dla mnie film jest głównie opowieścią o niezwyklej sile 18letniej Ali. Nastolatka ryzykowała życiem, aby uratować chłopaka swoich marzeń. Stefan przeżył traumę, która zniszczyła jego psychikę. Chęć zemszczenia się na Niemcach okazała się być silniejsza niż uczucie do kochającej go dziewczyny. Niestety, prawo do walki i dumne postawy nie potrafiły dać bohaterowi szczęścia - w głębi duszy pozostał on zagubionym chłopcem, tęskniącym za swoją rodziną. Pustka ogarniająca Stefana uzmysłowiła mu, że dokonał trefnych wyborów, czasu jednak nie mógł już cofnąć. Wojenne postaci wiedziały, że każdy dzień może być ich ostatnim. Młodzi bohaterowie w pośpiechu brali śluby, ratowali przyjaciół sami przy tym ginąć, w obliczu największego strachu decydowali się na samobójstwo. W filmie można również dostrzec nawiązanie do Żydów decydujących się walczyć obok Polaków czy przyjrzeć się wizerunkowi groźnych nazistów, wśród których zdarzali się być także dobrzy Niemcy. Dodatkowo, dramat przypomniał o podziale warszawiaków pod względem klas. Elity nie miały zamiaru brać udziału w powstaniu, bogacze zdawali sobie sprawę, że pomoc od Rosjan jest niemożliwa, więc czym prędzej uciekali z miasta.
        Niewątpliwa zaleta produkcji to obsada. Najjaśniejszą gwiazdą filmu była Zofia Wichłacz grająca Alę (Biedronkę). Nie mogłam uwierzyć, że aktorka ma zaledwie 19 lat, dziewczyna stworzyła tak niesamowitą kreację, że śniła mi się po nocach. Wszystkie sceny z jej udziałem powodowały, że moje serce kołatało jak szalone. Zdecydowanie dzieło Komasy należało do Zosi, ze zdumieniem wpatrywałam się w delikatną postać pełną lęku i świadomości zagrożenia, jednak w chwili niebezpieczeństwa odkrywającą w sobie ogromną moc i odwagę. Co więcej, młodziutka nastolatka nie bała się nagich scen, brawo za śmiałą decyzję.
        Józef Pawłowski wcielający się w postać Stefana przekonał mnie do siebie swoją rolą. Mężczyzna zagrał wrażliwego nastolatka z dobrego domu, liczącego się ze zdaniem matki. Uratowany z płonącego szpitala bohater zwariował, jego głos rozsądku został zagłuszony przez żądzę zemsty. Bezsilność towarzysząca chłopcu w ostatnich chwilach skłoniła mnie do wielu przemyśleń. 
      Anna Próchniak w roli Kamy sprawdziła się doskonale. Zakochana w Stefanie dziewczyna pochodząca z niższych sfer - to była trudna do odegrania kreacja. Aktorka przedstawiła swoją bohaterkę na zasadzie kontrastu z Biedronką, bowiem dla Kamy najważniejsza była walka za ojczyznę (co zaimponowało Stefanowi).
       Na wyróżnienie zasłużyli także artyści wcielający się w przyjaciół głównych postaci: Antoni Królikowski jako Beksa (scena, w której bohater wspomniał o swoich 19urodzinach spowodowała lawinę moich łez), Tomasz Schuchardt jako Kobra, Maurycy Popiel jako Góral, Filip Gurłacz jako Rogal, Michał Żurawski jako Czarny, Grzegorz Daukszewicz jako Czarny, Karolina Staniec jako Beata, Jaśmina Polak jako Ewa i inni. 
          Pozytywnie oceniam również grę Filipa Szczepkowskiego (Jasia), Moniki Kwiatkowskiej (matki Stefana i Jasia), Wojciecha Błacha (lekarza), Tadeusza Chudeckiego (szefa Wedla) czy Michała Czarneckiego (kapitana AK).

         Ogromne wrażenie zrobiły na mnie kostiumy, perfekcyjnie wskazywały na klimat lat 40. Doceniam także pracę fryzjerów, którzy idealnie odwzorowali modne style czesania z czasów wojny. Moją wyobraźnią zawładnął widok zniszczonej Warszawy, który tuż przed końcowymi napisami przemienił się w dzisiejsze - nowoczesne miasto. To niesamowite jak szybko odbudowano spaloną i zrównaną z ziemią stolicę. Szkoda, że dawny klimat miejscowości zginął wraz kolejnymi wybuchami bomb w ubiegłym stuleciu, jednak chodząc ulicami Warszawy warto przypomnieć sobie o tragediach, które miały tam miejsce 70 lat wcześniej. 
        Wiele scen zapadło mi głęboko w pamięć. Nie mogę zapomnieć widoku brata Stefana, który krzyczał ,,Gdzie idziesz? Nie odchodź, proszę Cię... nie zostawiaj mnie"! Płakałam razem z małym dzielnym bohaterem, ponieważ wzruszył mnie on swoją postawą. Miałam ściśnięte gardło, kiedy usłyszałam słowo ,,Przepraszam" z ust cierpiącej Kamy, nie mogłam znieść widoku przerażonego żołnierza wrzeszczącego ,,Ja nie chcę umierać!" O wielu niesamowitych sytuacjach mogłabym pisać bez końca. Pomimo tego, że głównym wątkiem filmu jest opowieść o miłości, cieszę się, że Komasa nie zdecydował się na szczęśliwe zakończenie. Dziwię się niektórym osobom krytykującym brutalność produkcji. Powstanie Warszawskie było tragiczne w skutkach, życie większości cichych bohaterów nie zakończyło się happy - endem, więc doskonale, że reżyser nie postanowił pokolorować najważniejszego wątku. Ze smutkiem patrzyłam na ekran, z którego spoglądali na mnie okaleczeni rówieśnicy, chociaż głównie zdecydowanie dużo młodsi ode mnie uczestnicy wojny.
        Nie mniej jednak szczególnie 2 fragmenty historii wywołały we mnie ogromne emocje. Niedawno uczestniczyłam w spotkaniu z Cezarym Pazurą, który polecał recenzowany film. Przede wszystkim zwrócił on uwagę na scenę z krwawym deszczem ludzkich szczątków. Przyznam, że długo czekałam na ten moment, zastanawiając się, czy aktor nie przesadził z przechwalaniem wstrząsającego obrazu. Kiedy ujrzałam na ekranie wspomnianą sytuację byłam w szoku i ze strachu obgryzłam wszystkie paznokcie. Wcale nie uważam, że była to niepotrzebna scena jak twierdzi wiele krytyków. Komasa odzwierciedlił historię, która działa się naprawdę, jak zatem ów motyw filmowy mógł być zbyt brutalny? Jeśli ktoś nie zapozna się z relacjami świadków, którzy wspominają czołg pułapkę - przyczynę ogromnego nieszczęścia setki uradowanych dorosłych i dzieci podziwiających zdobytą maszynę (chwilę później rozerwanych na strzępy poprzez wybuch transportera ładunków), nie ma prawa narzekać na krwawą scenę.
          Drugi fragment produkcji który zawładnął moim sercem, to przejście głównych bohaterów przez kanał. Ten motyw wstrząsnął mną potężnie. Niesamowicie przedstawiono okrutne cierpienie głównych bohaterów, którzy musieli przedostać się na drugi kraniec miasta pod ziemią w towarzystwie nieczystości. Problemem przetrwania były zasadzki Niemców, którzy czekając na uciekinierów przy wyjściu rzucali prosto w nich granaty bądź strzelali z karabinów na dzień dobry. Komasa zobrazował wątek dogłębniej. Nawiązał do wsypywanego do kanałów przez nazistów - karbidu , który łącząc się z wodą tworzył trujący gaz. Ludzie natychmiast zaczynali się dusić, odczuwając paniczny strach połączony z halucynacjami. Genialna scena ukazująca prawdziwe emocje towarzyszące bohaterom (zobrazowanie stanu psychicznego Biedronki doprowadziło mnie do płaczu). Narzekających na prawdziwość tej sceny odsyłam do źródeł opisujących grozę warszawskich kanałów.

            ,,Miasto 44" zostało uhonorowane statuetkami na festiwalu w Gdyni. Nagrody specjalne dostali: Jan Komasa raz Anna Próchniak (Wschodząca gwiazda Elle). Złote Lwy sprawiedliwie otrzymali: Zofia Wichłacz (Najlepsza rola Kobieca) i Bartosz Putkiewicz (Najlepszy dźwięk). Doceniono także genialne efekty specjalne.
         Film nie jest dokumentem. Reżyser postanowił opowiedzieć o losach zniewolonej Warszawy z perspektywy młodzieży. Bohaterowie w większości nie ukończyli jeszcze 20 lat, a wielu z nich było po prostu dziećmi. należy pamiętać, że w tamtych czasach wszystkie jednostki dojrzewały znacznie szybciej, więc widok 10letnich chłopców angażujących się w działania wojenne nikogo nie dziwił. Komasa przedstawił życie zwykłych nastolatków, którzy nie mieli szans żyć beztrosko jak dzisiejsze pokolenia. Młodzi ludzie śmiali się, tańczyli, śpiewali, palili papierosy, a przede wszystkim doświadczali pierwszej miłości. Niestety, zarówno mężczyźni jak i dziewczęta musieli przejść przez piekło wojny. Młodzież dobrowolnie wcielała się do armii, zachęcana widmem szybkiego wyzwolenia. Szybko okazało się, że powstanie było błędem, którego nikt już nie mógł cofnąć. Machina śmierci ruszyła, dopiero w trakcie krwawych walk zorientowano się, że wojska nie zostały przygotowane na długoterminowe walki. Sowieci zapracowali sobie na miano równie wrogiego nieprzyjaciela jak Niemcy, z zachodu nie nadchodziła obiecana pomoc, w szeregach walczyli zazwyczaj zbyt młodzi ludzie, którzy natychmiast spostrzegli, że ich głównym problemem jest brak broni. Reżyser zdaje się przemawiać do dzisiejszego widza: ,,Jak Ty zachowałbyś się dzisiaj w przypadku wybuchu powstania, przecież w zasadzie niczym nie różnisz się od tej młodzieży z ekranu, waszym głównym celem jest chęć szczęśliwego dalszego życia". Wątpię, aby nasze pokolenia odważyły się wojować dla ojczyzny, znaczyłoby to pożegnanie z laptopem i innymi gadżetami, porzucenie wygód, egzystencję z pustym żołądkiem i niemocnym ubraniem. Zdecydowana większość spakowałaby natychmiast tobołek z najważniejszym dobytkiem i uciekła na Zachód, nie martwiąc się o dalsze losy Polski. Społeczeństwo w dzisiejszych czasach chce jednoczyć się ze sobą głównie w szczęśliwych chwilach (np. wygraliśmy mistrzostwa w sporcie i nagle wszyscy są dumni z bycia Polakiem), więc tym bardziej pamięć o cichych bohaterach Powstania Warszawskiego powinna trwać wiecznie; jesteśmy im to winni, bowiem to oni szli dumnie wprost w ramiona śmierci - ginąc odważnie, abyśmy my mogli dzisiaj wygodnie żyć. Doceńmy zatem nasz prawdziwy dobrobyt jaki posiadamy: dach nad głową, jedzenie, czyste ubrania, a przede wszystkim wolność od wojny!
           ,,Miasto 44" skłoniło mnie do wielu refleksji. Produkcja zaczarowała mnie swoją magią. Lubię nowe eksperymenty, zatem z zachwytem przyglądałam się efektom specjalnym. Podobał mi się zastosowany przez reżysera zabieg slow motion, który ukazywał chwile, kiedy czas potrafił niemal stanąć w miejscu. Co więcej, do gustu przypadł mi bardzo podkład muzyczny. Wiele osób krytykowało wybór utworów ,,Dziwny jest ten świat" czy ,,Umówiłem się z nią na 9". Dla mnie te przeboje idealnie pasowały do wybranych scen w filmie. Przyznam, że wzruszyłam się ogromnie słysząc - podczas strzelaniny na cmentarzu - słowa Niemena o tym, że na świecie jest tyle zła. Nie mniej jednak moim zdecydowanym hitem został utwór przewodni filmu:  ,,Miasto". Kiedy słyszę głos Piotra Cugowskiego mam prawdziwe ciarki na ciele. Dzieło Komasy jest doskonałym uzupełnieniem wiedzy o Powstaniu Warszawskim bądź motywatorem do zapoznania się ze szczegółami krwawej historii naszej ojczyzny. Ja jestem w filmie absolutnie zakochana i moja szczera ocena to 10/10.

środa, 24 września 2014

Gwiazd naszych wina

Hej!
Dzisiejsza notka dotyczyć będzie sławnego ostatnio tytułu. Blogosfera długo fascynowała się książką Johna Greena, więc i ja postanowiłam ją w końcu przeczytać. Bardzo ucieszyła mnie biblioteczka Biedronki, gdzie ujrzałam ,,Gwiazd naszych wina" po cenie promocyjnej. Moja przygoda z lekturą trwała kilka dni.





    Tytuł: ,,Gwiazd naszych wina"
    Autor: John Green
    Okładka: miękka
    Ilość stron: 312











Fabuła:
        Hazel ma 16 lat. Od 13 roku życia zmaga się z nowotworem tarczycy, który przemieścił się do płuc. Nastolatka musi być o każdej porze dnia i nocy podłączona do tlenu, bez niego szybko umrze. Dziewczyna doskonale wie czym jest ból i ogromne cierpienie, bowiem często przebywa w szpitalach, gdzie poddawana jest zabiegom odsączania krwi rakowej, która gromadzi się w płucach. Niespodziewanie, na jednym ze spotkań grupy wsparcia, Hazel spotyka Augustusa. Chłopiec jest od niej niewiele starszy, w wyniku nowotworu tkanki kostnej amputowano mu nogę. Czy miłość między chorymi nastolatkami przetrwa wszystkie przeciwności losu? Odpowiedź znajdziecie w książce Johna Green'a, którą polecam.

        Lekturę przeczytałam w ciągu 4 dni. Jest ona pisana językiem młodzieżowym. Do środka egzemplarza załączonych zostało kilka zdjęć filmowych. 
       Historia Hazel i Augustusa jest bardzo smutna. Czytelnicy dostając się do świata bolesnej choroby, powinni w końcu docenić własne zdrowie. Dzieci zmagające się z okrutnymi nowotworami nie mają żadnych szans na normalne życie. Główna bohaterka podczas każdego wyjścia z domu wkładała wąsy tlenowe, chociaż nawet z nimi niezwykle szybko się męczyła (lecz bez nich dalsza egzystencja Hazel nie byłaby w ogóle możliwa). Autor przedstawia wiele przypadków śmierci młodych ludzi, którzy przegrali z tą niebezpieczną chorobą. Nawet po teoretycznym wyleczeniu, pacjenci nie mogą być pewni czy rak do nich nie wróci. Co najsmutniejsze, nowotwór dopada nawet kilkuletnich maluchów, odbierając im całą radość życia. 
        W książce nie występuje happy-end, więc dostaje ode mnie dodatkowy punkt, gdyż nie lubię bajkowych, szczęśliwych zakończeń. Podczas czytania wielu fragmentów miałam ściśnięte gardło. Postaci Hazel i Agustus przypadły mi do gustu, polubiłam ich charaktery i bogate wnętrza. Ze wzruszeniem obserwowałam wyalienowanie niesprawnych osób ze środowiska zdrowego społeczeństwa. Przyjaciółka głównej bohaterki ze szkoły nie była w stanie zrozumieć obaw cierpiącej koleżanki, zapewne sytuacja szczerze ją przerosła. Hazel źle czuła się w jej towarzystwie, ich kontakty rozluźniły się w miarę upływającego czasu.
       Autor doskonale przedstawił również miłość rodziców do chorych dzieci, ich nieustanną opiekę nad nimi, każdy dzień walki. Jednak moim zdaniem w Polsce - życie rodzin, gdzie pojawił się nowotwór znacznie różni się od tego opisanego na stronicach przez Greena. Dorośli muszą wojować o każdą złotówkę (na leki, sprzęt, rehabilitacje, operacje) dla swoich latorośli; tylko bogatych przedstawicieli stać na w miarę spokojne życie u boku przerażonych dzieci. Pisarz oprócz barwnego zobrazowania miasta urodzenia Hazel - Indianapolis, przedstawił również malowniczo Amsterdam (aż miałam chęć znaleźć się natychmiast w stolicy Holandii razem z bohaterami książki). ,,Gwiazd naszych wina" skłoniła mnie do wielu refleksji, muszę częściej cieszyć się najmniejszymi przyjemnościami otrzymanymi od losu oraz dziękować bogu za dotychczasowe zdrowie. Moja ocena lektury to: 8/10.

Oczywiście szybko postanowiłam obejrzeć ekranizację.




   Tytuł: ,,Gwiazd naszych wina"
   Reżyseria: Josh Boone
   Czas trwania: 2.12 h
   Gatunek: dramat, romans
   Rok produkcji 2014











          Jak to zwykle bywa film, który powstał na podstawie książki był od niej dużo gorszy. Brakowało mi kilku istotnych wątków występujących w lekturze, np. nie wspomniano o byłej dziewczynie Gusa, pominięto wizyty Hazel u chorego Isaaca. Kilka motywów zmieniono na niekorzyść m.in. scena z podwójną huśtawką! Produkcja pomimo ważnego przesłania była zbyt przesłodzona. Piękni bohaterowie mieszkali w luksusowych domach, jeździli najdroższymi autami, używali markowych gadżetów. Zdaję jednak sobie sprawę, że dzieło Boone'go jest kierowane głównie do serc młodzieży, więc opowieść o biedniejszych rodzinach głównych postaci zapewne nie sprzedałaby się  tak dobrze.
         Podobała mi się muzyka filmowa oraz krajobrazy USA oraz Holandii. W przyszłości koniecznie muszę zobaczyć Muzeum Anny Frank w Amsterdamie, smutna historia żydowskiej dziewczynki niezwykle mnie zainteresowała.
         Obsada średnio trafiła w moje gusta. Shailene Woodley jako Hazel irytowała mnie swoim piskliwym głosem. Przyznam, że książkową bohaterkę polubiłam znacznie bardziej niż jej kopię w dramacie reżyserowanym przez Bonne'go. Ansel Elgort zagrał rolę Augustusa poprawnie. Nie mniej jednak chłopak momentami zapominał, że jest po amputacji nogi i śmigał jak sarenka - podczas gdy pierwowzór nastolatka w dziele Greena kuśtykał i nie lubił siadać, gdyż miał potem nie lada problem ze wstaniem z danego miejsca. Doceniam natomiast grę Nat'a Wolffa, który wykreował ciekawą postać Isaaca. Aktor wystąpił jedynie w kilku scenach, ale to właśnie on swoją naturalnością zapadł mi najbardziej w pamięć. Moim zdaniem na wyróżnienie zasługuje także Willem Dafoe, który wcielił się w pisarza Van Houten'a - w zasadzie tak wyobrażałam sobie książkowego alkoholika. 
    Film momentami mnie wzruszył, skłonił do refleksji, bowiem poruszył ważny temat choroby nowotworowej. Aczkolwiek w odbiorze przeszkadzała mi cukierkowa otoczka produkcji oraz trochę zmienione zakończenie. Moja ocena: 6.5/10.

Podsumowując, dzieło Boone'go jest zdecydowanie przereklamowane. Książkę można przeczytać, chociaż spodziewałam się po tylu zachwytach w blogosferze większej rewelacji. A jakie są wasze wrażenia?

wtorek, 23 września 2014

Spotkanie nad morzem

Hej!
Dzisiaj recenzja z zakresu literatury dziecięcej. Jedną z lektur najmilej przeze mnie wspominanych jest ,,Spotkanie nad morzem". Postanowiłam ją zatem wyciągnąć z szeregu innych książek stojących w mojej biblioteczce i powrócić do wspomnień z młodości :)




   Tytuł: ,,Spotkanie nad morzem"
   Autor: Jadwiga Korczakowska
   Okładka: miękka
   Ilość stron: 160












Fabuła:
       Danusia mieszka w Toruniu i jest uczennicą klasy podstawowej. Z powodu remontu w mieszkaniu, dziewczynka wyjeżdża na wakacje nad morze do cioci Ady - najlepszej przyjaciółki mamy. Dziecko jest samotne i zagubione, dorośli jednak mylą jej tajemnicze emocje z egoizmem. Pewnego dnia Danuta poznaje na plaży rówieśniczkę - Elzę. Niespodziewanie, dziewczyna przełamuje swoje lęki i postanawia zaprzyjaźnić się z Elżbietą. Opiekunowie są zdziwieni jak radosnym i wrażliwym dzieckiem staje się Danusia. Niestety, Elza nie jest tak samo sprawna fizycznie jak inne dzieci. Czy Danka zgodzi się być przewodnikiem w życiu nowej koleżanki? Kto uratuje dziewczynki z tonącej łodzi? Jaki plan wymyślą dorośli, aby pomóc Elżbiecie? Polecam ,,Spotkanie nad morzem".

      Książkę otrzymałam za dobre wyniki w nauce w 1998 r. i od tej pory czytałam ją wielokrotnie. Powieść Korczakowskiej powstała już w 1962 r.! Historia niezwykłej przyjaźni była przyczyną jeziora moich łez. Przewracając kolejne strony papierowego egzemplarza, czułam wielkie wzruszenie i miałam ściśnięte gardło. Autorka przedstawiła na łamach lektury trudne relacje pomiędzy zdrowymi, a chorymi dziećmi. Główne bohaterki stały się sobie bliskie jak siostry. Czasami warto poczekać, aż najmłodsi znajdą sobie sami najlepszych kolegów, nie należy pochopnie posądzać młodzieży o snobizm i skamieniałe serca, tylko dlatego, że nie chcą zawrzeć znajomości z innymi dziećmi z własnego podwórka.
      Korczakowska bardzo plastycznie przedstawiła wizerunek polskiego morza. Czytając barwne opisy, marzyłam... aby znaleźć się szybko na plaży. Moim zdaniem lektura nie przypadnie do gustu obecnym dzieciom, gdyż styl pisania autorki jest dosyć starodawny, zawiera mnóstwo zdań z dialektu kaszubskiego, co może zniechęcić młodego odbiorcę. Ja natomiast mam do książki ogromny sentyment. Moja ocena to 8/10. 

A jaka jest Wasza ulubiona lektura z dzieciństwa?

,,Spotkanie nad morzem" bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi II

niedziela, 21 września 2014

Pochłaniacz

Siemanko!
Dzisiaj przedstawię Wam opinię ostatnio przeczytanej przeze mnie książki, którą niedawno wygrałam w konkursie.



   Tytuł: ,,Pochłaniacz"
   Autor: Katarzyna Bonda
   Okładka: miękka ze skrzydełkami
   Rok wydania: 2014
   Ilość stron: 672












Fabuła:
       Po 8 latach nieobecności w Polsce, z Wielkiej Brytanii powraca Sasza Załuska. Kobieta jest profilerką, potrafi nakreślić wszystkie najważniejsze cechy zabójcy, mając do dyspozycji niewielką ilość śladów. Główna bohaterka pracowała wcześniej w policji, dlatego też postanawia przyjąć pierwsze nieoczekiwane zlecenie od nieznanego mężczyzny. Sasza zostaje wciągnięta w niebezpieczną grę, a kiedy otrzymuje informację o śmierci znanego wokalisty (z którym rozmawiała dzień wcześniej), decyduje się rozwiązać mroczną zagadkę jego powiązań z mafią. Kobieta poznaje przerażającą historię bliźniaków z 1993 r. 18 letni wówczas chłopcy popełnili mnóstwo głupstw. 
       Tajemnic ciągle przybywa, bohaterka ma problemy ze znalezieniem odpowiedzi na wiele nurtujących ją pytań. Tymczasem ginie kolejna ofiara mafijnych porachunków; skorumpowane organy policyjne i sądy nie mogą sobie poradzić ze złapaniem sprawców. Sasza zauważa, że demony jej przeszłości nigdy nie zniknęły, a strach przed ukrytą w sercu prawdą kieruje ją w stronę alkoholu, pomimo że żyła w trzeźwości już 7 lat. Czy profilerka poradzi sobie ze złapaniem mordercy? Dlaczego Sasza ciągle ucieka? Jak wygląda praca w policji? Czy tekst piosenki może być kluczem do rozwiązania sekretów? Polecam książkę Bondy.

       Kryminał przypadł mi do gustu. Przyznam jednak, że spodziewałam się większych fajerwerków po przeczytaniu wielu recenzji ,,Pochłaniacza" na blogach czytelniczych. Książka spodobała mi się, ale moim zdaniem nie zasługuje na miano rewelacyjnej. Kilka fragmentów było zupełnie niepotrzebnych, gdyby książka miałaby mniejszą objętość - na pewno nie straciłaby swojego uroku, wręcz przeciwnie. Ponadto ostatnie 100 stron lektury czytałam już przysypiając (a był to środek dnia). Moment kulminacyjny wydał mi się jednak trochę naiwny, a ilość nakładanych na siebie wątków doprowadzała mnie do irytacji. Zauważyłam również w książce kilka literówek. Ze zdumieniem spostrzegłam, że lekturę zamknęłam bez większych emocji. Nie mniej jednak prawie 700 stronicowy kryminał pochłonęłam w ciągu 4 dni.
       Moją uwagę zwróciła przede wszystkim główna bohaterka. Autorka stworzyła doskonałą postać byłej policjantki, która boi się swojej przeszłości. Sasza starała się pracować sumiennie, śledząc poczynania tajemniczego zabójcy muzyka. Z zainteresowaniem czytałam o czynnościach zawodowych profilerki, bowiem wcześniej ten zawód był mi całkowicie obcy. Szczególnie uważnie wpatrywałam się w opisy testowania podejrzanych pod względem zapachu - nigdy nie słyszałam o tej oryginalnej metodzie.
       Zaciekawiło mnie tło akcji - funkcjonowanie zakładów policyjnych, sądów. Bohaterowie z działu kryminalnego charakteryzowali się bogatymi osobowościami, większość z nich posiadała pseudonim. Bonda perfekcyjnie opisała działania uczciwych policjantów, ale również umiejętnie przedstawiła proces korupcji wśród popularnych elit m.in. sędziów czy polityków. Środowisko mafijne prowadzące nielegalne interesy w przemycie bursztynu czy narkotyków czuło się bezkarne, gdyż wielu groźnych biznesmenów miało wtyki u zaprzyjaźnionych mundurowych.
         Pisarka fantastycznie posługiwała się żargonem więziennym, policyjnym. Czytając fragmenty książki, czułam się często jakbym sama była obserwatorem poplątanych sytuacji toczących się w środku aresztu. Pozytywnie wspominam bohaterów, jakich wykreowała Bonda. Z przejęciem czytałam o losach Igły, Bulego, Ducha czy bliźniaków. Podobało mi się również obsadzenie fabuły w Trójmieście. Chciałabym ponowie znaleźć się na opisywanych ulicach w Gdańsku. Trafnym pomysłem było także poruszenie wielu trudnych problemów: jak uzależnienie od alkoholu czy narkotyków bądź kulisy show biznesu. Autorka bardzo realistycznie przedstawiła działania mafiozów - jeśli nawet raz zaryzykuje się wejść z nimi w jakiś układ, zazwyczaj skazuje się na siebie wyrok ciągłej ucieczki (chociaż najczęściej pakt z diabłem kończy się trwałym kalectwem lub śmiercią). Za ciekawą koncepcję ze strony pisarki uważam podzielenie papierowego dzieła na kilka części, dokumentalistka sprytnie obrazuje najpierw 1993 r., po to aby w lata współczesne w kolejnych rozdziałach pomogły odnaleźć rozwiązanie zagadek sprzed dwóch dekad.
        Ogólnie książkę oceniam pozytywnie, pomimo tego, że moment kulminacyjny zdecydowanie mnie rozczarował. Jednakże chętnie sięgnę po kolejne dzieła Katarzyny Bondy. Jeśli lubicie wielowątkowe kryminały - powyższy egzemplarz na pewno trafi w Wasze gusta. Moim zdaniem ,,Pochłaniacz" zasługuje na 7/10.

 Lektura bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi II

sobota, 20 września 2014

O północy w Paryżu

Siemanko!
Ostatnio nabrałam szczególnej chęci na obejrzenie wszystkich filmów Woody'ego Allena. Tym razem mój wybór padł na:


    

    Tytuł: ,,O północy w Paryżu"
    Reżyseria: Woody Allen
    Czas trwania: 1.40 h
    Gatunek: komedia romantyczna, fantasy
    Rok produkcji: 2011











Fabuła: 
          Inez i Gil zamierzają wziąć ślub. Amerykańska para przyjeżdża do Paryża, aby rozpocząć organizację wesela. Bohaterowie spotykają przyjaciół Inez, były chłopak dziewczyny zna się na wszystkim najlepiej, co bardzo denerwuje Gila - wrażliwego i sentymentalnego chłopaka. Mężczyzna przypadkowo trafia do świata lat 20 ubiegłego wieku, w co zupełnie nie wierzy jego narzeczona, która twardo stąpa po ziemi. Czy młodzi ludzie zdołają się jeszcze pogodzić? Jaką decyzję podejmie Gil? Zapraszam na seans filmowy :)

        Lubię humor Allena, więc jego produkcje oglądam zawsze z przyjemnością. Scenariusz ,,O północy w Paryżu" zachwycił mnie oryginalnością, podobały mi się wplecione do fabuły wątki fantasy. Pozytywnie oceniam melancholijną muzykę i ciepłe, piękne zdjęcia Paryża, który zachęcił mnie swoją magią do odwiedzenia w przyszłości.
        Temat filmu skłonił mnie do refleksji. Reżyser sprytnie podkreślił, że na szczęście i miłość warto poczekać, bo tworzenie związków na siłę wcale nie ma sensu - tym bardziej, jeśli dwójki ludzi nie łączą żadne wspólne pasje. Co więcej, należy doceniać czas teraźniejszy, a nie żyć marzeniami o straconej przeszłości, bo przypadkowa wycieczka lata wstecz może okazać się być smutną iluzją, nie mającą nic wspólnego z sennymi wizjami.
         Do gustu przypadła mi obsada filmowa. Średnio przepadam za kreacjami tworzonymi przez Owen'a Wilsona, jednak w ,,O północy w Paryżu" aktor zagrał swoją postać poprawnie. Uważam, że mężczyzna dobrze naśladował swojego mentora, doskonale bawił się żartem i ironią, jego ruchy i mimika twarzy odzwierciedlały lekcje Allena. Wilson świetnie wcielił się w Gila - wrażliwego chłopaka, zakochanego w Paryżu. Doskonale swoją rolę przedstawiła Marion Cotillard grająca Adrianę. Talent Francuzki odkryłam już dawno temu, jestem zauroczona jej manierą filmową, w oczach aktorki widać prawdziwą pasję dla sztuki. Rachel McAdams jako Inez denerwowała mnie swoją postawą w produkcji, jednak rola narzeczonej Gila miała zostać zrealizowana w sposób irytujący, dlatego też moim zdaniem McAdams idealnie spełniła swoje zadanie. Doceniam także grę Léa Seydoux w roli Gabrielle. Młoda Francuzka przedstawiła swoją postać bardzo przekonująco, z zaciekawieniem obserwowałam jej nieśmiałe gesty i spojrzenia. Wielką niespodzianką było dla mnie pojawienie się na wielkim ekranie Carli Bruni. Rola przewodniczki w muzeum zapadła mi w pamięć, pomimo tego, że włoską piosenkarkę można było ujrzeć na planie przez zaledwie kilka minut. Na brawa zasługują również następujący aktorzy: Kathy Bates (Gertrude Stein), Corey Stoll (Ernest Hemingway), Tom Hiddleston (F. Scott Fitzgerald), Alison Pill (Zelda Fitzgerald), Marcial Di Fonzo Bo (Pablo Picasso), Adrien de Van (Luis Buñuel). Jednak zdecydowanie największe wrażenie zrobił na mnie Adrien Brody przedstawiający postać Salvadora Dali. Oscarowy artysta rewelacyjnie wcielił się w hiszpańskiego malarza. Epizodyczny fragment z wybitnym aktorem skradł moje serce!
        ,,O północy w Paryżu" to interesujący film łączący elementy inteligentnego żartu z cudownymi obrazami Paryża w tle. Genialnym pomysłem było przedstawienie klimatu Francji z lat 20 ubiegłego wieku. Produkcja stała się dla mnie również minimalną lekcją historii o wybitnych osobach z zeszłego stulecia. Fanom Allena - komedia romantyczna z doborową obsadą na pewno przypadnie do gustu. O poziomie filmu świadczy także zdobyta przez reżysera statuetka Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny. Moja ocena to 7.5/10.

czwartek, 18 września 2014

Otwórz oczy, zaraz świt (przedpremierowo)

Hej!
Dzisiaj nadszedł czas na recenzję książki, którą dostałam od autora z autografem. Egzemplarze z dedykacjami zawsze mają dla mnie szczególne znaczenie, więc ,,Otwórz oczy, zaraz świt" za chwilę powędruje na specjalną półkę w mojej biblioteczce :) 



   Tytuł: ,,Otwórz oczy, zaraz świt"
   Autor: Mateusz Czarnecki
   Okładka: miękka
   Ilość stron: 214
   Rok wydania: 2014












Fabuła:
     Teodor wiedzie monotonne życie w Warszawie. Ma własną firmę, samochód, mieszkanie i dużo pieniędzy. Wśród swoich znajomych - Teo traktowany jest jako człowiek sukcesu, wspinający się na coraz wyższe szczeble kariery. Pewnego dnia, mężczyzna postanawia trochę zwolnić, zauważa bowiem, że jego codzienność oscyluje wyłącznie wokół pracy. Bohater spostrzega, że pomimo zbliżających się 30 urodzin, nie jest szczęśliwym człowiekiem, nie ma dla siebie czasu wolnego, a dziewczyny Aleksandry (z którą tworzy otwarty związek tzw. ,,friends with benefits") - nigdy nie kochał. Teodor decyduje się na chwilę odpoczynku i spontanicznie (po audycji radiowej Beaty Pawlikowskiej) kupuje bilet do Bombaju. Początkowo, Teo nie potrafi przyzwyczaić się do nowego środowiska, Indie przytłaczają hałasem, atmosferą. Niespodziewanie, mężczyzna poznaje śliczną muzułmankę: Amirę. Bohater jest zaskoczony naturalnością dziewczyny, imponuje mu - jej optymizm, szczerość, radość ducha. Teodor poznaje smak szczęścia, uzmysławia sobie, że żyjąc w Polsce szaleńczym tempem, nie miał nigdy czasu docenić najpiękniejszych chwil, zgubił gdzieś cenne lata swojej młodości. 
      Teo ma pieniądze i ustabilizowany cykl dnia, ale nie ma żadnych wspomnień! Mężczyzna chce odnaleźć swoje prawdziwe ja, przypomnieć sobie o niezrealizowanych marzeniach z dzieciństwa. Czy związek z Amirą przetrwa wszystkie próby? Czy Teodorowi uda się poznać własne pragnienia? Polecam książkę ,,Otwórz oczy, zaraz świt"!

       Historia bohatera Teodora inspirowana jest życiem autora. Uwielbiam książki, gdzie pojawia się motyw podróżniczy, więc byłam bardzo ciekawa propozycji Mateusza Czarneckiego. Opis na obwolucie zachęcił mnie szczególnie, czułam, że ten egzemplarz musi mi się spodobać. Nie mniej jednak, kiedy zobaczyłam w ostatnich dwóch tygodniach wysyp recenzji na temat ,,Otwórz oczy, zaraz świt" z bardzo wysokimi notami, trochę obawiałam się przygody z książką. Sytuacja wydała mi się podejrzana, że autor może pochwalić się tak znakomitym debiutem. Zwlekałam zatem z lekturą kilkanaście dni, dzisiaj już wiem, że to był błąd :)
      Bohater książki ma wymarzone zdaniem wielu osób życie. Jego plan dnia nie zmienia się, a dzięki powiększającym się oszczędnościom, Teodora stać na wszystkie materialne zachcianki. Mężczyzna jednak ma dość markowego garnituru i ustabilizowanej egzystencji. Zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę pieniądze szczęścia nie dają, nie można za nie kupić przyjaźni, miłości ani spokoju ducha. 
       Krótki urlop w Indiach całkowicie zmienia Teo. Ku zdziwieniu przyjaciół i rodziny, bohater postanawia zerwać z dotychczasowym wizerunkiem i przeprowadzić się do Bombaju. Decyzje przez niego podjęte początkowo są niespójne, bowiem w jednej chwili Teodor z cenionego biznesmena przeistacza się w zdegradowanego, cierpiącego człowieka - wędrownika. Kiedy Teo myśli, że więcej problemów nie może go już przytłoczyć, myli się. Mężczyzna ostatecznie decyduje się zwiedzić Indie, które pomogą mu odnaleźć właściwą ścieżkę życia. Spotkania z przypadkowymi ludźmi, medytacje, krajobrazy miejskie i górskie wywołują w Teodorze dziwną tęsknotę za utraconą młodością. Ostatecznie bohater odkrywa ponownie swoją dziecięcą pasję, dąży do jej realizacji. 
       Debiutem autora jestem szczerze zachwycona. Właśnie takie książki lubię najbardziej. Lektura Czarneckiego skłoniła mnie do wielu przemyśleń nad własną egzystencją. Wiem, że należy cieszyć się każdym dniem, drobnostką, ale często o tym zapominam i uciekam do krainy narzekań. Zgodnie z tytułem egzemplarza - otworzyłam oczy i zachwyciłam się rano kolejnym świtem, bowiem każdy dzień jest idealny, aby zrobić coś ciekawego. Nie warto przejmować się opiniami innych ludzi i iść za tłumem bez własnej osobowości. To właśnie oryginalność każdej jednostki wyróżnia nas z szarego społeczeństwa. Ważne jest, aby pamiętać o własnym ,,ja", bo kiedy już je zgubimy - ciężko je będzie ponownie odnaleźć.
          Książka zawiera wiele interesujących cytatów, oczywiście nie brakuje również wątku miłosnego. Główny bohater przypadł mi do gustu, zaimponował mi swoją odwagą przemiany. Z zachwytem czytałam o Indiach, gdyż zawsze chciałam zwiedzić to państwo. Pięknie opisane malownicze zakątki Dalekiego Wschodu zestawione z obskurnymi miejscami w Indiach oraz ciekawostkami historycznymi i geograficznymi bardzo mi się spodobały. Szczególnie doceniam motyw związku chrześcijanina z muzułmanką, bowiem zazwyczaj w literaturze można spotkać odwrotnie dobrane pary. Autorowi gratuluję świetnego debiutu, czekam na kolejne dzieło (z tego co wyczytałam nawiązujące tym razem do Ameryki Południowej). Moja ocena to: 9/10.
   
Premiera książki: 4.09.2014
Tymczasem polecam jeszcze krótką rozmowę z sympatycznym pisarzem w Dzień Dobry TVN -->   

Lektura bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi II

poniedziałek, 15 września 2014

Galop do Wielkiego Lasu. Wołanie Wołynia

Cześć!
Dzisiaj chciałam Wam zrecenzować książkę, którą dostałam niemal 4 lata temu na urodziny. Mama kupiła mi ją będąc w Kołobrzegu na spotkaniu z autorem. Bardzo cenny jest dla mnie autograf od pisarza :)




    Tytuł: ,,Galop do Wielkiego lasu. Wołanie Wołynia"
    Autor: Czesław Kuriata
    Okładka: miękka
    Ilość stron: 159
    Rok wydania: 2005











         Lektura podzielona została na 4 części: ,,Galop do Wielkiego Lasu", ,,Wołanie Wołynia", ,,Trzy wiersze" i ,,Posłowie". Pierwsza z nich to opowieść autobiograficzna. Autor przedstawia losy dziecka, żyjącego spokojnie na pięknej wsi - wśród malowniczych pól, lasów, rzek. Artur nie poznał swojego ojca, który nie chciał brać udziału w wojnie i uciekł Niemcom. Chłopiec żył z matką i bratem, znał smak biedy, bowiem wszyscy dorośli z sąsiedztwa ciężko pracowali od świtu do zmroku, niestety nikt nie miał szans najeść się do syta. Mieszkańcy czuli się jednak bezpieczni - z daleka od narodu hitlerowskiego. Nieoczekiwanie z pobliskich wiosek zaczęły przypływać wieści o złowrogich Ukraińcach. Słowiańscy bracia mordowali Polaków bez żadnego konkretnego powodu. Chcieli stworzyć państwo wolne od innych narodów, spodobało im się zabijanie sąsiadów, z którymi do niedawna jeszcze żyli w dobrych stosunkach. Ukraińcy rzadko pozbawiali naszych rodaków życia przy pomocy szybkich strzałów z karabinów. Najczęściej używali krwawych metod: rąbali żywych ludzi siekierami, używali pił mechanicznych, ucinali nożami uszy czy języki, palili domy z tubylcami w środku, topili własnych kolegów w studniach, a oddychających jeszcze - zakopywali głęboko w ziemi. Głowy zmarłych w okrutnych męczarniach Polaków nabijali na pale dla zabawy.
       Życie małego Artura zostało również zagrożone, na szczęście matka zdołała wynieść syna z płonącego domu. Wieś stała się cmentarzem, Ukraińcy nie wahali się zamordować nawet dzieci i kobiet. Główny bohater często miewał okrutne sny. Widział zmarłą babkę i ciotkę, które także straciły życie z rąk wschodnich sąsiadów. Rodzina narratora musiała przeprowadzić się do miasta, gdzie egzystencja stała się jeszcze trudniejsza. Pewnego dnia nadeszło jednak upragnione wyzwolenie...
       Kolejne rozdziały to refleksyjne wiersze, gdzie autor rozważa logikę smutnej historii. Nie rozumie jak to się stało, że dwa sąsiednie państwa, które od wieków się ze sobą przyjaźniły - zostały nagle wrogami. Pisarz zastanawia się nad przykrą doktryną Ukraińców, którzy wymyślili sobie nowe zasady funkcjonowania kraju. Warto wspomnieć, że w 1429 r. przyjechali do Wołynia władcy z całej Europy - dyskutując o rosnącej potędze Turcji, a Łuck stał się stolicą kultury, polityki, ekonomii. Aż trudno uwierzyć, że kilkaset lat później na tych obszarach doszło do ludobójstwa. Autor próbuje odszukać swoich przodków, porusza kwestię cierpienia braci oraz z bólem wspomina własne dzieciństwo, nie potrafi zapomnieć o przerażających obrazach, które widział i słyszał. Czesław Kuriata namawia do wzajemnego dialogu, rozmowy o przeszłości.

        Książka nie jest gruba objętościowo, czyta się ją bardzo szybko, bowiem dominuje w niej duży druk i krótkie rozdziały. Autor był świadkiem krwawej rzezi na Wołyniu, która miała miejsce w latach 1943-1944. Pisarz wybacza Ukraińcom ich bestialskie czyny, aczkolwiek ciągle czeka na słowo ,,przepraszam". Nasze kontakty z narodem niemieckim były równie trudne i bolesne, jednakże zachodni sąsiedzi wielokrotnie żałowali za swoje winy, publicznie przyznawali się do okrutnych grzechów, przepraszali. Niestety, Ukraina do tej pory twierdzi, że masakra na Wołyniu nie powinna być traktowana poważnie, gdyż to polski rząd doprowadził do pogorszenia kontaktów pomiędzy krajami, a ,,ludobójstwo" jest za mocnym słowem w odniesieniu do sytuacji, jaka miała miejsce w poprzednim wieku. Przeprosili nas jedynie ukraińscy intelektualiści, bo rząd zawsze uciekał przed odpowiedzialnością. Były prezydent Ukrainy - Leonid Krawczuk wspomniał nawet w zeszłym roku, że warto zapomnieć o całym zdarzeniu, bo otworzenie puszki Pandory mogłoby całkowicie zepsuć obustronne relacje.
        Jakie są najważniejsze fakty? XX wiek zapoczątkował m.in. 2 nowe ideologie: faszyzm i komunizm, które ,,gwarantowały" ludziom pracę i dobrobyt. Na terenie Wołynia mieszkały ponad 2 miliony osób różnej narodowości (Ukraińcy 68%, Polacy 17%, Żydzi 8%, Niemcy 4% i inni). Małżeństwa były zawierane pomiędzy sąsiadami, bez względu na kraj pochodzenia czy religię. Wołyń był obszarem bardzo biednym, kiedy powstała OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów). Ludzie uwierzyli słowom doktryny o szybkim wyzwoleniu, zniknięciu problemu głodu... Jednakże ideologia ukraińska oparta była na nienawiści do innych nacji, głównie: Polaków, Rosjan i Żydów. OUN głosiła hasła potężnego egoizmu i szowinizmu, nawoływała do usunięcia obcych jednostek z ziem ukraińskich. Najważniejszym mottem kraju zostało zdanie ,,Ukraina dla Ukraińców", cudzoziemcy bowiem mieli ich wyzyskiwać, więc zaczęto ich traktować jako wrogów. Szybko podjęto decyzję o depolonizacji Kresów; wschodnich sąsiadów opanowała żądza krwi, mordowali Polaków bez mrugnięcia okiem - nie mając żadnych wyrzutów sumienia. Naukowcy spisali ponad 365 sposobów zabijania naszych rodaków, którzy ginęli w okrutnych męczarniach. Według statystyk - zmarło ok. 60000 Polaków na Wołyniu, a licząc razem z pozostałymi terenami znajdującymi się dziś na Ukrainie - ok. 120000! Nie można jednak zapomnieć, że nie wszyscy nasi wschodni bracia byli źli. Ok. 80000 Ukraińców straciło życie, tylko dlatego, że sprzeciwili się oni mordowaniu niewinnych ludzi.
        Obecna sytuacja nie pomaga w kształtowaniu pozytywnych więzi między narodami. Problemem jest brak wiedzy o niedalekiej historii. Kiedy byłam kilka lat temu na Ukrainie - poznałam ludzi sympatycznych i zgorzkniałych. Zawiedziona byłam szczególnie mieszkańcami Lwowa (pięknego miasta), którzy traktowali nas - Polaków dosyć wrogo. Nie chcieli przyjąć do wiadomości, że działania UPA doprowadziły do ludobójstwa. Dla wschodnich sąsiadów Stepan Bandera to ciągle dzielny heros, a jego pomnik stojący w centrum miasta był pilnowany przez żołnierza z karabinem, więc nawet nie miałam możliwości podejścia do najsłynniejszego Ukraińca... Niestety, również po stronie polskiej zauważam wiele błędów w nauczaniu. Będąc w szkole, nigdy nie słyszałam o rzezi na Wołyniu. Uczyliśmy się pilnie o różnych królach, dynastiach, wojnach, Holocauście, ale o tym co działo się na Wschodzie w latach 1943-1944 nawet nie wspomniano. W ubiegłym roku przeprowadzono badania wśród społeczności polskiej. Okazało się, że aż 47% ludności nie wie nic o masakrze na Wołyniu! Te dane są przerażające, smuci niezmiernie fakt, że tak niewielu Polaków pamięta o naszych cichych bohaterach, którzy bezgranicznie ufając ukraińskim sąsiadom - zginęli z ich rąk w bestialski sposób.

        Książkę oczywiście polecam. Znajdziecie w niej zbór rozważań autora o jego przeszłości, piękne wiersze. Moja ocena to 8/10.

Lektura bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi II
 

sobota, 13 września 2014

Na drodze do szczęścia

Hej!
Mając ostatnio fazę pokoncertową na Justina Timberlake'a, postanowiłam obejrzeć jakiś film z jego udziałem. Ostatecznie wybrałam:




     Tytuł: ,,Na drodze do szczęścia"
     Reżyser: Michael Merdith
     Rok produkcji: 2009
     Gatunek: obyczajowy
     Czas trwania: 1.27 h











Fabuła:
       Matka Carltona ciężko choruje na serce, kobieta musi być szybko operowana. Katherine ma do syna wielką prośbę - chciałaby zobaczyć swojego byłego męża przed poważnym zabiegiem. Chłopak postanawia spełnić marzenie mamy, chociaż obawia się spotkania z dawno niewidzianym ojcem, który jest sławnym sportowcem. Okazuje się, że relacje pomiędzy mężczyznami są dużo trudniejsze niż może się wydawać. Przykre wspomnienia nie raz stają się przyczynami kłótni, a przyjaciółka Carltona - Lucy ma już dość całego zamieszania. Kyle zgadza się odwiedzić eks małżonkę. Okazuje się, iż daleka droga do Huston może mieć jednak pozytywne aspekty i ma szansę przyczynić się do rodzinnego pojednania.

       Film nie był długi, oglądało mi się go bardzo przyjemnie, chociaż momentami do akcji wkradała się nuda. Bardzo podobał mi się jednak przekaz produkcji. Konflikt pomiędzy pokoleniami, który wydawał się być nie do pokonania, rozpadł się niespodziewanie w momencie, kiedy ojciec i syn zaczęli spędzać ze sobą więcej czasu. Często wystarczy tylko pobyć obok bliskiej osoby, aby gruby mur niechęci runął po wyjaśnieniu sobie różnych zażaleń. Carlton, który oskarżał tatę o zmarnowanie mu życia, nie zauważył, że sam przejął większość negatywnych cech po Kyle'm. 
       Do gustu przypadł mi dobór obsady. Jeff Bridges w roli znanego bejsbolisty doskonale przedstawił rozterki niedojrzałego ojca. Kyle kochał swoją rodzinę, jednak bał się konfrontacji z najbliższymi, ciągle uciekał przed okazywaniem czułości. Mężczyzna należy do grona najlepszych aktorów, dlatego też w 2010 r. otrzymał Oscara za melodramat ,,Szalone serce". Justin Timberlake udowodnił, że jest nie tylko znakomitym piosenkarzem, ale posiada również talent filmowy. Wokalista fantastycznie wcielił się w postać Carltona, który miał wiele problemów - był samotny z powodu braku taty, nie odnosił sukcesów w pracy, a dodatkowo jego ukochana dziewczyna dostała propozycję małżeństwa od innego przyjaciela. Timberlake, występując w roli samotnego chłopaka, skradł moje serce. Mary Steenburgen jako Katherine zagrała poprawnie, jej osoba pomimo iż pojawiła się w niewielu scenach, zyskała moją sympatię. Warto dodać, że aktorka ma w swoim zbiorze renomowaną statuetkę Oscara, którą zdobyła w 1981 r.
      Podczas seansu ,,Na drodze do szczęścia" zwróciłam uwagę na istotne w życiu decyzje - często poświęcamy swój czas na zajęcia, które wcale nie przynoszą nam szczęścia, a ważne sytuacje mogą przeminąć niezauważone, co powoduje nagłą rozpacz i niedowierzanie, że pewnych rzeczy nie da się już naprawić. Jestem zadowolona z idealnego soundtracku, bowiem melancholijna muzyka była świetnym dopełnieniem dzieła Merditha. Oczywiście po raz kolejny nie rozumiem dziwnego przetłumaczenie oryginalnego tytułu ,,Open road" przez dystrybutorów. Nie przepadam za szczęśliwymi zakończeniami, dlatego też jestem pewna, że osobom lubiącym happy end'y proponowany film spodoba się jeszcze bardziej. Moja ocena to 6.5/10.

Jakie filmy z Justinem Timberlake'm możecie mi szczególnie polecić? :)    

piątek, 12 września 2014

Zdobycze 20

Siemanko!
W dzisiejszym poście pochwalę się niespodziankami otrzymanymi w ubiegłym miesiącu :D

1. Na portalu regionalnym wygrałam słynny ostatnio kryminał. Mam nadzieję, że uda mi się przeczytać go jak najszybciej :)


2. Pierwsza książka podróżnika Mateusza Czarneckiego z dedykacją od autora. Premiera lektury dopiero w październiku, dlatego tym bardziej jestem ciekawa powieści. Fabuła brzmi niezwykle interesująco, więc natychmiast mam chęć się z książką zapoznać :)


3. Bardzo ucieszyła mnie przesyłka od http://miszmaszleny.blogspot.com/ . Jeszcze raz dziękuję ^^


4. Wiele radości sprawiła mi również świetna wygrana u http://swiat-panny-anny.blogspot.com/


5. Poszłam do sklepu YR, gdzie oczywiście przepadłam... Dostałam jednak kilka fajnych gratisów :)


6. Kuzynka z Hiszpanii przywiozła mi miły prezent!


A Wy co ciekawego dostaliście ostatnio? Pozdrawiam i życzę miłego weekendu!

środa, 10 września 2014

Koncertowo - Edyta Bartosiewicz (Nowe brzmienie)

Cześć! :)
Dzisiaj powspominam trochę miniony weekend. Edyta Bartosiewicz jest jedną z moich ulubionych polskich wokalistek. Zawsze marzyłam o tym, aby wysłuchać jej głosu na żywo, dlatego też, kiedy dowiedziałam się o długo wyczekiwanym koncercie we Wrocławiu, wiedziałam już, że koniecznie muszę się tam pojawić!

Piosenkarka wystąpiła w projekcie ,,Nowe brzmienie" na Wyspie Słodowej. Najpierw na scenie pojawiło się 6 dolnośląskich zespołów przedstawiających oryginalne wersje utworów Bartosiewicz. Moim faworytem był zdecydowanie John Revolta, ich rockowa interpretacja znanego hitu ,,Szał" bardzo mi się podobała.

Gwiazda wieczoru zaskoczyła wszystkich fanów doskonałą formą oraz... nową fryzurą :) Edyta okazała się być mega sympatyczną osobą, miała świetny kontakt z publicznością, często żartowała i zarażała swoim optymizmem. Z radością obserwowałam uśmiechniętą wokalistkę, która zaprezentowała w nowej odsłonie swoje największe hity m.in. ,,Skłamałam", ,,Ostatni", ,,Sen" czy ,,Zegar". 


 




Na koncercie stałam w 2 rzędzie, także widziałam wokalistkę z bliska, co bardzo mnie cieszy. Jestem szczęśliwa, że spełniłam swoje marzenie uczestnictwa w tak wspaniałej imprezie, bowiem Bartosiewicz ma głos wyjątkowy i warto było czekać kilkanaście lat na jej powrót na estradę. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele podobnych, wspaniałych koncertów ^^ Szkoda, że w obecnych czasach niewiele jest  piosenkarek z taką klasą, jaką ma Edyta - to naprawdę sama przyjemność móc wsłuchać się w jej mądre teksty. Chciałabym móc ponownie zobaczyć w przyszłości zdolną wokalistkę na scenie :)

Udało mi się nagrać kilka filmików, które moja przyjaciółka Ewelina umieściła na swoim kanale. Achh jak miło ze strony Bartosiewicz, że wrzuciła na tablicę swojego Facebooka aż trzy z nich :)) Gdybym wiedziała, pewnie próbowałabym zatrzymać drżenie mojej ręki z emocji..

Polecam: ,,Koziorożec" KLIK, którego wokalistka od wielu lat nie śpiewała na żywo, uwielbianą przeze mnie ,Jenny" KLIK oraz ,,Tatuaż" KLIK 

Tymczasem proponuję pierwszy utwór, który piosenkarka przedstawiła na swoim koncercie <3


Ciekawa jestem, który przebój Edyty należy do Waszych ulubionych? A może ktoś z Was brał już kiedyś udział w koncercie Bartosiewicz?

wtorek, 9 września 2014

RPA

Witajcie!
Zapraszam na recenzję książki podróżniczej :))





   Tytuł: RPA
   Autor: Martyna Wojciechowska
   Okładka: miękka
   Ilość stron: 128
   Rok wydania: 2012










      Polska dziennikarka zaprasza czytelników na wspólną podróż w głąb Czarnej Afryki. Wojciechowska wielokrotnie podkreśla, że Republika Południowej Afryki jest jej ulubionym państwem, gdzie uwielbia wypoczywać i szukać przygód. Podobno, kto tylko raz odwiedzi tę część kontynentu, zakocha się w nim na zawsze, dlatego też czuję się zachęcona do odbycia tak ekscytującej wycieczki, jaką proponuje autorka.
    Podróżniczka przedstawia mnóstwo ciekawostek na temat RPA. Warto zapamiętać, że ten kraj charakteryzuje się 300 słonecznymi dniami w roku. W obrębie afrykańskiego państwa osiedlali się Francuzi, Niemcy, Holendrzy, Brytyjczycy - dlatego też jest to teren wielokulturowy. Do 1990 r. panował w RPA system apartheidu - segregacji rasowej (władzę sprawowała biała mniejszość, a bohaterem międzynarodowym został Nelson Mandela). Ten interesujący kraj odwiedzany jest przez ponad 16 mln. turystów rocznie. RPA posiada 80 % torów kolejowych całego kontynentu. Państwo znane jest z wydobywania m.in. diamentów czy złota. Odkryto tutaj również ślady najstarszych dinozaurów, a w 1967 r. przeprowadzono pierwszą na świecie transplantację serca. 
      Planując wycieczkę do jednego z najpiękniejszych krajów afrykańskich, należy uwzględnić przede wszystkim: wodospad Tugela w Górach Smoczych (drugi co do wysokości na świecie) oraz kanion rzeki Blyde (trzeci pod względem wielkości na kuli ziemskiej - lecz najbardziej ze wszystkich zielony). Koniecznie trzeba udać się również do stolicy kraju - Kapsztadu, który usytuowany został pomiędzy imponującą Górą Stołową, a Oceanem Atlantyckim. Bez wątpienia najważniejszym punktem wycieczki musi być Park Krugera (najstarszy w Afryce), gdzie żyje mnóstwo gatunków dzikich zwierząt, np. słonie, lwy, zebry, żyrafy itd. 
      Bohaterką książki Wojciechowskiej jest 45 letnia Shirley Joubert z zawodu kosmetyczka, która zdecydowała się porzucić swoje dotychczasowe miejskie życie u boku męża. Kobieta postanowiła przeprowadzić się do wielkiej farmy - sąsiadującej z Parkiem Krugera i wziąć ślub z Tonym (emerytowanym strażnikiem przyrody). Opisywane małżeństwo jest dosyć oryginalne, ponieważ... dom dzielą z adoptowaną Jessicą, która jest hipopotamem! Dziennikarka podgląda codzienne życie uroczej pary. Wojciechowska docenia zaangażowanie, jakim starsi ludzie obdarzają zwierzątko, ale jednocześnie zastanawia się nad sensem ich działań, bowiem obawia się, że hipcia jest doskonałą maszynką do zarabiania pieniędzy. 
         Lekturę czyta się bardzo szybko - pochłonęłam ją całą siedząc w poczekalni u lekarza z chorą ciocią (na marginesie.. 8 godzin spędzone na korytarzu w wyglądaniu na łaskawe pojawienie się jakiegoś kompetentnego lekarza jest prawdziwym testem na cierpliwość). Piękne zdjęcia dodają książce uroku, a styl pisania Wojciechowskiej jak zawsze nie zawodzi. Lubię dzieła, które uzupełniają moją wiedzę, a ,,RPA" do takich właśnie należy. Moja ocena to 8/10.

Lektura bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi II oraz Odkrywamy białe plamy.

niedziela, 7 września 2014

Denko 15 - sierpień

Hej!
Niedawno pokazywałam Wam moje denko kosmetyczne z lipca, a tu już upłynął kolejny miesiąc.. Przedstawię zatem, co zużyłam w sierpniu, a było tego sporo... :)

 
1. Garnier Color Naturals - nr 10 (bardzo jasny blond) 
3 olejki - trwała koloryzacja, odżywienie & ochrona. Kupiłam w Kauflandzie za ok. 10 zł. Z bardzo ciemnego blondu chciałam zejść na jaśniejszy. Wyszedł mi równie ciemny kolor jaki miałam :D Jednak po miesiącu, barwa mi się wypłukała i obecnie farba zjaśniała tak jak powinna na początku :)

 

Czy kupię ponownie?
Nie wiem









2. Venus - pianka do golenia (ekstrakt z melona i grepfruta)
Rossmann - cena ok. 6 zł. Bardzo polubiłam ten kosmetyk, był wydajny, fajnie pachniał.
Czy kupię ponownie? Tak







3. Pasta do zębów Colgate Total
Rossmann - cena ok. 10 zł. Produkt dobrze się pienił, oczywiście nie wybielał zębów. Wolę inne wersje z serii Colgate.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

4. Ziaja - uniwersalny płyn do demakijażu oczu. 
Biedronka - cena ok. 6 zł. Zawiodłam się na tym kosmetyku, zmywał makijaż niewystarczająco, przez niego musiałam zużyć dwa razy więcej płatków...
Czy kupię ponownie? Nie


5. Pielęgnujący krem do rąk 2 w 1 Yves Rocher - bez parabenów (Arnica Bio)
Kupiłam w sklepie stacjonarnym francuskiej firmy. Normalna cena to ok. 13 zł, ja upolowałam go na przecenie. Nie polubiłam się jednak z tym produktem, śmierdział alkoholem, słabo nawilżał dłonie.
Czy kupię ponownie? Nie





6. Krem do rąk Fenjal classic.
Kupiłam w Hebe za ok. 10 zł - niestety nie pomógł moim wysuszonym dłoniom, poza tym cuchnął tanimi perfumami..

Czy kupię ponownie? Nie







7. Krem pod oczy Siquens SermoProfessionel - Renovation
Wygrałam dawno temu na jednym z portali internetowych. Naczytałam się o samych zaletach tego produktu, więc dałam go mamie w prezencie. Mamusia ucieszona zaczęła używać kosmetyku pod oczy, czekając na pozytywne efekty. Niestety krem uczulił ją i pod oczami miała wysuszoną czerwoną skórę jak skorupę. Rozpoczynała kurację kilka razy zawsze z takim samym skutkiem. Oddała więc produkt mi, jednak moja skóra pod oczami zachowała się podobnie nerwowo - rano budziłam się ze spuchniętym i suchym kawałkiem cery :( Zaczęłam używać produkt na twarz, omijając okolice oczu i bez żalu krem osiągnął dno. Osobom z wrażliwą skórą nie polecam.
Czy kupię ponownie? Nie

8. Próbka Mustela - podwójnie działający krem przeciw rozstępom.
Kosmetyk był rozmiarów minimalnych, więc żadnego zmniejszenia rozstępów nie zauważyłam :) Nie mniej jednak kremik ładnie pachniał, dobrze nawilżał ciało.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

9. Sudocrem (krem barierowo - ochronny dla dzieci i dorosłych z problemami skórnymi)
Kupiłam produkt w aptece - 125 g za ok. 18 zł). Jest to mój KWC, który stosuję regularnie od 2 lat na pryszcze. Atakuję paskudne miejsce sudocremem i następnego dnia ciesze się już piękną cerą - bez żadnych niedoskonałości.




Czy kupię ponownie? Tak!!





10. Kate Moss perfumy Vintage Muse.
Kosmetyk dostałam od kuzynki. Jego podstawowe nuty to: czarna porzeczka, śliwka i rabarbar. Dosyć mocny, duszący zapach. Mi przypadł do gustu, ale np. moja mama zawsze go krytykowała :)
Czy kupię ponownie? Nie

11. Nabłyszczacz do paznokci H&M
Otrzymałam w prezencie od kuzynki. Służył mi bardzo długo, byłam zadowolona z efektów.
Czy kupię ponownie? Tak

12. Płyn do kąpieli Angel - Bubble Bath
Kosmetyk wygrałam. Spędziłam z nim miłe chwile w wannie :) Kilka kropel płynu powodowało gęstą pianę. Szkoda, że produkt bezzapachowy.
Czy kupię ponownie? Nie wiem


13. Lakier Safari Trend Colour
Kosmetyk dostałam. Miał ładny kolor, ale był trochę rzadki i szybko się zdzierał.
Czy kupię ponownie? Nie

14. Złuszczająca maska do stóp Purdederm

      

Kupiłam w Hebe na fali ostatnich zachwytów tymi produktami. Cena ok. 20 zł. Latem moje stopy są zawsze w gorszym stanie niż zwykle, chciałam poprawić ich wizerunek przed podróżą nad morze :) Cały proces złuszczania miał zająć 12 dni. Oczywiście skóra zaczęła mi dopiero schodzić dnia 15, kiedy byłam już nad Bałtykiem :D Efektu wow jednak nie zauważyłam. Trochę naskórka faktycznie odpadło, ale bez szaleństw - jak widziałam na innych blogach. Skutek złuszczania nie trwał długo, a miękka podeszwa już kilkanaście dni później wróciła do poprzedniego stanu. 
Czy kupię ponownie? Nie wiem
  
15. Dwie Szczoteczki miękkie Dentix
Cena ok. 6 zł. Niestety te szczoteczki nie służyły mi długo, bo zaledwie po ok. tygodniu - każda z nich nadawała się już do wyrzucenia. Bardzo szybko się zużyły.
Czy kupię ponownie? Nie

16. Szczoteczka Colgate Max White
Cena ok. 10 zł, jednak używałam jej dość długo, bo ok. miesiąca. Generalnie pomimo tego, że była średniej miękkości, moim zdaniem należała ona do kategorii twardych.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

17. Chusteczki do demakijażu z płynem micelarnym Cleanic. 20 + 25 gratis
Oczyszczają wodoodporny i intensywny makijaż, odświeżają. Produkt wygrałam, ale średnio przypadł mi do gustu. Chusteczki były zbyt mocno nasączone jakimś specyfikiem. Po wyciągnięciu pojedynczych sztuk z paczki, każdą można było wykręcać. Czasem zdarzało mi się tymi chusteczkami wytrzeć ręce, jednak były one potem tak klejące, że towarzyszyło mi potem nieprzyjemne uczucie.. brudu.
Czy kupię ponownie? Nie

18. Płatki kosmetyczne Cleanic 80 sztuk
Cena ok. 3.50 zł. Były bardzo mięciutkie, jednak zauważyłam, że w ostatniej paczce wiele z nich rozwarstwiało się.
Czy kupię ponownie? Nie wiem

 

19. Próbka kremu do ciała Love Me Green
Kosmetyk cudownie pachniał, świetnie nawilżał skórę. Żałuję tylko, że ogólnie produkt jest dosyć drogi. Fakt, że zawiera podobno 99% naturalnych składników, ale cena 65 zł mnie nie zachęca :(
Czy kupię ponownie? Nie wiem







20. Próbka kremu do rąk Love Me Green
Produkt super nawadniał moje dłonie, ale nie spodobał mi się zapach kremu - trochę duszący.
Czy kupię ponownie? Nie wiem






21. Próbka: Malinowy Zdrój Balneokosmetyki - biosiarczkowy krem do twarzy usuwający niedoskonałości skóry - na bazie najsilniejszej na świecie leczniczej wody siarczkowej, borowiny, oczaru i kory z wierzby
Jeden z najlepszych kremików jakie miałam do tej pory. Fantastycznie nawilżał moją skórę, która stawała się od razu bardziej miękka. Nie uczulał, bardzo miło wspominam wszystkie próbki tego produktu, które zużyłam do tej pory.

Czy kupię ponownie? Tak



 
22. Próbka nawilżającego kremu kojącego i wzmacniającego skórę Vichy
Średnio lubię kosmetyki tej firmy, gdyż często produkty Vichy mnie zapychają. Na szczęście ten krem był całkiem niezły, dobrze nawilżał moją cerę, oceniam go na plus.




Czy kupię ponownie? Nie wiem




23. Próbka kremu przeciwzmarszczkowego Yves Rocher
Produkt starczył mi niestety tylko na 1 użycie, dlatego nie potrafię wypowiedzieć się na jego temat. Nie uczulił mnie, był miękki w użyciu.
Czy kupię ponownie? Nie wiem




24. Próbka serum działającego przeciw zmarszczkom Yves Rocher
Fajny, nawilżający krem, jestem ciekawa pełnowartościowego produktu.
Czy kupię ponownie? Nie wiem    





25. Próbka kremu Ovale Lifting Vves Rocher
Świetny kosmetyk, sprawił, że moja twarz wyglądała świeżo i promiennie. Nie uczulił mnie ani nie wywołał niepożądanych reakcji.
Czy kupię ponownie? Nie wiem




Podsumowując ubiegły miesiąc.. Zużyłam mnóstwo kosmetyków, ale jeszcze więcej ich kupiłam :/ Wydałam łącznie 183 zł, pocieszam się jedynie faktem, że zakupów potrzebowałam nad morze :) Mam nadzieję, że we wrześniu jednak trochę zaoszczędzę. Znacie coś z mojego denka?