piątek, 25 kwietnia 2014

Baśnie dla dzieci i dorosłych

Witajcie :)
Dzisiejszego wieczoru zapraszam Was na ostatnią w tym miesiącu recenzję przeczytanej przeze mnie dzisiaj książki.



   
    Tytuł: ,,Baśnie dla dzieci i dorosłych"
    Autor: Beata Pawlikowska
    Rok wydania: 2013
    Ilość stron: 250
    Okładka: twarda









          Pawlikowska przedstawia czytelnikowi 3 interesujące historie. Baśnie opowiada jej domowy kot - Krzysztof Kolumb, a podróżniczka tylko je zapisuje, aby czytelnicy mogli zapoznać się z tak ciekawymi legendami.
         Pierwsza baśń związana jest ze Złotym Ptakiem. Dawno temu, żył magiczny ptak, który obdarzał ludzi, zwierzęta i rośliny - szczęściem. Pewnego dnia, człowiek o imieniu Hieronim postanowił odnaleźć radosną krainę, bo zapragnął otrzymać od słynnego bohatera trochę szczęścia. Niestety, żyjąc w ciągłym strachu, codzienny uśmiech i zauważanie piękna świata nie jest możliwe, dlatego mając magiczny dar w sobie, Hieronim nie umiał go wykorzystać. Mężczyzna porwał ptaka, który pod wpływem smutku - zmienił swoją postać. Autorka, w tej części opowiadania, porusza ważny temat jakim jest szczęście. Następnie informuje odbiorców książki o systemie pieczątek umieszczonych na jajkach.
        Druga baśń dotyczy Walecznego Groszka. Zielona kulka postanowiła wyskoczyć z bezpiecznego strączka, aby poznać wspaniały cud natury. Warzywko bardzo bało się zmienić swoje monotonne życie, ale dzięki przygodom odkryło, że jego mieszkanie w strączku jest najwspanialsze na świecie, a wydarzenia jakie go spotkały sprawiły, że Mały Groszek nabył wiele umiejętności. Dziennikarka podczas tej opowieści zauważa jak ważna jest odwaga i podejmowanie stanowczych decyzji. Następnie, Pawlikowska przedstawia właściwości wielu warzyw, których wartości odżywczych nie doceniamy, chociaż są nam one potrzebne do zdrowego funkcjonowania. Pisarka proponuje odbiorcom lektury: smaczną, zieloną dietę bogatą w mnóstwo witamin. Namawia odbiorców do zrezygnowania z jedzenia fast - foodów, batoników, cukierków itd., bo te produkty tylko osłabiają naszą odporność organizmu.
         Trzecia baśń opowiada do młodej Indiance - Leśnym Dzbanku. Dziewczynka nigdy nie lubiła zajmować się tymi samymi czynnościami, co wszyscy. Kiedy inne dzieci uczyły się jak prawidłowo przyrządzić zupę, Leśny Dzbanek tworzyła ozdoby z muszelek. Wszyscy znajomi śmiali się z Indianki, że woli swoją pasję od szukania chłopaka, a jej ubrania są bardzo niemodne. Tymczasem brat dziewczynki został uderzony rogiem przez renifera. Okazało się, że przeżył tylko dzięki duszy artystycznej siostry. Leśny Dzbanek stała się sławna na całą okolicę, a Indianki nikt już nie krytykował. Pawlikowska namawia czytelnika do spełniania swoich marzeń. Nie należy przejmować się opinią innych ludzi, bo najważniejszym darem na świecie jest odnalezienie własnego szczęścia.

       Przyznam, że spodziewałam się innej treści lektury, ale to wcale nie znaczy, że rozczarowałam się zawartością książki. Tym, którzy lubią charakterystyczny styl pisania Pawlikowskiej ,,Baśnie dla dzieci i dorosłych" na pewno przypadną do gustu. Propozycje podróżniczki dają mi dużo nadziei i napełniają optymizmem, dlatego zawsze chętnie je czytam. Powyższa lektura nauczyła mnie jak umiejętnie rozróżniać jajka. Nie znałam skali przybijania pieczątek na skorupkach, dlatego z uwagą śledziłam styl życia kur według nabijanych numerów. Na pewno wykorzystam tę wiedzę w przyszłości. Autorka namówiła mnie do częstego spożywania warzyw i owoców. Zapomniałam jak ważne są witaminy, a sporadyczne jedzenie zdrowych produktów nie pomoże naszemu organizmowi w walce z nadchodzącą chorobą. Zatem już jutro biegnę do sklepu po marchewkę! Na szczęście już dawno zrezygnowałam z picia napojów gazowanych, a jedzenie fast - foodów zdarza mi się bardzo rzadko. Oprócz tych ciekawostek, podróżniczka wskazuje na zalety szczęścia, co większość fanów Pawlikowskiej odszukało już zapewne w każdej poprzedniej przeczytanej książce autorki.
        Lektura została pięknie wydana. Jej format namawia czytelnika do pozostania z baśniami w domu, bowiem książka jest dosyć ciężka, nie nadaje się do noszenia w torebce i czytania w autobusie czy tramwaju. Dzieło Pawlikowskiej zawiera mnóstwo pięknych ilustracji, które stworzył były wychowawca dziennikarki w szkole średniej - plastyk Ryszard Dąbrowski. Dzięki niemu, pisarka została dopuszczona do matury, ponieważ głównym zajęciem autorki w czasach szkolnych stały się wagary, a profesor postanowił usprawiedliwić uczennicy niemal 300 godzin nieobecności. W lekturze nie brakuje również zdjęć kota - Krzysztofa Kolumba. We wstępie można zobaczyć także 2 pamiątkowe fotografie Pawlikowskiej z dzieciństwa.
       Podsumowując, książka bardzo mi się spodobała, jednak przeszkadzały mi trochę rozmowy autorki z jej domowym zwierzakiem w środku baśni. Moim zdaniem, pisarka mogła umieścić takie dialogi pomiędzy kolejnymi rozdziałami, a nie w najważniejszych momentach legend. Niewątpliwym plusem lektury jest także dodatek w postaci zakładki do książki z wizerunkiem dziennikarki. Oceniam ,,Baśnie dla dzieci i dorosłych" na 7.5/10.

Lektura bierze udział w wyzwaniu POLACY NIE GĘSI II

A poniżej jeszcze kilka zdjęć robionych podczas mojej ostatniej pieszej wycieczki na sąsiednią wieś :)

Pierwsza tęcza, jaką widziałam w tym roku!



Zawsze chciałam się pobujać w takich chmurkach jak bohaterowie ,,Muminków" ^^


 Pobliski staw :))


 Atrakcja okolicy :D

środa, 23 kwietnia 2014

Wielki Gatsby

Dobry wieczór!
Z okazji kończącego się właśnie Światowego Dnia Książki, przedstawię Wam moją opinię dotyczącą przeczytanej ostatnio papierowej lektury. Od kiedy w ubiegłym roku zobaczyłam w kinie słynną produkcję ,,Wielki Gatsby", bardzo chciałam zapoznać się z powieścią Fitzgeralda, na podstawie której powstał film. Jakiś czas temu zauważyłam w Biedronce oczekującą na mnie w koszu - wymarzoną książkę w cenie promocyjnej (9,99 zł). Oczywiście zakupiłam ją i z dumą ustawiłam w domowej biblioteczce :)




    Tytuł: ,,Wielki Gatsby"
    Autor: F. Scorr Fitzgerald
    Rok wydania: 2013
    Ilość stron: 190
    Okładka: twarda









Fabuła:
     Narrator powieści - Nick Carraway opowiada smutną historię. Kiedy był 30letnim młodzieńcem mieszkał kilka miesięcy w pobliżu Nowego Jorku. Mężczyzna wynajmował dom w sąsiedztwie Jay'a Gatsby'ego, który każdego weekendu urządzał wielkie przyjęcia dla w większości obcych mu ludzi. Tytułowy bohater miał nadzieję, że pewnego dnia na jedną z imprez przybędzie jego ukochana Daisy. Niestety, kobieta kilka lat wcześniej wybrała życie u boku bogatego Toma. Gatsby chciał odzyskać miłość dawnej partnerki. Dzielnie mnożył swój majątek, aby zaimponować idealnej wybrance wiedzą i sprytem. Nie zauważył, że dla Daisy i innych jego znajomych - to nie siła uczuć była najważniejszą wartością, lecz obłuda i pieniądze. Losy głównych bohaterów wzajemnie się przecinały, a ich działania doprowadziły do niejednej tragedii. 

      Trudno uwierzyć, że powieść Fitzgeralda ma już 89 lat! Za sprawą częstych ekranizacji często jest na topie... i słusznie, bo to bardzo mądra książka. Pomimo, że ,,Wielki Gatsby" powstał wiele dekad temu, wcale nie zmieniła się zasada, że to pieniądz rządzi światem i miłość można kupić choćby za sprawą kilku diamentów. Otaczający nas ludzie dzielą się na tych, którzy próbują żyć w zgodzie z własnym sumieniem oraz innych: mających w miejscu serca wielką pustkę - będącą wyznacznikiem do podejmowania diabelskich decyzji. Warto dodać, że nawet starając się być dobrym człowiekiem, można się bardzo rozczarować postawą przyjaciół, bowiem po śmierci bliskiego znajomego - często zdarzy się tak, że nie będą mieć oni czasu, aby przyjść na pogrzeb najlepszego kolegi. 
     Książka ogromnie mi się spodobała. Uważnie śledziłam opisy próżnych bogaczy oraz losy porządnych obywateli. Lektura nie jest grubą powieścią. Zastrzeżenie mam jedynie do wydanej obwoluty, gdyż lekko dotykając okładki, pojawiały się na niej widoczne, brzydkie ślady palców. Chyba najlepiej trzymać książkę w nałożonych rękawiczkach bądź poprzez chusteczkę :) Koniecznie muszę obejrzeć pozostałe ekranizacje dzieła Fiztgeralda. Moja ocena lektury to 10/10. Serdecznie polecam!

      Będąc na święta u babci - oddalonej ode mnie 9 km, odkryłam nową polną trasę z pięknymi widokami na dolnośląskie góry - Ślężę i Wielką Sowę. Oczywiście kochana babcia oprowadziła mnie także po swoim ogródku - pokazując z dumą nowe kwiatuszki. Przesyłam zatem wiosenne pozdrowienia! :)




wtorek, 22 kwietnia 2014

Blue Jasmine

Siemanko!
Dzisiaj zapraszam na ostatnią recenzję filmu w tym miesiącu.




    Tytuł: ,,Blue Jasmine"
    Reżyseria: Woody Allen
    Czas trwania: 1.38 h.
    Gatunek: dramat
    Rok produkcji: 2013









Fabuła:
      Jasmine (Kate Blanchett) wiedzie spokojne życie u boku męża milionera. Lubi otaczający ją luksus, więc udaje, że nie dostrzega zdrad ukochanego ani jego podejrzanych biznesów. Kiedy Hal (Alec Baldwin) trafia do więzienia, a następnie popełnia w nim samobójstwo, zrozpaczona bohaterka postanawia opuścić Nowy Jork i udaje się do San Francisco, gdzie mieszka jej siostra. Jasmine zaczyna mówić sama do siebie, staje się rozhisteryzowaną kobietą, która nieźle namiesza w życiu Ginger (Sally Hawkins). Czy jedyna jej życzliwa osoba postąpi zgodnie ze wskazówkami Jasmine? Dlaczego Hal'em zainteresowało się FBI? Czy główna bohaterka zrealizuje swoje marzenia? Polecam amerykański dramat ;)

      Obok filmów Woody'ego Allena nie potrafię przejść obojętnie - albo mi się podobają albo nie, zawsze jednak jestem pod wrażeniem znajomości psychiki kobiet przez reżysera. Niepotrzebnie obawiałam się, że ,,Blue Jasmine" nie przypadnie mi do gustu, już teraz mogę odetchnąć z ulgą, bo wiem, że to świetna produkcja. 
      Reżyser w powyższym dramacie wyśmiał żony milionerów, których nie obchodzi los innych ludzi - jedynie swój własny. Nawet po bolesnej nauczce, kobiety popełniają kolejne - podobne do siebie błędy. Jasmine nie miała pomysłu na swoje życie, jedyne czego pragnęła to pieniędzy i spokoju. Kiedy pojawiła się okazja ślubu z bogatym mężczyzną (po niedawnej śmierci męża), bohaterka nie wahała się ani chwili. Sfałszowała opis swojej osoby i przedstawiła się jako dziewczyna idealna. Jasmine nauczyła się sprytnie kłamać, aż uwierzyła, że jej oszustwa są prawdziwe.
      Sylwetka głównej bohaterki, którą wykreowała Kate Blanchett - skradła moje serce. Wyjątkowo zgadzam się z werdyktem komisji, która przyznała aktorce statuetkę Oscara - za najlepszą rolę pierwszoplanową. Blanchett zagrała swoją postać fenomenalnie! Z podziwem spoglądałam na mimikę jej twarzy, towarzyszące Jasmine emocje, pogłębiający się obłęd. Sceny, kiedy kobieta rozmawiała sama ze sobą, przeprowadzała monolog na ławce w parku obok siedzącej z gazetą dziewczyny oraz oraz opowiadała siostrzeńcom w barze o swoim życiu - wstrząsnęły mną do głębi. Przyznam, że już dawno (w żadnym filmie) nie widziałam tak niebezpiecznych, czerwonych i przekrwionych oczu u tytułowej bohaterki. 
      Dramat ani przez chwilę mnie nie nudził. Doceniam świetnie dobraną muzykę oraz cudowne amerykańskie krajobrazy. Trafnym zabiegiem było również użycie przez reżysera retrospekcji, bo dzięki temu widz mógł dokładniej przyjrzeć się działaniom Jasmine, kiedy jeszcze była mężatką. Spodobała mi się ciekawa fabuła i niesamowita rola Kate Blanchett. Ale nie tylko oscarowa aktorka rewelacyjnie wcieliła się w swoją postać. Sally Hawkins jako Ginger także wykazała się talentem artystycznym i zbudowała ciekawą kreację. Przyszywana siostra głównej bohaterki miała dwójkę synów i poukładane życie. Kiedy Jasmine przyczyniła się do rozbicia jej pierwszego związku, kobieta z trudem przełknęła gorycz porażki i przez kilka lat ciężko pracowała, aby pozbyć się ciężkiego bólu z serca. Przyszywana krewna postanowiła zamieszkać jednak z Ginger po stracie Hala, więc siostra wybaczyła jej wszystkie grzechy i zaprosiła do ciasnego mieszkania. Nie spodziewała się, że Jasmine doprowadzi do kryzysu w relacjach z jej nowym partnerem. Aktorka genialnie odegrała rolę kruchej, niezdecydowanej kobiety, która odważyła się zaryzykować dobro własnego związku dla krótkiej przygody ze starszym milionerem. Pragnę również zwrócić uwagę na kilku mężczyzn będących jedynie tłem dla przebojowych pań, ale moim zdaniem oni również zasługują na ogromne brawa. Alec Baldwin jako Hal, Bobby Cannavale jako Chili, Peter Sarsgaard jako Dwight oraz Andrew Dice Clay jako Augie stworzyli wspaniałe postaci. Moja ocena produkcji to 8.5/10.

A jaki jest Wasz ulubiony film Woody'ego Allena? :)

Co prawda dzisiejszego dnia pogoda była deszczowa i burzowa, ale przedwczoraj podczas wiosennego spaceru moją ulubioną trasą ogrzewało mnie wesołe słoneczko i udało mi się robić kilka zdjęć okolicy. Przedstawiam Wam ukochane góry, których widok budzi mnie codziennie rano :)

 Masyw Ślęży i dumna Góra Sobótka w oddali.



 Góry Sowie i ich najwyższa reprezentantka Wielka Sowa.

sobota, 19 kwietnia 2014

Helium

Witajcie w ten przedświąteczny dzień :)
Dzisiaj nie mam zbyt wiele czasu, więc między sprzątaniem a robieniem sałatek zdążyłam obejrzeć tylko jedną - krótką oscarową produkcję :)




   Tytuł: ,,Helium"
   Reżyseria: Anders Walter
   Gatunek: dramat, familijny, krótkometrażowy
   Rok produkcji: 2013
   Czas trwania: 0.23 h.

   

Fabuła:
      Śmiertelnie chory - mały chłopiec poznaje w szpitalu sympatycznego dozorcę. Kiedy Alfred wypoczywa w swoim łóżku, Enzo odwiedza małego pacjenta i opowiada mu bajkę o krainie Helium, do której trafiają wszystkie dzieci, kiedy zasną już na zawsze. Chłopczyk z nadzieją czeka na zakończenie baśni, ale jego stan się pogarsza i zostaje przeniesiony na inny oddział. Enzo znajduje młodego przyjaciela i przedstawia mu finał historii.

      Duńska produkcja została nagrodzona w tym roku Oscarem za najlepszy krótkometrażowy film aktorski. Dzieło Waltera trwa niecałe pół godzinki, warto więc zobaczyć tę smutną opowieść. Takich bezbronnych i niesprawiedliwie chorych dzieci jak Alfred jest mnóstwo. Każdy miły gest - to dla nich ucieczka od przerażających myśli o śmierci. Filmowe role były bardzo krótkie, ale należy docenić kreację cierpiącego chłopca (Pelle Falk Krusbæk) oraz brodatego, wrażliwego woźnego Enzo (Casper Crump), który miał dobre serce i wzruszył się losem małego Alfreda. Wpatrywałam się w ekran z mocno ściśniętym gardłem. Produkcja oczywiście mi się podobała. Moja ocena to 8/10.

Kochani! Życzę Wam radosnych i spokojnych świąt! 
A moje tegoroczne ozdoby prezentują się tak :)

piątek, 18 kwietnia 2014

Nebraska

Witajcie!
Ostatnio nabrałam ochoty na oglądanie produkcji nominowanych do Oscarów 2014 r. Wiem, że gala wręczenia nagród odbyła się już dawno temu, ale w końcu mam czas, aby nadrobić spore zaległości :)



    Tytuł: ,,Nebraska:
    Reżyseria: Alexander Payne
    Gatunek: dramat
    Czas trwania: 1.55 h
    Data produkcji: 2013





Fabuła:
       Staruszek Woody dostaje list, w którym dowiaduje się, że wygrał milion dolarów. Mężczyzna postanawia dostać się do stanu Nebraska, aby odebrać swoją nagrodę. Woody nie dopuszcza do siebie myśli, że ulotka jest fałszywym zabiegiem firmy, która codziennie wysyła wiele takich informacji do mnóstwa naiwnych osób. Syn głównego bohatera - David, decyduje się zawieźć ojca do miasta jego marzeń. Początkowo potomek Woody'ego ironicznie traktuje zachowanie swojego taty, jednak w trakcie podróży uświadamia sobie jak mało wie o przeszłości krewnego. Wycieczka do miasta Lincoln doprowadza do wzmocnienia relacji rodzinnych pomiędzy mężczyznami. 

       Historia opowiedziana przez reżysera (zdobywcy dwóch Oscarów w ubiegłych latach) jest poruszająca. Widz przygląda się oszustwom prowadzonym przez korporację i bezbronnym ludziom, którzy szczerze wierzą w uczciwość listów od firm - z widniejącymi na nich nazwiskami zwycięzców. Na pewno większość z nas dostaje smsy z informacją typu: ,,To nie żart! Wygrałeś BMW"! Skrzynki e-mailowe codziennie pełne są spamu z oczekującymi na odbiorców nagrodami. Często odbieramy telefony od miłych osób, zachęcających nas do wybrania się na organizowane wykłady, np. o garnkach, gdzie w trakcie spotkania dostaniemy mnóstwo darmowych upominków. Moja mama raz skuszona wizją gratisowego koszyka pełnego smakołyków, wybrała się na prelekcję. Przesiedziała na krzesełku ponad 3h i ze smutkiem usłyszała nowinę, że sponsor nagród się wycofał. Nie miała jednak czasu na zmartwienia, bo prowadząca biznesowe spotkanie pani z szelmowskim uśmiechem zaprosiła do odbioru darmowych kremów. Trzeba było jedynie kupić zdrowotne wkładki do butów za 50 zł. Zadowolona mama zapłaciła okazyjną cenę za leczniczy produkt i wybrała kosmetyk. Tato widząc w domu te specjalnie dla jego chorych stóp zakupione wkładki, nie był zachwycony. Nie mniej jednak postanowił je wypróbować, nosił w adidasach przez kilka dni, żeby nie zrobić przykrości żonie, a potem ukradkiem wyrzucił. Ciekawa jestem, czy Was bądź Waszych najbliższym oszukano kiedyś w podobny sposób? Filmowy bohater uporczywie nalega na odbiór miliona dolarów. Po długiej podróży dowiaduje się, że jego los nie znalazł się na liście zwycięzców, więc może jedynie otrzymać nagrodę pocieszenia - czapeczkę lub poduszkę. Urzędniczka informuje przyjezdnych, że wielu starszych ludzi nabiera się na ich nieuczciwą pracę.
       Woody podczas wycieczki odwiedza swoje miasto rodzinne. Spotyka dawno niewidzianych braci i przyjaciół. Jest uwielbiany, aż do czasu, kiedy jego bliscy dowiadują się o jego wygranej. Nagle wszyscy przypominają sobie, że główny bohater powinien im oddać ogromną sumę pieniędzy. Mieszkańcy miasteczka grożą staruszkowi, dawni znajomi szantażują rodzinę Grant, a kuzyni Davida postanawiają pobić wujka, aby tylko ukraść mu zwycięski kupon. W momencie poznania prawdy o fałszywej ulotce, koledzy wyśmiewają dawnego kumpla. W takich trudnych chwilach zazwyczaj dowiemy się, kto jest naszym prawdziwym przyjacielem. Dostaniemy bolesną nauczkę od życia, która przekona nas, że wiele bliskich osób wyśmiewa się z nas, udając tylko najlepszych kumpli, kiedy czegoś potrzebują.
      Kolejną ważną kwestią na którą zwrócił uwagę reżyser są relacje ojca z synem. Woody miał szczęście posiadania wspaniałych dzieci. Jednak to kawaler David postanowił zabrać tatę na daleką wycieczkę. Namyślił się, że ze względu na ojca wiek, może to być ich ostatnia wspólna podróż. Okazało się, że tak niewiele do szczęścia potrzebowali obaj panowie. Jak często myślicie o swoich rodzicach, którzy włożyli w nasze wychowanie tak wiele wysiłku? Ostatnio zabrałam mamę na spacer, tak bardzo ucieszyła się wspólnym wyjściem na łono natury, że przez kolejnych kilka dni opowiadała o tym całej rodzinie.
      Ogromnym plusem filmu był dobór obsady. Przyznam, że występujący w dramacie aktorzy byli mi nieznani. Will Forte jako David przypadł mi do gustu. Z uśmiechem na ustach spoglądałam na jego zacieśniające się relacje z ojcem. Scena, kiedy zawsze opanowany mężczyzna, uderzył byłego przyjaciela ojca w twarz była rewelacyjna! Podziwiam Bruce Derna za stworzenie genialnej postaci Woody'ego. Jego nieudawane emocje: niezdarne ruchy, ból na twarzy i w sercu, apatia, a ostatecznie duma staruszka podczas przejażdżki nowym autem - skradły moje serce. Słusznie przyznano mu nominację do Oscara za tak wybitną grę. Najbardziej jednak byłam zaskoczona rolą drugoplanową. June Squibb, która wcieliła się w Kate - żonę Woody'ego, przedstawiła postać zrzędliwej staruszki niesamowicie. 85letnia kobieta udowodniła wszystkim, że wiek nie jest barierą do występowania w kinowych hitach, a jej kandydatura również została zgłoszona do nagrody oscarowej.
       Początkowo nie mogłam się przekonać do czarno-białych zdjęć. Jednak w trakcie filmu zrozumiałam, że ten zabieg był słuszny. Dzięki nastrojowym zdjęciom, mogłam uważniej przyjrzeć się bohaterom i ich działaniom, a nie przyrodzie. Poza tym bezbarwny obraz przypominał mi życie głównego bohatera pozbawione kolorów - szare, nudne, monotonne. Doceniam przepiękną muzykę, która wielokrotnie doprowadziła mnie do łez. ,,Nebraska" to cudowna, ciepła opowieść o smutnej starości. Wspaniały klimat produkcji oczarował mnie. Mimo, że akcja toczyła się powoli, z przejęciem spoglądałam na ekran, współczując Woody'owi. Podobało mi się również niefałszowanie obrazu społeczności amerykańskiej. W większości filmów - zobaczyć możemy pięknych aktorów o nienagannej sylwetce i bajkowej fryzurze. W dziele Payne nie brakuje bardzo otyłych i zaniedbanych mieszkańców. Polecam wszystkim ten wzruszający dramat. Moja ocena to 8/10.

A oto kolejne fotografie z mojej codziennej trasy łączącej miasto z pobliską wsią. Każdego dnia biorę z nadzieją aparat, że spotkam na swojej drodze znowu bociana, ale oczywiście, kiedy jestem gotowa do zdjęć, boćka nie ma :( Nie tracę jednak nadziei! Uwielbiam tak kolorową wiosnę :)



środa, 16 kwietnia 2014

Witaj w klubie

Siemanko!
Dzisiaj chcę Wam przedstawić moją opinię na temat filmu, który stał się w tym roku oscarowym przebojem.





    Tytuł: ,,Witaj w klubie"
    Reżyseria: Jean-Marc Vallée
    Gatunek: dramat, biograficzny
    Czas trwania: 1.57 h
    Rok produkcji: 2013








Fabuła:
      Historia oparta jest na faktach. Lata 80 ubiegłego wieku - Ron Woodroof (Matthew McConaughe) przypadkowo trafia do szpitala, gdzie lekarze diagnozują u niego chorobę: AIDS. Ordynator przekazuje pacjentowi przerażającą informację - zostało mu zaledwie 30 dni życia. Bohater nie poddaje się jednak i postanawia walczyć o swoją przyszłość. Trafia do Meksyku i otrzymuje od medyków nowe lekarstwa, które mają wzmocnić jego organizm. Ron decyduje się na nielegalną terapię. Kiedy zauważa, że spożywane tabletki znacznie poprawiły stan jego zdrowia, chce pomóc również swoim rodakom poprzez przepisywanie im środków medycznych nie zatwierdzonych przez system prawny. Wraz z transseksualistą Rayon'em (Jared Leto) zakłada klub, gdzie za znaczną opłatą - wsparcie odnajdują wszyscy nosiciele HIV. Ron zakpił ze znajdującej się za jego plecami śmierci, bowiem od paraliżującego wyroku lekarza, który szacował jego życie na jedyny miesiąc, udało mu się przetrwać 7 lat.

     Opowieść o głównym bohaterze jest na pewno ciekawa. Ron Woodroof prowadził hulaszczą egzystencję. Lubił sex z przypadkowymi kobietami, alkohol, narkotyki. Zachorował na własne życzenie, ponieważ zaraziła go uliczna prostytutka - mająca na ciele świeże ślady po igłach. Był zdecydowanym przeciwnikiem gejów, jednak pewnego dnia poznał w szpitalu przebranego za kobietę mężczyznę, z którym się zaprzyjaźnił i od tego momentów zmienił swój stosunek do homoseksualizmu. 
      Dramat chorego człowieka zwraca uwagę na poważny problem, jakim są wielkie koncerny farmaceutyczne. Lekarze podpisują umowy z przebojowymi firmami, wiedząc że chorzy, dla których nie ma już żadnej nadziei, chętnie staną się królikami doświadczalnymi. Kiedy jednak pojawia się szansa na wypróbowanie innego lekarstwa, dającego lepsze efekty od proponowanych tabletek w szpitalach, prawo komplikuje proces importu pigułek, uznając je za nielegalne, chociaż skutki ich stosowania są pomyślne dla pacjentów. 
       Przyznam, że po tylu fantastycznych recenzjach reklamowanego filmu, spodziewałam się większych wrażeń. Niestety produkcja momentami mnie nudziła, a po godzinie zaczęłam już niecierpliwie spoglądać na zegarek. Matthew McConaughey, który zagrał głównego bohatera świetnie poradził sobie ze swoim zadaniem. Niestety aktor nie wdarł się do mojego serca tak jak Leonardo wcielający się w ,,Wilka z Wall Street". Doceniam jego poświęcenie znacznej utraty wagi, ale wątpię, żebym za kilka lat pamiętała jego oscarową rolę - Rona Woodroffa. Jennifer Garnier pod postacią doktor Eve często mnie irytowała. Super sympatyczna lekarka była tak miła, że momentami robiło się aż za słodko i mdło. Natomiast uważam, że Jared Leto jako Rayon otrzymał Oscara zasłużenie. Chudszy o 12 kg mężczyzna fantastycznie wykreował chorego transseksualistę, jestem pod ogromnym wrażeniem jego umiejętności artystycznych. Największe jednak brawa kieruję w kierunku osób odpowiedzialnych za choreografię i fryzury, ich praca została należycie doceniona kolejną oscarową statuetką. Moim zdaniem dramat warto obejrzeć ze względu na prawdziwą historię wplecioną w fabułę filmu. Ja jednak po zakończonym seansie nie miałam chęci na kontemplację, co zdarza mi się zazwyczaj, kiedy obejrzę niesamowitą produkcję. Moja ocena to 7/10. 

Pochwalę się moimi pierwszymi ciasteczkami bananowymi, które udało mi się samodzielnie upiec ^^ Nieskromnie dodam, że są pyszne i smakowały całej rodzinie. Przepis jest bardzo prosty - 1 szklanka płatków owsianych, 1 banan utarty na tarce, garść żurawiny, garść wiórków kokosowych, 1 jajko, 1 łyżka miodu, 1 łyżka oleju -> produkty połączyć i wyłożyć widelcem na pokrytą papierem blachę -> piec przez 30 minut w piekarniku (temperaturze 180 stopni). Naprawdę polecam :))

wtorek, 15 kwietnia 2014

Och, życie

Siemanko!
Dzisiaj recenzja polecanego przez Was filmu :)





   Tytuł: ,,Och, życie"
   Reżyseria: Greg Berlanti
   Gatunek: komedia romantyczna
   Czas trwania: 1.54 h
   Rok produkcji: 2010








Fabuła:
        Przyjaciele Holly (Katherine Heigl) i Erica (Josh Duhamel) giną w wypadku samochodowym. Zgodnie z prawem amerykańskim - w przygotowanym wcześniej testamencie na wypadek ich niespodziewanej śmierci wybierają opiekunów prawnych córeczki. Chrzestni dziewczynki nie spodziewają się, że staną się oni nowymi rodzicami Sophie. Para młodych ludzi nie przepada za sobą, ale dla dobra dziecka główni bohaterowie postanawiają zamieszkać razem. Dzielą się obowiązkami wychowania Sophie, rezygnują z własnych marzeń o karierze, aby być blisko chrześnicy. 

      Film jest typową komedią romantyczną ze szczęśliwym zakończeniem. Patrząc na plakat, domyślamy się już treści filmu. Mimo iż, produkcja trwała prawie 2 h., nie oderwałam wzroku od ekranu ani na chwilę. Podobały mi się zabawne dialogi i perypetie młodych bohaterów. ,,Och, życie" obejrzałam ze względu na Katherine Heigl, której role filmowe zawsze lubię. Nie zawiodłam się i tym razem. Artystka dostarczyła mi wielu wzruszających chwil. W kilku momentach przypominała mi Shakirę :) Z ciekawością przyjrzałam się kreacji Erica - stworzonej przez Josha Duhamela. To pierwsza produkcja z udziałem aktora, jaką miałam przyjemność obejrzeć. Uważam, że przystojny mąż Fergie zbudował świetną postać przebojowego mężczyzny, który staje się przykładnym ojcem. Z miłą chęcią zobaczę kolejne filmy, gdzie w rolach głównych występują Heigl czy Duhamel. 
     Do gustu przypadła mi również świetna muzyka. Kilka scen spowodowało moje nieoczekiwane ataki śmiechu. ,,Och, życie" nawiązuje do trudnego tematu, jakim jest niespodziewane macierzyństwo. Reżyser zwrócił uwagę na to, że wychowanie dziecka to bardzo trudne zadanie. Moja ocena filmu to 9/10.

Poniżej kilka zdjęć, jakie udało mi się robić na mojej codziennej trasie spacerowej/do biegania. W sobotę zauważyłam na łące bociana, szkoda, że nie miałam wtedy ze sobą aparatu fotograficznego, ale mam nadzieję, że go jeszcze spotkam :)





niedziela, 13 kwietnia 2014

Dźwięki wspomnień

Witajcie z samego rana!
Wczoraj pojechałam na zakupy do Wrocławia, wróciłam oczywiście z pustym portfelem :) Miałam tylko wybrać nowe adidasy do biegania, ale przy okazji weszłam do sklepu Yves Rocher... i przepadłam. Miła pani obdarowała mnie prezentami i rabatami, aż nie mogę się już doczekać kolejnej wizyty. Odebrałam również moją wygraną nagrodę (ale o niej innym razem). Jako bonus dostałam zniżki do Księgarni Podróżnika. Oczywiście musiałam tam zajść i skorzystać z promocji. Tego szalonego dnia, siedząc koleżanką w pizzerii - dostałyśmy także pizzę za pół darmo, co nas także bardzo ucieszyło. Do Wrocławia jadę ok 1.5 h, więc czas podczas podróży, umilała mi książka naszej blogowej koleżanki :))




     Tytuł: ,,Dźwięki wspomnień"
     Autor: Katarzyna Meres
     Okładka: miękka ze skrzydełkami
     Ilość stron: 102
     Rok wydania: 2014










      Lektura dzieli się na 2 części. Pierwszą opowieść - zdolna Kasia napisała w wieku 18-19 lat! Smutna historia została zawarta w formie pamiętnika. Młoda kobieta jest śmiertelnie chora. Emilia wie, że niedługo umrze. Postanawia przelać wszystkie swoje myśli na papier, aby jej córka mogła w przyszłości odczytać zapiski matki. Po pogrzebie kobiety, mężczyzna jej życia postanawia zaopiekować się potomną - Wiktorią. Chłopak szybko dojrzewa i podejmuje kilka ważnych decyzji, które mają diametralny wpływ na dalszą egzystencję jego rodziny. Często emocjonalnie dopisuje w notatniku krótkie fragmenty własnych rozważań. Pełnoletniej córce przekazuje pamiętnik, aby Wiktoria mogła poznać bolesną przeszłość swojej matki i jej trudną miłość do ukochanego.
     Drugie opowiadanie zostało przedstawione w formie spowiedzi kolejnej kobiety. W tej części - bohaterka wyznaje prawdę o ogromnym uczuciu do wymarzonego chłopaka. Dziewczyna jest obsesyjnie zakochana w swoim partnerze. Nie potrafi bez niego normalnie funkcjonować, mężczyzna jest dla niej całym światem. 

     Zapewne większość moli książkowych zna osobę Katarzyny z wirtualnego świata. A jeśli nie, to serdecznie zapraszam na jej witrynę: http://swiatkasiencjusza.blogspot.com/ Całkiem prywatnie dodam, że zakresu literatury - jest to jeden z moich ulubionych blogów. Kasia zawsze rzetelnie przedstawia opinie dotyczące przeczytanych przez nią lektur. Często dzieli się także z odbiorcami swoimi ocenami obejrzanych filmów, fotografiami bądź wspomnieniami z podróży.
      Ze zdumieniem ujrzałam więc pewnego dnia informację o tym, że internetowa koleżanka wydała własną książkę. Wiedziałam, że pisze opowiadania, więc byłam bardzo ciekawa efektu w postaci ,,Dźwięków wspomnień". 
      Moją uwagę przykuła pomysłowa okładka. Okazało się, że lektura nie jest gruba objętościowo, więc udało mi się ją przeczytać podczas tułaczki autobusem. Z przyjemnością przewracałam kolejne kartki, aby poznać dalsze losy głównych bohaterów. Spodobał mi się styl pisania autorki. Doceniam barwny, nacechowany emocjami język, który obfitował w wiele ciekawych metafor. Przyznam, że bardziej przypadła mi do gustu historia numer 1, chociaż zdaję sobie sprawę, że druga opowieść została opisana w sposób dojrzalszy i (co do najdrobniejszych szczegółów) przemyślany. Moim zdaniem, Katarzyna ma wielki talent, z niecierpliwością czekam na kolejne jej powieści. A ocena debiutanckiej książki to 7/10.

,,Dźwięki wspomnień" biorą udział w wyzwaniu POLACY NIE GĘSI II

piątek, 11 kwietnia 2014

Zdobycze 16

Dzień dobry!
Dzisiaj mój ulubiony post z serii pochwalnych, czyli co ostatnio fajnego dostałam :)

1. Miła pani w Rossmannie podarowała mi gratis balsam pod prysznic.

 

2. Ciocia przywiozła mi kilka prezentów z Anglii.


3. U http://cyrysia.blogspot.com/ wygrałam książkę od autorki z autografem (i zakładkę). Jestem w trakcie lektury, więc swoją opinię na temat ,,Dźwięków wspomnień" - opiszę już w następnej notce :))


4. Listonosz przyniósł mi wielką paczkę, w której znalazłam niespodziankę od http://foreverglam30.blogspot.com/ Ogromnie ucieszyłam się z takiej zawartości przesyłki, jeszcze raz dziękuję <3 Wszystko jest boskie i trafia w moje gusta ^^


5. A największą przyjemność sprawiły mi http://ed-like.blogspot.com/ i http://challenge-accepteed.blogspot.com/ - organizatorki zjazdu blogerek w Rybniku! Mimo iż było mi smutno, bo nie mogłam pojawić się na wymarzonym spotkaniu, otrzymałam nieoczekiwany prezent pamiątkowy ^^ Bardzo miły gest, dziękuję <3 Szczególnie szalenie cieszy mnie przypinka - to będzie wspomnienie na całe życie!

czwartek, 10 kwietnia 2014

Pan i Pani Kiler

Witajcie w ten deszczowy poranek! Mam nadzieję, że nie powtórzy się sytuacja z tamtego roku i cała wiosna nie będzie szara, chłodna i mokra.. Tymczasem u mnie notka filmowa ;)



   Tytuł: ,,Pan i Pani Kiler"
   Reżyser: Robert Luketic
   Gatunek: komedia romantyczna, akcja
   Cas trwania: 1.40 h
   Rok produkcji: 2010









Fabuła:
      Jen (Katherine Heigl) wyjeżdża z rodzicami na wakacje do Francji. Tam poznaje Spencera - płatnego zabójcę (Aston Kutcher). Młodzi zakochują się w sobie, a mężczyzna postanawia zmienić swoje dotychczasowe życie. Bohater staje się przykładnym mężem, zięciem i sąsiadem. Pewnego dnia Spencer dostaje informację o czyhającym na niego zagrożeniu. W amerykańskim mieście pojawia się mnóstwo morderców, którzy chcą zabić mężczyznę. Sekrety przeszłości ukochanego męża szokują Jen. Czy kobieta pomoże swojemu partnerowi wydostać się z zastawionej na niego pułapki? Jak zareagują teściowie głównego bohatera? Tego dowiecie się w oglądając ,,Pan i Pani Killer".

       Film ma dosyć popularną fabułę. W zasadzie ratuje go dobra obsada. Miło jest popatrzeć na przystojnego Astona Kutchera w roli Spencera. Mężczyzna zaskoczył mnie zwinnymi ruchami i gibkością ciała. Niewiele osób dałoby radę zabić tylu ludzi w tak szybkim tempie jak on :) Sceny walk mężczyzny z wrogami były ciekawe i świetnie dopracowane. Katherine Heigl jako Jen przypadła mi do gustu. Bardzo lubię tę aktorkę, każda produkcja w jakiej występuje, zyskuje dzięki niej na uwadze, a statystyki popularności filmu rosną. Heigl jak zawsze prezentowała się idealnie, sceny jej udziałem rozśmieszyły mnie wielokrotnie. Do gustu przypadła mi również kreacja teściowej Spencera, w którą wcieliła się Catherine O'Hara (znana nam wszystkim mama kultowego Kevina). Kobieta nadużywająca alkoholu była sympatyczną postacią, jej szalone zachowanie powodowało, że często uśmiechałam się nieświadomie. Ciekawostką jest to, że epizodyczną rolę w produkcji zagrał wokalista Usher - był sprzedawcą w markecie i pomagał bohaterom w wyborze testów ciążowych.
       Moim zdaniem jest to film słabszy od pozostałych komedii romantycznych, jakie miałam szansę obejrzeć. Akcję należałoby raczej nazwać science fiction, bo tyle morderstw jednego dnia powinno być zauważonych przez mieszkańców miasta. Dziwna sprawa, że leżące trupy nie przeszkadzały sąsiadom, a biegający ludzie z karabinami po ulicach potykając się o zwłoki nie zostali namierzeni przez policję. Do tego piękna Jen - pędząca (będąc w ciąży) na wysokich szpilkach z prędkością światła, jest postacią nierealną, chociaż skoki w tak eleganckich butach przez płot zrobiły na mnie wrażenie :) Moja ocena produkcji to 6.5/10. 

Tymczasem ja zajadam się galeretkowym deserem. Między warstwami umieściłam pokrojone smaczne jabłko i zdrowe rodzynki :) Miłego dnia!

wtorek, 8 kwietnia 2014

Zamek z piasku

Dobry wieczór!
Tuż przed snem przedstawię Wam jeszcze moją recenzję ostatnio przeczytanej książki :)





    Tytuł: ,,Zamek z piasku"
    Autorka: Magdalena Witkiewicz
    Rok wydania: 2013
    Ilość stron: 284









Fabuła:
      Weronika tworzy z Markiem idealną parę. Młodzi zakochani ślubowali sobie wierność już od szkolnych czasów, a po skończonych studiach postanowili wziąć ślub. Bohaterka miała swoje marzenia. Ukończyła dyplom filologii angielskiej, chciała być tłumaczką książek, a po otrzymaniu upragnionej pracy - wierzyła, że zostanie matką. Okazuje się, że ideały Weroniki legły w gruzach. Została asystentką szefa w zwykłym biurze, które nie dawało jej satysfakcji lecz dobre pieniądze. Po długich staraniach o dziecko, Weronika odkrywa smutną prawdę, że ukochany mąż jest bezpłodny. Dziewczyna gubi się w swoich marzeniach, zwykłe czynności są dla niej udręką, ciągle towarzyszy jej stres. Idealny związek z Markiem okazuje się być całkiem kruchy, bohaterka zdaje sobie sprawę, że miłość jest ulotna. Weronika poznaje sympatycznego Kubę. Dużo starszy mężczyzna namiesza w życiu mężatki. Czy kobieta dostanie szansę naprawienia swoich błędów? Czy z rezygnuje z macierzyństwa? Zapraszam do zapoznania się z lekturą :)

       Książkę udało mi się kupić na promocji w Empiku. Czyta się ją bardzo szybko. Treść mnie wciągnęła, bo zasypiając przy ,,Zamku z piasku", obudziłam się specjalnie wcześniej rano, aby móc ją dokończyć. Lektura nawiązuje do trudnego tematu - jakim jest bezpłodność. Świetnym pomysłem było umieszczenie przed każdym rozdziałem kawałków utworów tekstów piosenek np. zespołu Myslovitz czy Hey. Podobało mi się również poruszenie kwestii młodzieńczej miłości. Nastolatkowie często zakochują się w sobie do szaleństwa, biorą ślub i dostrzegają, że wspólne życie wcale nie jest takie proste lecz wymaga wielu poświęceń. Zdesperowani ludzie boją się być sami, bo zawsze byli w związku z kimś, nie dopuszczają zatem do siebie myśli egzystencji w pojedynkę. Często dokonują trefnych wyborów kolejnych partnerów, aby wypróbować innego stylu życia kosztem utracenia istniejącego szczęścia, którego zdają się nie zauważać. Kobiety czy mężczyźni szukają chwilowych przygód, zapomnienia, co zazwyczaj nie kończy się dla nich dobrze, bo ktoś trzeci zawsze będzie cierpiał (nawet jeśli nieświadomie). Po jakimś czasie pogubione osoby zdają sobie sprawę z wad nowo poznanych przyjaciół/kochanków i doceniają to, co stracili wcześniej. Wyrzutów sumienia nie da się zagłuszyć, a zauważenie własnej głupoty jest bolesne. Tylko co jeśli wcześniej podjęte decyzje wydawały się być słuszne, a po kilku latach wraca tęsknota za niewykorzystaną młodością? Znajomi cieszyli się beztroską na imprezach, a ślepo zakochani w tym czasie rozpoczynali zabawę w dom, który szybko się nudził - wkradła się w niego monotonia i wzajemne oskarżenia. Czy próby naprawienia związku są w takich przypadkach mogą się skończyć powodzeniem, czy raczej modnym we współczesnych latach rozstaniem?
      Bohaterka powieści była egoistką. Tak bardzo pragnęła dziecka, że nie zauważała jaką krzywdę wyrządzała wszystkim dookoła. Idealny mąż stał się dla niej jedynie wizją dawcy nasienia. Nie jestem matką, więc póki co obce są mi tematy rodzicielskie. Na pewno istnieją takie kobiety dla których posiadanie potomstwa jest priorytetem. Przyjaciółki Weroniki miały również ciekawe życie. Ewa szybko zaszła w pierwszą ciążę, później urodziła jeszcze jedną dziewczynkę. Dominika uwielbiała niezobowiązujący seks z napotkanymi facetami. Gdy dowiedziała się, że będzie mamą, szybko dokonała aborcji - wszak jej wybrankiem był mąż koleżanki (starszy Anglik). Po chwili niepewności, kochanek Dominiki rozwiódł się z żoną, po to aby zamieszkać z nową dziewczyną i mieć z nią jeszcze dwoje dzieci. Weronika natomiast po rozstaniu z Markiem, natychmiast znalazła pocieszenie w ramionach Kuby, który również był w związku z inną kobietą. Ponad 40letni Jakub oczywiście nie miał chęci rozstawać się ze swoją partnerką, a irytująca główna bohaterka cierpiała. Ludzie lubią sobie komplikować życie :p Plusem książki był na pewno znany motyw nielubianej teściowej. Lektura jak można się spodziewać kończy się happy - endem, chociaż wolę smutniejsze podsumowania. Z przykrością stwierdzam, że zdrada jest ówcześnie coraz popularniejsza, dla jednych oznacza ona koniec miłości ale wiele osób potrafi ją jednak wybaczyć. Moja ocena to 7/10.

,,Zamek z piasku" bierze udział w wyzwaniu: POLACY NIE GĘSI II

Dawno nie było u mnie owoca dnia :D Zajadałam się pysznym jabłkiem :)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Złodziejka książek

Siemanko!
Dzisiaj przedstawię Wam moje opinie na temat ,,Złodziejki książek". Zacznę od lektury, którą kupiłam w Biedronce po promocyjnej cenie :)

     


           Tytuł: ,,Złodziejka książek"
           Autor: Markus Zusak
           Liczba stron: 495
           Rok wydania: 2014 (nowa edycja)
           Okładka: miękka









Fabuła: 
      Narratorem powieści jest śmierć. Akcja ma miejsce podczas II wojny światowej na terenie Niemiec. Liesel jedzie pociągiem do swoich nowych, przybranych rodziców. Niespodziewanie jest świadkiem zgonu jej 6-letniego braciszka, którego pogrzeb odprawiono na najbliższej stacji. Dziewczynka tego dnia widzi również po raz ostatni swoją matkę. Dziecko nie rozumie zaistniałej sytuacji, tęskni za rodzicielką, dopiero jakiś czas później zrozumie, że ukochana mama deklarowała się jako komunistka, a III Rzesza była wrogiem opozycjonistów, więc ludzie działający przeciwko rządom Hitlera nie mieli szansy na przeżycie.
       Liesel poznaje Rosę i Hansa - Niemców, którzy postanowili zająć się wychowaniem dziewczynki. Dziecko początkowo nie ufa nowym opiekunom, jednak wraz z upływem czasu, zdaje sobie sprawę, że lepszego domu nie mogła sobie wymarzyć. Bohaterka zaprzyjaźnia się z Rudym. Poznaje historię dojścia do władzy fuhrera, co sprawia że Liesel buntuje się przeciwko obowiązującym w państwie zasadom. Kluczowym momentem w życiu dziewczynki jest spotkanie Żyda. Od tego momentu egzystencja dziecka nabiera głębszego sensu, bo czuje, że jest komuś potrzebne. Skoro jednak narratorem lektury jest śmierć, bardzo często pojawia się ona na stronicach powieści. Kto z głównych bohaterów zginie, a kto zostanie ocalony? Jakie książki ukradła Liesel? Zapraszam do zapoznania się z tą wspaniałą historią!

       ,,Złodziejka książek" nie jest cienką opowieścią. Nie mogłam wsadzić jej do torebki, aby poczytać spokojnie w autobusie, więc cierpliwie czekała na mój wolny czas w domu. Kiedy już postanowiłam otworzyć lekturę, nie mogłam się od niej oderwać! Dzieło Zusaka pochłonęłam niezwykle szybko. Autora charakteryzował specyficzny styl pisania, a język - pomimo smutnej treści, często miał żartobliwy ton.
        Bardzo podobało mi się obsadzenie śmierci w roli narratora. Uważam, że trafnym podsumowaniem było zauważenie, że wojna nie jest przyjaciółką śmierci, lecz jej kolejnym szefem. Książka zawierała mnóstwo celnych uwag dotyczących bezsensownych konfliktów zbrojnych i osoby Hitlera. Przywódca Niemiec sprytnie zyskał sympatię społeczeństwa poprzez słowa. Fuhrer nie musiał przekonywać ludności o swoich racjach za pomocą siły. Mężczyzna był świetnym demagogiem, umiał przemawiać do obywateli używając spokojnych i przekonywujących argumentów. Mnóstwo Niemców zahipnotyzowanych wystąpieniami nowego przywódcy, popierało wszystkie jego działania. Niewielu z nich miało odwagę buntować się przeciwko wprowadzonym rządom. Większość sąsiadów z zachodniej granicy przyjęła jednak bierną postawę - nie zgadzali się z opracowanymi przepisami, lecz starali się zachowywać zgodnie z zasadami, aby ocalić życie swoich rodzin oraz własne. Świetnym przykładem było miasteczko Molching, znajdujące się nieopodal Monachium. Mieszkańcy salutowali ,,Heil Hitler", aby nie wzbudzać podejrzeń funkcjonariuszy, chociaż wielu zdawało sobie sprawę z głupoty tego procesu. Społeczeństwo dzieliło się na zagorzałych fanów Hitlera oraz przeciwników działających na przekór prawu w ukryciu (m.in. chowali oni Żydów w piwnicach). Smutnym obrazem było opisanie sytuacji pochodu wyznawców Mojżesza. Schorowani, wygłodzeni Izraelici - katowani na drodze przez żołnierzy budzili przerażenie i współczucie. Kiedy ktoś z tłumu chciał jednak pomóc biedakom, został surowo ukarany, a sąsiedzi przyglądali się temu działaniu ze ściśniętym gardłem, ale nie przekraczając bezpiecznej odległości. Autor słusznie poruszył problem nędznego życia wśród zwykłych Niemców. Głodne, brudne dzieci często kradły jedzenie, a stosowanie przemocy nie było dobrym rozwiązaniem. Ciekawym, oryginalnym zabiegiem było umieszczenie wielu niemieckich słów, które dodawały lekturze wojennego klimatu.
        Do gustu przypadli mi wszyscy bohaterowie. Każdy z zarysowanych postaci miał inne przekonania, wielu Niemców nosiło w sercach tragiczne wspomnienia przeszłości. Warto zwrócić uwagę, że najwięcej cierpień znosili niewinni obywatele, szczególnie najmłodsi - przejmujący wartości przekazywane im przez rodziców. Liesel podczas ostatnich lat wojennych miała niecałe 14 lat. Swoimi doświadczeniami mogłaby obdarować mnóstwo innych osób, których życie nie było aż tak niesprawiedliwe jak zawsze sądzili. Kiedy nieśmiała dziewczynka pojawiła się na progu domu nieznanych jej ludzi, była zahukaną istotą - tęskniącą za mamą. Dziecko nie umiało nawet czytać, więc z pomocą pośpieszył jej ojczym, rozpoczynając żmudną naukę poznawania nowych literek. Książki stały się dla młodej Niemki luksusem, wymarzonym dobrem; w biednej rodzinie Hubermann ich posiadanie niestety nie było możliwe. Liesel pierwszą lekturę ukradła na cmentarzu - był to podręcznik grabarza. Wszystkie książki stanowiły dla dziewczynki wielką wartość. 
        Lektura wciągnęła mnie bez reszty. Myślę, że jest to również świetna propozycja dla dzieci i młodzieży, bo może wstać się wstępem do rozmowy o wojnie i jej ofiarach. Ważne jest również zaznajomienie się z terminem śmierci, bo przecież każdy z nas kiedyś umrze. Przez ostatnie 50 stron książki zalewałam się łzami, długo nie mogłam zasnąć na mokrej poduszce. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby Lisel żyła we współczesnym świecie, byłaby oburzona zachowaniem ludzi, którzy mając dookoła siebie mnóstwo lektur, rezygnują z nich na własne życzenie. Szczerze polecam Wam dzieło Zusaka. Moja ocena to 10/10.


Tuż po przeczytaniu książki postanowiłam obejrzeć film...



           Tytuł: ,,Złodziejka książek"
           Reżyseria: Brian Percival
           Rok produkcji: 2013 
           Gatunek: dramat wojenny
           Czas trwania: 2.11 h









          Film powstał na podstawie książki. Być może gdybym nie przeczytała lektury, albo najpierw obejrzała produkcję, a potem sięgnęła po dzieło Zusaka, ekranizacja spodobałaby mi się. Niestety tak się nie stało. Pierwszą godzinę z zainteresowaniem wpatrywałam się w ekran, druga połowa filmu zaczęła mnie nużyć... Dziwi mnie, że reżyser tworząc dramat - w efekcie końcowym zbudował baśń familijną. Ze zdumieniem spoglądałam na schludne postaci, które uśmiechały się pogodnie. To był czas wojny, gdzie jak słusznie zauważył autor ,,Złodziejki książek" - biedota chodziła w znoszonych, brudnych ubraniach, nie mając szans na częste mycie tłustych włosów. Ale tak realistyczna opowieść mogłaby się w kinach przecież nie sprzedać. 
         Nie przypadły mi do gustu zabiegi mieszania języka angielskiego z niemieckim. Zdania typu: ,,Oh great, danke schon" bardzo mnie denerwowały. Co więcej, próby wymawiania przez dziewczynkę niemieckiego ,,r" nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia.
      Najbardziej jednak rozczarowała mnie fabuła. Wiele ważnych książkowych wątków zostało pominiętych bądź przekształconych. Nie pojawiła się istotna postać sąsiadki Hubermann'ów. Dlaczego nie zrealizowano scen, kiedy dzieci kradły jedzenie? Czy scenariusz nie mógł mieć zakończenia przepisanego z lektury? O czym myślał reżyser, kiedy zdecydował się na cukierkowy zabieg ukazania próby wyznania miłości Liesel przez Rudy'ego. 
       Tytułowe lektury - ukazano raczej całkiem przypadkowo, nie odegrały one znaczącej roli. Max przekazał głównej bohaterce czysty notatnik, a nie piękną książkę z rysunkami, która towarzyszyła dziewczynce w trudnych chwilach. Podczas seansu nie wzruszyłam się ani razu, z obojętnością śledziłam losy postaci. Nie widziałam emocji na twarzach aktorów podczas bombardowań (swoją drogą naloty również nie wyglądały przerażająco). Lektura zbudowana była ze słów - pięknych, kolorowych lecz smutnych, zdania budowały życiorysy, poskładane literki kształtowały charakter, film trwał ponad 2 h - był przegadany, ale w ujemnym słowa znaczeniu (zabrakło prawdziwych słów).
      Moim zdaniem słabo zarysowano postaci występujące w dramacie. Emily Watson (Rosa Hubermann) zagrała poprawnie, ale była raczej spokojną matką, a nie żywiołową i wyzywającą wszystkich wokół Saumensch. Geoffrey Rush w roli Hansa Hubermanna spodobał mi się, najbardziej odzwierciedlił książkowy odpowiednik. Nie mniej jednak, uważam, że artyście nie pozwolono na ukazanie wszystkich swoich możliwości. Byłam ciekawa sceny, podczas której głowa rodziny miała uderzyć w twarz przybraną córkę, niestety - ważny wątek postanowiono ominąć. Ben Schnetzer wcielając się w Maxa Vandenburga nie przypominał bohatera z lektury. Postać nie bardzo wychudzonego Żyda nie wzbudziła we mnie żadnych pozytywnych emocji. Na twarzy mężczyzny próżno szukałam lęków, goniących go demonów przeszłości, śladów cierpienia... Max wydawał się być młodym chłopcem, będącym tylko chwilowym kłopotem u niemieckiej rodziny, nie wspomniano nawet, że w dzieciństwie pasją Żyda stał się boks, który później powracał w jego wojennych snach. Kreacja Rudy'ego Steiner'a przez Nico Liersch'a była ciekawa, lecz mało rozbudowana. Poza tym, 13letni chłopczyk wyglądał dużo młodziej od swojej koleżanki, chociaż przewyższał ją wiekiem. Przyjaźń między dwojgiem młodych ludzi również sprawiała wrażenie pasywnej, nie zauważyłam wspólnego szaleństwa, zaangażowania i porozumienia. Tak oto dotarłam do głównej bohaterki, którą zagrała Sophie Nélisse. Dziewczynka jest bez wątpienia piękną osobą. W jej grze zabrakło mi jednak sprytu i ambicji, bo za te cechy pokochałam książkową Liesel Meminger. Sophie przez większą część filmu spoglądała na wszystkich wielkimi zdziwionymi oczami, zadając ciągle pytanie: ,,Why" bądź ,,Why not"? Końcowe zachowanie postaci, zaskoczyło mnie negatywnie. Śmierci bliskich jej osób, panienka zniosła bardzo dzielnie - bez krzyków czy histerii, z radością rzuciła się w ramiona pani burmistrz...
        Podsumowując, film nie podobał mi się. Zdumiały mnie porównania produkcji do ,,Labiryntu fauna". Hiszpański dramat został zrealizowany perfekcyjnie. Akcję dziejącą się w ojczyźnie Franko wspominam ze wzruszeniem. Hiszpańscy bohaterowie mówili w swoim języku, a nie po angielsku. 
      Gdybym nie znała książki, na pewno spojrzałabym na film niego z innej perspektywy, ale po przepięknej lekturze - moja ocena produkcji to 5/10. 

Ciekawa jestem czy Wy czytaliście ,,Złodziejkę książek"? A może oglądaliście dzieło Percivala? Jakie są Wasze opinie? :)

niedziela, 6 kwietnia 2014

Zapiski (pod) różne

Siemanko!
Dzisiaj recenzja książki podróżniczej :)

     



               Tytuł,, Zapiski (pod) różne"
               Autor: Martyna Wojciechowska
               Ilość stron: 195
               Okładka: twarda
               Rok wydania 2011








         Wojciechowska przedstawia 30 historii, które przytrafiły jej się podczas różnych podróży. Wśród wspomnień znajdziemy przygody zabawne np. dotyczące kultu kapcia w Japonii, jak i tragiczne m.in. dramat molestowanego dziecka przez ojca w Mongolii. 
         Wiele opowiadań jest motywujących, zachęcają nas do pokonywania własnych słabości. Autorka dzieli się z nami przemyślenani na temat kanonu piękna, z humorem prezentuje listę nieprzemyślanych zakupów - w jakie zaopatrzyła się zagranicą. Styl pisania dziennikarki jest żartobliwy, często nie mogłam przestać się śmiać. Nie mniej jednak, kilka rozdziałów zostało również zaprezentowanych w sposób przygnębiający, skłaniający do refleksji nad okrutnym postępowaniem ludzi. Podróżniczka zamieściła także kilka ciekawych regionalnych potraw, których miała okazję spróbować, np. w Ekwadorze jadła świnkę morską.
       Doświadczenia Wojchowskiej zasługują na szacunek. Podziwiam autorkę za pływanie z rekinami w RPA, wspinaczkę na najwyższą górę świata - Mount Everest czy łapanie anakondy w Wenezueli. Jest to kobieta, która nie boi się żadnych wyzwań. Dlaczego? Ogromnie wzruszył mnie rozdział pt. ,,Potęga teraźniejszości". Dziennikarka spowiada się czytelnikom ze swoich błędów. Podróżniczka wspomina mężczyznę, którego kiedyś bardzo kochała, ale była zbyt dumna, aby mu powiedzieć o swojej miłości. Wojciechowska nie zdążyła wyznać ukochanemu swoich uczuć, ponieważ wybranek zmarł. Dodatkowo, autorka w wieku 18 lat była poważnie chora, potrzebowała chemioterapii. Jako mała dziewczynka, spadła ze schodów, w wyniku czego straciła przytomność. Kilka lat później - podczas wakacji, wybuchła motorówka, którą dziewcznynka płynęła po jeziorze - Martyna miała poparzoną całą twarz. Innego razu, kiedy kąpała się w wannie, do wody wpadła jej podłączona do prądu suszarka. Najboleśniejszą lekcję przeżyła jednak, gdy złamała kręgosłup (jeżdząc na nartach). Niezbędna była długa i żmudna rehabilitacja. Wojciechowska ze smutkiem wspomina także wypadek samochodowy, w którym zginął operator kamery, a prywatnie jej przyjaciel Rafał. Dziennikarka spała wówczas - trzymając głowę na jego kolanach. Mężczyzna osierocił 3 dzieci. 
        Podróżniczka publikuje kilka wypowiedzi internetowych anonimów. Z rezerwą podchodzi do (delikatnie ujmując) nieprzychylnych na jej temat komentarzy. Przypomina również sytuację sprzed lat, kiedy odeszła od swojego narzeczonego, oświadczając mu, że wie, iż on ją zdradza. Moim zdaniem, Wojciechowska jest wspaniałą, wrażliwą osobą. 
        Opowiadania w książce są niezwykle interesujące. Podczas lektury, mój poziom wiedzy o świecie wzrósł. Polecam ,,Zapiski (pod) różne" wszystkim fanom literatury podróżniczej. Dzieło Wojciechowskiej nie jest grube objętościowo, książkę czyta się ją bardzo szybko, bo wydano je w postaci małego formatu. W skład lektury wchodzą oczywiście również piękne zdjęcia. Moja ocena to 9.5/10.

,,Zapiski (pod) różne biorą udział w wyzwaniach POLACY NIE GĘSI II oraz Odkrywamy białe plamy.

Życzę wszystkim miłej niedzieli! :)

piątek, 4 kwietnia 2014

Wycieczkowo 10 - Wrocław

Dobry wieczór!
Dzisiaj zapraszam na wirtualny spacer po Wrocławiu :) Przyjęłam zaproszenie mojej przyjaciółki do obczajenia jej nowego zamieszkania. Przy okazji postanowiłyśmy zwiedzić interesujące miejsca, które od dawna planowałyśmy zobaczyć. Jeśli macie chęć, możecie obejrzeć moją galerię zdjęć :))

Pierwszym celem wycieczki był Mostek Czarownic (zwany też Mostkiem Pokutnic). Jest to połączenie dwóch wieży znanej wrocławskiej katedry Św. Magdaleny. Pewnie jesteście ciekawi skąd wzięła się ta tajemnicza nazwa? Związana jest ona z legendą, według której na mostku krążą dusze próżnych dziewczyn. Niewiasty wolały imprezować zamiast zakładać rodziny i prowadzić dorosłe życie.
W oddali widać katedrę...


Mostek znajduje się na 46 m. wysokości.



Już na szczycie :)


Wspaniałe widoki z góry!






Kolejnym punktem wycieczki była wieża matematyczna znajdująca się w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego. Przed wejściem do gmachu znajduje się południk 17.


Po wejściu schodami na dach, można podziwiać miasto z wysokości 40 m.



Wieżę Astronomiczną zdobią 4 figury - symbolizujące naukę.
Teologia:


Filozofia:


Temida:


Medycyna:


Kierując się w stronę rynku, przystanęłyśmy aby przyjrzeć się bliżej oryginalnemu krzesłu.


Centrum stolicy Dolnego Śląska ^^





Zmierzając w okolice PKS-u, można zauważyć jedne z najsławniejszych wrocławskich pomników powstałych na cześć anonimowego przechodnia.


Moje ulubione Galerie
Renoma (widać również pomnik Bolesława Chrobrego):


 Arkady Wrocławskie:


Wrocław słynie z krasnoludków, których można spotkać na każdym kroku. Obecnie liczba tych małych mieszkańców wynosi aż 292! Nam towarzyszyli m.in. 
Florianek:


Motocyklista:


Mój faworyt: Bibliofil <3


Jeśli jeszcze nie byliście we Wrocławiu, to serdecznie zachęcam do odwiedzenia mojego ukochanego miasta :)