poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Moulin Rouge!

Siema!
Pozostając w temacie tanecznym.. nabrałam ochoty na obejrzenie klasycznego musicalu ,,Moulin Rouge". Widziałam ten film ok. 4 lat temu, więc postanowiłam go sobie przypomnieć. 



           Tytuł: ,,Moulin Rouge:
           Reżyseria: Baz Luhrmann
           Czas trwania: 2.06 h
           Gatunek: Musical, Melodramat
           Rok produkcji: 2001









  


Fabuła:
      Akcja toczy się w Paryżu (Moulin Rouge). Biedny pisarz - Christian, przyjeżdża do stolicy Francji i poznaje piękną kurtyzanę - Satine. Zakochuje się w niej z wzajemnością. Związek jest jednak od razu skazany na niepowodzenie. Na samym początku filmu dowiadujemy się, iż główna bohaterka umarła. Chorowała na suchoty, więc historia miłosna nie miała się happy - end'u. Taki finał mi się spodobał, bo większość produkcji kończy się pozytywnie, także dzieło Baz'a Luhrmann'a było dla mnie miłą odmianą. Oczywiście w owej wzruszającej opowieści, musiał pojawić się również zły charakter - bogaty książę, który chciał, aby kurtyzana była jego własnością. 

Obsada:
Nicole Kidman jako Satine była rewelacyjna! Rola nieszczęśliwej kobiety została odegrana znakomicie. Emocji, które towarzyszyły bohaterce - nie można opisać, bo słowa nie są w stanie wyrazić podziwu dla tak wspaniałego talentu! Głos, ruchy, subtelność – sprawiły, że postać kurtyzany stała się jedną z moich ulubionych kreacji w historii kina. Co więcej, Kidman wyglądała prześlicznie i i mogła jeszcze wówczas ruszać mięśniami twarzy. Szkoda, że artystka postanowiła skorzystać z zabiegów upiększających...
Evan McGregor jako Christian również spisał się doskonale. Tak fantastyczne stworzenie postaci pisarza sprawiło, że Brytyjczyk dołączył do grona szanowanych przeze mnie aktorów. W ,,Moulin Rouge” szczególnie zachwyciły mnie jego sceny śpiewane, były nadzwyczajne.
Jacek Koman jako Argentyńczyk skradł moje serce. Polak godnie reprezentował nasz kraj za granicą. Jestem dumna, że rodzimy artysta wykazał się niezwykłymi zdolnościami aktorskimi w słynnym musicalu. Moment, w którym Koman przedstawił sławną już wersję utworu ,,Roxanne” naprawdę mnie oczarował.
Pozostali aktorzy także wykreowali genialne postaci.

        Mając w pamięci oczarowanie produkcją w przeszłości, spodziewałam się, że po świeżym seansie - będę po raz kolejny zadowolona. Nie myliłam się. Mimo, że film skończył się kilka godzin temu, nadal nie mogę uwolnić się od jego magii. W sieci krążą o nim skrajne opinie. Część społeczeństwa twierdzi, że jest to kiczowaty spektakl, a pozostali uważają, że ,,Moulin Rouge” to arcydzieło. Ja jestem musicalem zachwycona.

       Niewątpliwym plusem dzieła Luhrmann'a byli rewelacyjnie dobrani aktorzy. Bardzo podobało mi się tło produkcji – nakładanie się jednych scen na drugie, ogromny przepych, chaos, ekstaza. Czułam się, jakbym uczestniczyła w środku spektaklu. Ahh... Co ja bym dała, żeby chociaż na chwilę móc zobaczyć na żywo scenografię.. Byłabym taka szczęśliwa, gdybym miała możliwość: zaśpiewania u boku Christiana lub wspólnych pląsów z Argentyńczykiem. Chciałabym choćby na małą chwilę stać się olśniewającą Satine. Cieszyłabym się nawet z niewielkiej i nic nieznaczącej roli statystki. Najbardziej jednak uszczęśliwiłaby mnie wizja zatańczenia kankana ^^
       Dodatkowy atut filmu stanowiły kreacje aktorów. Szalenie zazdroszczę wszystkim paniom, które mogły założyć tak wspaniałe sukienki. Ponadto, wielbię wszystkie piosenki, jakie pojawiły się w spektaklu. Oczywiście moim faworytem stał się utwór ,,El tango Roxanne”. Ciekawe były również przeróbki ,,I will always love you”, ,,Smells like a ten spirit”, ,,Show must go on” czy ,,Like a virgin''.
        Produkcja składała się z interesującej fabuły - zgrabnie doprowadzonej do samego końca. Mimo, iż musical nie należy do grona moich ulubionych gatunków filmowych, ,,Moulin Rouge” sprawił, że przez cały czas trwania seansu, siedziałam z nosem przylepionym do ekranu, nie nudziłam się ani chwili. Często śmiałam się z zabawnych żartów czy wibrowałam na krześle z nieukrywaną fascynacją - w międzyczasie przytupując nogą bądź podśpiewując. Podczas scen finałowych - wzruszyłam się i uroniłam kilka łez. Moja ocena filmu to 10/10.

Uwielbiam tę scenę!!! <3


Znakomity Jacek Koman...


I znany wszystkim klasyk :)

sobota, 27 kwietnia 2013

Kubańskie klimaty

Witajcie!
Dzisiaj zapraszam na post filmowy. Nie mogłam uwolnić się od towarzyszącej mi atmosfery kubańskiej, więc postanowiłam po raz kolejny obejrzeć produkcję ,,Dirty Dancing 2 - Havana nights", którą okazało się, że widziałam po raz ostatni aż 7 lat temu :O Niesamowite... jak ten czas szybko płynie.




     Tytuł: ,,Dirty Dancing 2 - Havana nights"
     Reżyseria: Guy Ferland
     Gatunek: muzyczny, melodramat
     Czas trwania: 1.26 h.
     Rok produkcji: 2004 r.











Fabuła:
      Rok 1958, amerykańska rodzina przeprowadza się do stolicy wyspy – Hawany. Główna bohaterka – Katie, poznaje przystojnego Kubańczyka. Pomiędzy dwójką młodych ludzi rozkwita miłość. Para spotyka się ze sobą w tajemnicy przed rodzicami dziewczyny, którzy nie zaakceptowaliby biednego obcokrajowca jako chłopaka ukochanej córki. Katie namawia Javiera do wzięcia udziału w konkursie tańca. Młodzi ćwiczą wspólne układy w ukryciu. Oczekiwany występ przyciąga liczną publiczność, także rodzinę głównej bohaterki. Jak najbliżsi zareagują na konkursowy taniec Katie z Javierem? Jaki będzie finał znajomości młodej pary? Zachęcam do obejrzenia filmu ;)

Obsada:
Romola Garai jako Katie. Aktorkę zapamiętałam z roli małej dziewczynki w ,,Pokucie”. Zdziwiłam się, kiedy ujrzałam ją na ekranie jako dorosłą już – 21 letnią kobietę. Nie mniej jednak, kreacja Amerykanki przypadła mi do gustu. Szczególnie podziwiam jej umiejętności taneczne, które zrobiły na mnie duże wrażenie, tym bardziej, że dziewczyna uczyła się płynnie poruszać niedługo przed powstaniem ,,Dirty Dancing 2”.
Diego Luna jako Javier. Meksykanin skradł moje serce wcielając się w postać biednego kelnera. Jego nieśmiałe spojrzenia i seksowne ruchy sprawiły, że na mojej skórze pojawiały się dreszcze.
Bohaterowie drugoplanowi: Susie Miller (Mika Boorem), Jeannie Miller (Sela Ward), Bert Miller (John Slattery) oraz James Phelps (Jonathan Jackson) również byli fantastyczni.
Oczywiście muszę pochwalić także grę niezastąpionego Patricka Swayze. Mimo iż aktor pojawił się w filmie zaledwie na kilka minut, stworzył niesamowitą kreację. Nawet krótka scena – przypominająca jego wspaniały talent taneczny, była dla mnie przyjemnością. 

       Moim zdaniem, produkcja niepotrzebnie została zatytułowana ,,Dirty Dancing 2”. Szkoda, że film jest ciągle porównywany z pierwszą częścią, ponieważ ma z nią niewiele wspólnego. Powszechnie jednak wiadomo, że wszystkie kontynuacje - zawsze sprzedają się lepiej niż samodzielne dzieła. Tym bardziej, że ,,Dirty Dancing” jest klasykiem, którego wszyscy znają, więc bazowanie na jego nazwie mogło przynieść twórcom sequela - więcej korzyści w postaci pieniędzy. Tymczasem, wielu ludzi nagminnie zestawia ze sobą obie produkcje, nie zdając sobie sprawy, że jest to niesłuszne posunięcie. Filmy różnią się od siebie miejscem akcji i tłem wydarzeń. Łączy je jedynie temat tańca i twarz Patricka Swayze, którego wykorzystano do reklamowania nowego melodramatu. Myślę, że drugi człon tytułu - ,,Havana nights” zostałby nazwą adekwatniejszą. Obyłoby się wówczas bez okrzyków oburzenia ze strony widzów, bo spojrzeliby oni na produkcję bardziej obiektywnie.

         Aktorzy zostali dobrani do swoich ról idealnie. Warto wspomnieć, że Diego Luna miał podczas kręcenia scen tanecznych 25 lat, czyli był o dekadę młodszy od dojrzałego Patricka Swayze, kiedy ten odnosił sukcesy podczas promocji ,,Dirty Dancing” w 1987 r. Nie lubię zatem porównań obu panów, bo uważam, że wykreowanych przez nich postaci nie powinno się ze sobą zestawiać.
        Mając podstawową wiedzę o historii Kuby, podczas oglądania dzieła Ferland'a, zwróciłam uwagę na inne aspekty niż kilka lat temu, gdy zdecydowałam się zobaczyć film po raz pierwszy. Rok 1958, dostrzegamy bogate dzielnice mieszkaniowe - urzędujących na wyspie Amerykanów. Szydzą oni z tubylców, wyzyskują ich i ignorują. Kubańczycy coraz poważniej myślą o rewolucji, mają dosyć znieważań ze strony sąsiadów. Komuniści, będący w opozycji do panującego rządu, chcą zawalczyć o niepodległe państwo. Latynosi nienawidzą Jankesów i pogłębiających się w kraju nierówności społecznych (bogactwo – skrajna bieda). Finał melodramatu jest spełnieniem marzeń rebeliantów, a zarazem zerwaniem stosunków dyplomatycznych z USA. Amerykanie dostają nakaz opuszczenia wyspy, już nigdy nie będą mogli na nią powrócić. Wydarzenia przedstawione w produkcji oparte są na faktach – nie tylko tło historyczne, ale również losy przystojnego Kubańczyka i młodej Amerykanki. Należy pamiętać, że relacji pomiędzy pokłóconymi państwami nie naprawiono do dnia dzisiejszego. Na wyspie obowiązuje bezwzględny zakaz pojawiania się zarówno polityków jak i turystów posiadających obywatelstwo amerykańskie. Z tego powodu film wyreżyserowany został w Portoryko.
         Bardzo podobała mi się klimatyczna muzyka - towarzysząca najważniejszym scenom ,,Dirty Dancing 2”. Ponadto, nie mogłam oderwać oczu od fantastycznie tańczących par, którzy poruszali się rytmicznie, kołysząc przy tym seksownie biodrami. Z zazdrością spoglądałam na ludzi – bawiących się w klubie ,,La Rosa Negra”, chciałabym, chociaż na chwilę, móc znaleźć się pośród nich. Z radością obserwowałabym Kubańczyków – ich płynne, wyuzdane ruchy. Uwielbiam soundtrack filmowy, uważam, że jest wspaniały i często słucham go na moim mp3, pomimo tego, że nagrywałam go wiele lat temu. Za każdym razem, kiedy znajoma muzyka dociera do moich uszu, czuję przyśpieszone bicie serca. Produkcja należy do grona moich ulubionych dzieł o tematyce latynoskiej, jednak zawsze podkreślam, że kontynuacja ,,Dirty Dancing” nie jest typowym sequelem, bo niewiele cech łączy ją z pierwszą częścią. Oceniam film na 8/10.

Poniżej, najważniejsze i najciekawsze utwory, które odnaleźć można w filmie:


         W wolnym czasie postanowiłam także obejrzeć ,,Dzienniki motocyklowe”. Produkcja również powstała w 2004 r. (na podstawie wspomnień kubańskiego rewolucjonisty Che Guevary).


      

           Tytuł: ,,Dzienniki motocyklowe"
           Reżyseria: Walter Salles
           Gatunek: biograficzny
           Czas trwania: 2.06 h
           Data powstania: 2004 r.










 
Fabuła:
      25 letni Che podróżuje po Ameryce Łacińskiej. We wnętrzu bohatera rozpoczyna się duchowa przemiana. Argentyńczyk, który wybrał studia medyczne, jest wrażliwym chłopcem. Chce pomagać ludziom wyczerpanym i ubogim. Ernesto cierpi, kiedy widzi pogłębiającą się nędzę w państwach latynoamerykańskich. Młodzieniec rozmyśla nad pomysłem zjednoczenia kontynentu, chce likwidacji granic, bo jego zdaniem wszyscy mieszkańcy wywodzą się z jednego plemienia. Mężczyzna nie rozumie obcych najeźdźców, którzy zniszczyli piękną przyrodę, aby zbudować cywilizację. Według niego, na wskutek rozrastania się kultury, tubylcy zostali przytłoczeni postępującą globalizacją.
     Momentem przełomowym w życiu Guevary staje się 3 tygodniowy staż w Peru. Che z niedowierzaniem przygląda się podziałowi wioski, w której ma zamieszkać Po jednej stronie rzeki – żyją lekarze i siostry zakonne, a po drugiej – pacjenci, chorzy na trąd. Młody chłopak sprzeciwia się funkcjonowaniu takiej klasyfikacji. Ernesto nie ma zamiaru stosować się do zasad, dlatego też aby udowodnić swoją wierność i przywiązanie do ludzi potrzebujących pomocy, buntuje się przełożonym. Nie zakłada rękawiczek, a następnie, w ramach protestu, postanawia przepłynąć strumień. Należy pamiętać, że Guevara cierpiał na pogłębiającą się astmę. Bohater potrafił zjednywać sobie przyjaciół, był postacią szczerą i otwartą na różne propozycje.

Obsada:
Gael Garcia Bernal jako Ernesto. Meksykanin fantastycznie wcielił się w rolę Argentyńczyka. Przystojny aktor wspaniale zagrał wrażliwego lekarza, który do końca życia - był wierny swoim ideałom.
Rodrigo De La Serna jako Alberto Granado. Artysta zawładnął moim sercem – realizacją kreacji przyjaciela Guevary. Moim zdaniem, przyćmił on swoją osobą nawet głównego bohatera. Postać Alberto była zupełnym przeciwieństwem Che. Mężczyzna lubił pomagać ludziom pokrzywdzonym przez los, jednak często zmieniał obiekt swoich uczuć, cechowała go energia i szaleństwo. Co więcej, młodzieniec doskonale również tańczył. Warto wspomnieć, że pod koniec filmu, na moment pojawił się także prawdziwy Granado. 82 letni - wówczas staruszek, był obecny przy realizacji produkcji. Przeczytałam, że niestety w 2011 r. zmarł, ale na zawsze pozostał w pamięci społeczeństwa.

          Na początku dzieła Salles'a pojawia się wstęp – kluczowe hasło filmu, ,,Nie jest to opowieść o wielkich ludziach i wielkich czynach. To historia dwóch osób kroczących przez chwilę jedną ścieżką mając wspólne aspiracje i podobne marzenia” - Ernesto Guevara de la Serna, 1952. W związku z przedstawionym cytatem, możemy się spodziewać, że produkcja – będzie przypominała dokument. ,,Dzienniki Motocyklowe” spodobały mi się, były właśnie tym, czego oczekiwałam od reżysera, czyli zbiorem ciekawostek z lat młodzieńczych Che.
      Pozytywnie oceniam dobór aktorów do ról filmowych. Jestem zachwycona wspaniałymi zdjęciami – widok pięknych krajobrazów Peru i Chile, spowodował ogromną tęsknotę za tak cudownymi miejscami w Ameryce Łacińskiej. Marzę o podróży w tamte rejony. Zdziwiłam się jednak brakiem nawiązań do Kuby. W produkcji nie pojawiła się żadne wzmianka o znanej wyspie.
Wiele scen było naprawdę komicznych, podczas seansu filmowego - na mojej twarzy często gościł uśmiech. Jednocześnie wiele momentów skłaniało do refleksji. Największe emocje wzbudziły we mnie sytuacje związane z tańcem. Zachwycona, przyglądałam się pląsającym na parkiecie parom, moją szczególną uwagę - zwróciły balety lekarzy i sióstr zakonnych.
      Dodam, że podczas finałowych scen, uroniłam kilka łez.  Doceniam także muzykę, która jest - według mnie - genialna. Oceniam produkcję 8/10.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Blondynka na Kubie

Siemanko!
Właśnie skończyłam czytać książkę Beaty Pawlikowskiej. Tym razem wybrałam się z nią na Kubę. Niedawno otrzymałam również autograf od pisarki :)



 
         Tytuł: ,,Blondynka na Kubie"
         Autor: Beata Pawlikowska
         Okładka: twarda
         Ilość stron: 304
         Rok wydania: 2012

Fabuła:
     Pawlikowska zwiedza różne miejsca na kubańskiej wyspie. Przedstawia malownicze miejscowości, rozbudzając przy tym moją wyobraźnię i powodując tęsknotę za miejscem, w którym nigdy nie byłam, a zawsze chciałam się znaleźć. Towarzyszą jej: Hiszpan i Anglik – posiadający trudny do zrozumienia akcent. Przygody podróżniczki są ciekawe i pouczające. Tematem przewodnim książki jest odkrycie prawdy o bohaterze narodowym - Che Guevarze. Co spowodowało, że fenomen tej postaci obowiązuje na całym świecie?

       Lektura dostarczyła mi wielu niesamowitych wrażeń, jednak mimo wszystko spodziewałam się ciekawszej treści. Uwielbiam styl pisania Pawlikowskiej, wszystkie jej doświadczenia życiowe zawsze bardzo mnie inspirują, aczkolwiek ,,Blondynka na Kubie” trochę mnie rozczarowała. Mam wrażenie, że autorka umieściła w książce zbyt dużo przemyśleń, które powtarzają się co kilka stron. W innych lekturach również spotkałam się z jej rozważaniami, nie mniej jednak nie były one tak obszerne jak w opowieści o hiszpańskojęzycznej wyspie. 
 
Zacznę od streszczenia historii Kuby.
       Państwo to zostało odkryte przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r., który myślał wówczas, że dopłynął do brzegów Japonii. Podobno po dziś dzień znajduje się tam oryginalny krzyż – przywieziony przez podróżnika z Europy. Wyspa stała się własnością Hiszpanów, Indian wymordowano, a kraj skolonizowano. Na Kubę sprowadzono: Murzynów, Meksykanów i Chińczyków do pracy w polu, skutkiem czego państwo charakteryzuje się różnorodnością kulturową. Ze znanej wyspy wywodzą się słynne tańce: salsa, rumba, mambo. Oryginalne brzmienie kubańskiej muzyki (pomieszanie rytmów latynoskich, afrykańskich i hiszpańskich) jest cechą tego państwa.
       Następnie kraj na krótki okres czas przejęli Anglicy. Potem wyspa powróciła do Hiszpanów, a później wywalczyli ją Amerykanie. Kubańczycy czuli się uwięzieni we własnym państwie. Wielu młodych chłopców (żyjących nie tylko na wyspie, ale także w całej Ameryce Łacińskiej) głosiło hasła rewolucji. Najbardziej znanym buntownikiem przeciwko niespokojnej sytuacji w kraju został Latynos - Ernesto Guevara.
     Kultowa kubańska postać przeprowadzała się (będąc dzieckiem) aż 5 razy w różne rejony Argentyny. Rodzina Guevary mieszkała w wielu zakątkach świata, jeden z wujków był cenionym korespondentem wojennym podczas wojny domowej w Hiszpanii. Lata młodzieńcze ukształtowały charakter małego Ernesto. Chłopiec często chorował, miał astmę. Jego pasją stały się książki - podróżnicze i filozoficzne. Guevara rozpoczął studia, które szybko ukończył, otrzymując dyplom lekarza. Młodzieniec był bardzo zdolny, egzaminy z 5 lat – zdał w ciągu kilku miesięcy. Co ciekawe, Ernesto został medykiem z powołania. Postrzegano go jako osobę wrażliwą na los ludzi biednych i cierpiących z powodu dolegliwości fizycznych. Jako dwudziestolatek przejechał na motorze Amerykę Południową. Podczas tej podroży - zwiedzał świat, odbywał praktyki i udzielał pomocy potrzebującym. Guevara buntował się przeciw niesprawiedliwościom losu. Intuicja skierowała go w kierunku Kuby. Przypłynął na wyspę na statku w roli lekarza. Po wyjściu na ląd, żołnierze zaatakowali rewolucjonistów, którzy uciekając podzielili się na 3 grupy. Pierwszym zespołem kierował Fidel Castro, drugim jego brat Raul, a trzecim Ernesto – trzymający 2 pakunki (pudełko z amunicją i worek z lekami). Mężczyzna nie mógł udźwignąć dwóch paczek równocześnie i musiał wybrać, który sprzęt zdecyduje się nieść dalej. Zwyciężył w nim duch wojownika i Guevara porzucił lekarstwa. Chwilę później strzelono w jego stronę, ale kula utknęła w pojemniku z nabojami. Uznano to za znak od Boga, bo przecież gdyby Ernesto zdecydował się zabrać ze sobą środki lecznicze – nie przeżyłby postrzału. 
   
      Powyższy krótki opis podsumował ok. 90 stron książki.. Dopiero później Pawlikowska zaczyna relacjonować własne przygody. Nie mniej jednak, niedokończony wątek najsłynniejszego kubańskiego rewolucjonisty mnie zawiódł. Skoro autorka poświęciła pamięci jego historii – obszerną część lektury, powinna wyjaśnić dalsze losy Guevary, a nie.. zakończyć je w najważniejszym momencie. 

Dla zainteresowanych dopiszę ciekawostki o Ernesto.
       Wojownik o wolność kraju - był bardzo kochliwy, miał 6 dzieci i 2 żony. Zmarł w Boliwii przed swoimi 40 urodzinami. Została na nim dokonana egzekucja. Po złapaniu partyzanta, postrzelono go kilkukrotnie. Moim zdaniem, najważniejsza informacja związana jest jednak ze znanym przydomkiem Guevary - ,,Che”. Ernesto zyskał takie przezwisko, gdyż przywoływał swoich kolegów - zwrotem ,,Che”! Ten okrzyk używany jest często w Ameryce Południowej. 

      Podróżniczka stara się zrozumieć i wytłumaczyć postępowanie najsłynniejszej kubańskiej postaci. Twierdzi, że mężczyzna chciał zbudować idealny świat pozbawiony niesprawiedliwości, gdzie każdy obywatel będzie miał wszystkiego tyle samo, co jego kolega, bo zapanuje wszechobecna równość. Pawlikowska nie pochwala systemu komunistycznego, który został wdrożony na wyspie tuż po rewolucji. Pisarka twierdzi jednak, że nazywanie Guevary - mordercą jest niewłaściwe, ponieważ ostatecznie doprowadził on do niepodległości państwa. 
     Autorka zarysowała jeszcze pokrótce sylwetki: Jose Marti - pierwszego kubańskiego rewolucjonisty (jego pomniki i popiersia zdobią cały kraj), Fidela Castro i pisarza Ernesta Hemingwaya (spędził na wyspie część swojego życia). Ponownie zabrakło jednak konkretnych wiadomości o tych historycznych postaciach. Pawlikowska nie zdecydowała się wyjaśnić fenomenu sławnych osobistości, po raz kolejny musiałam poszukać ciekawszych informacji w Internecie.

     Egzystencja na Kubie zdecydowanie różni się od znanego nam życia w Polsce. W hiszpańskojęzycznym państwie panuje bieda, ale ludzie na nią nie narzekają, bo cieszą się najmniejszym drobiazgiem. Obywatele mają zagwarantowaną pracę, bo komunizm = brak prywatyzacji, co oznacza, że obowiązkiem kraju jest zapewnienie każdej jednostce zajęcia. Kubańczycy mieszkają w domach, które nie należą do nich, lecz do republiki (ta sytuacja w ogóle im  nie przeszkadza). W szkołach dzieci dostają darmowe obiady, a żywność wydzielana jest społeczeństwu na podstawie kartek - funkcjonującym również lata temu w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Pawlikowska opisuje także swoje spotkania z tubylcami – ich wygląd, zachowania, zwyczaje.

       Szczególnie poruszająca jest historia zagranicznych relacji pomiędzy USA a Kubą. Rządy obu państw są uparte, zerwały ze sobą stosunki dyplomatyczne. Kiedy Amerykanie przyjeżdżali na sąsiednią wyspę w celach turystycznych (przy okazji wyzyskując biednych Kubańczyków i eksploatując ich ziemię), Latynosi musieli cierpliwie znosić upokorzenia ze strony Jankesów. Natomiast w momencie odzyskania przez Kubę niepodległości, Amerykanie nie chcieli udzielić pomocy sąsiadom, którzy tak liczyli na ich wsparcie. Niezależny kraj nie był już potrzebny bogatym Jankesom. Fidel Castro jest jednym z z ostatnich bojowników o wolność wyspy. Czy po jego śmierci dojdzie do ocieplenia stosunków między państwami? Przekonamy się o tym w przyszłości.. Obecnie - sytuacja na zachodniej półkuli jest napięta. USA zabroniły swoim obywatelom wyjazdów na Kubę, nawet drogami okrężnymi przez inne państwa Ameryki. W przypadku niekonsekwencji, nieposłuszne jednostki zostaną ukarane grzywną bądź nawet więzieniem. Jankesi objęci są również zakazem importowania wszystkich produktów z wyspy (nie mogą otrzymać nawet najmniejszych pamiątek). Co ciekawe, USA odebrały Kubie kawałek lądu i same, bez konsultacji z tubylcami, wyznaczyły specjalny obszar ziemski przy Morzu Karaibskim, na którym zbudowały słynne już więzienie Guantanamo. W tym przerażającym miejscu, Amerykanie przetrzymują w zatrważających warunkach jeńców - pochodzących głównie z państw muzułmańskich. Więźniowie są zastraszani, strażnicy znęcają się nad nimi fizycznie i psychicznie. Guantanamo jest obozem koncentracyjnym. Zakład funkcjonuje niezgodne z prawem. Najmłodszy ze skazanych jeńców miał 13 lat, a najstarszy 98. Proces transportowania więźniów do cel odbywa się bez przeprowadzenia wyroków sądowych. Osadzonym nie przysługuje adwokat, co powoduje sprzeciw społeczeństwa i krytykę ONZ-u. Amerykanie głoszą hasła równości, wolności, demokracji i obowiązku pomagania tym, którzy potrzebują wsparcia. Szkoda, że wyznawane przez nich zasady, nie dotyczą ich samych. USA obiecują zamknięcie obozu. Niestety ich słowa nic nie znaczą, bo Guantanamo ciągle istnieje. Nawet zapowiedź Obamy w 2009 r. o zlikwidowaniu więzienia była tylko mrzonką, mającą na celu pozyskanie sojuszników – chętniej oddających na niego głos w wyborach. Dla Amerykanów liczą się tylko własne korzyści. Jeśli proszący o pomoc kraj - nie posiada żadnych istotnych surowców, USA nie są zainteresowane udzieleniem państwu wsparcia. Kubańczycy nie mogąc pozbyć się z własnej wyspy nieprzyjaciela, postanowili sprytnie wykorzystać ich obecność – podróżnikom, chcącym ujrzeć Guantanamo, pozwalają je zobaczyć za opłatą przez lunetę.

     Na wyspie każde zdarzenie jest przypadkowe, zawsze szybko znajdzie się jakaś przyjazna osoba, która udzieli wskazówek zagubionemu turyście, wskaże właściwą drogę do celu. Kubańczycy aby przeżyć, muszą nauczyć się kombinować, szukają najprostszych rozwiązań. Warto wspomnieć, że ludzie wynajmujący pokoje przyjezdnym, po wcześniejszym zgłoszeniu zamiaru dzierżawy do rządu - zobowiązani są do odprowadzenia z tego zarobku podatku dla państwa. Jeśli tubylcy nie będą działać zgodnie z prawem, państwo może im odebrać dom, który i tak nie jest ich własnością prywatną – lecz kraju. Co ciekawe, niewielu Kubańczyków zna właściwości Internetu.
 
      Książka ma kilka minusów. Najbardziej rozczarował mnie brak podróżniczych zdjęć. Autorka dokładnie opisywała, co widziała, jednak nie potrafiłam sobie wyobrazić np. kubańskiego autobusu Camello, więc zmuszona byłam skorzystać z pomocy wujka Google (p.s. wygląd tego pojazdu mnie ogromnie zdziwił :D). Często włączałam Internet w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania zawarte w lekturze i pozostawione bez odpowiedzi.
      ,,Blondynka na Kubie” jest ciekawą książką, jednak denerwowało mnie zbyt wiele przemyśleń podróżniczki. Pawlikowska przez znaczną część lektury porównywała system komunistyczny panujący na wyspie z tym, który istniał w naszym kraju w czasach PRL-u. Autorka jedynie zarysowała sylwetki kilku ważnych - kubańskich postaci, nie dokończyła ich opisów, a szkoda, bo życiorysy tych osób były naprawdę barwne i imponujące. Książka momentami nużyła, szczególnie jej początek, fabuła nabrała tempa dopiero po 90 stronie. Pomimo, że objętość lektury nie była mała, zabrakło w niej wielu ważnych informacji. Jeśli ktoś poszukuje typowego dzieła opowiadającego o kulturze kubańskiej, propozycja dziennikarki nie zagwarantuje mu oczekiwanej wiedzy. Uważam, że pisarka ma w swoim dorobku ciekawsze książki. Nie mniej jednak, lektura dostarczyła mi rozrywki, której potrzebowałam. 5 lat temu - na studiach, uczęszczałam na zajęcia poświęcone krajom Ameryki Łacińskiej. Niestety nauczyciel prowadził nudne lekcje, nie zaraził mnie pasją do hiszpańskojęzycznych państw. Najważniejsze dla prowadzącego lektoraty - były cotygodniowe, szczegółowe wejściówki (głównie z nazwisk i dat). Musieliśmy czytać opasłe tomiska - być może napisane w sposób interesujący, ale nie mieliśmy czasu na ich zrozumienie, ani tym bardziej na czerpanie z nich przyjemności. Dzięki stresującym, szkolnym wykładom, moje zamiłowania do krajów latynoskich zostały zepchnięte na drugi plan. Cieszę się, że książka Pawlikowskiej pozwoliła mi spokojnie rozkoszować się klimatami kubańskimi. Powrót do kultury hiszpańskojęzycznych państw uważam za udany. Moja ocena wobec ,,Blondynki na Kubie” to 6.5/10.

A tymczasem pozostając w klimatach kubańskich :D

piątek, 19 kwietnia 2013

Zdobycze

Jako, że ostatnio nazbierało mi się trochę moich darmowych zdobyczy, postanowiłam się nimi pochwalić :)

Kilka pamiątek po Międzynarodowych Targach Turystycznych :

Magnes


Opaska


Ołówek


Inne:                                                                 
Everyday:


Proszki do prania Concertino:


 Vichy z aptek


Yves Rocher


Rossman



Kosmetyki Oriflame (facebookowy konkurs MTT)


Koszulka od filmweb
Przód


 Środek


 Tył



 Książki: 
czasdzieci (Opowieści Pana Rożka, Pitu i Kudłata idą na całość, Lamelia Szczęśliwa i Porwanie krewetki)
filmweb (Polska na filmowo)
students (Powracający głód)
portalmedialny (Błogosławione kwiaty Jana Pawła II)
Międzynarodowe Targi Turystyczne ( Naga Asu)


A jakie są Wasze najfajniejsze zdobycze ? :)

środa, 17 kwietnia 2013

Naga Asu

Siemanko!
        Tuż przed Międzynarodowymi Targami Turystycznymi we Wrocławiu, było na fanpage MTT wiele ciekawych konkursów. Wygrałam dwa z nich. Pierwszą otrzymaną nagrodą były kosmetyki Oriflame w oryginalnej torebeczce, a drugą - książka podróżnicza ,,Naga Asu". 


  


          Tytuł: ,,Naga Asu"
          Autor: Konrad Wilk
          Okładka: Miękka ze skrzydełkami
          Ilość stron: 216
          Rok wydania: 2011
Fabuła:
         Autor wspomina swoje wędrówki, siedząc w świątyni u zaprzyjaźnionego mnicha w Kambodży (w biednej wsi). Dla Wilka najważniejszą kwestią w podróży - jest spotykanie tubylców, dzięki którym potrafi zrozumieć różnice kulturowe w poszczególnych krajach. Będąc w hotelu, czy znajdując się wśród zorganizowanej grupy turystycznej, pisarz nie doświadczyłby nigdy tylu przygód, nie znalazłby swojego ego. Autor dokładnie opisuje: Kambodżę, Indie, Nepal, Bangladesz i Birmę, a o Kenii Etiopii i Tajlandii przedstawia krótkie wzmianki. 
 
        Książki nie czyta się jednym tchem (nie została napisana prostym, zrozumiałym językiem jak np. u Beaty Pawlikowskiej). ,,Nagą Asu” trzeba dawkować! Nie jest to opowieść z którą szybko minie czas podczas leniwych wieczorów. Kartkując lekturę, trzeba wytężyć wszystkie komórki mózgowe - pobudzić je do rozważań, analizy. Dzieło Wilka nie należy do grupy typowych książek turystycznych. ,,Naga Asu” oprócz opisów państw, posiada również myśli metafizyczne pisarza – autor szuka prawdy o sobie samym i ją znajduje. Podróż w głąb siebie zostaje zakończona powodzeniem. 
      Historie Wilka byłyby świetnym scenariuszem do powstania filmu kryminalnego. Ciężko uwierzyć, że pisarz biorący udział w wielu, niebezpiecznych wydarzeniach - nadal żyje i to głównie szczęście i jasność umysłu pomogły mu przetrwać.
      Przez pierwsze 20 stron lektury, przebrnęłam z trudem. ,,Naga Asu” składa się z fragmentów pisanych czcionką standardową (opowieści podróżniczych) i kursywą (przemyśleń autora). Długo nie mogłam przyzwyczaić się do oryginalnego stylu literackiego Wilka, ponieważ momentami był to język bardzo rozbudowany, wręcz poetycki. 
        Powtarzające się motto w książce, zawierało słowa kambodżańskiego mnicha: ,,Dowiesz się w swoim czasie, a to jeszcze nie ten czas". Celem pisarza było odnalezienie prawdy życiowej, chciał ją uzyskać poprzez wspominanie podróży i medytacje. We wnętrzu autora dominował chaos, którego Wilk chciał się pozbyć.
 
        Z każdą kolejną stroną lektury, byłam nią coraz bardziej oczarowana. Kończąc książkę, doszłam do wniosku, że przez całe życie nie otrzymałam tylu ciekawych informacji o Azjatach - ich kulturach, religiach, tradycjach. Szkoła czy media nie dostarczyły mi takiej wiedzy, a szkoda. ,,Naga Asu” skłoniła mnie do wielu refleksji..
       Odwiedzone przez Wilka państwa, łączy jedna wspólna cecha – bieda. Ludzie, którzy mieszkają na Dalekim Wschodzie, żyją w skrajnej nędzy. Pomimo tego, że tubylcy mają piękne terytoria, wspaniałe turystyczne atrakcje (często oznaczone patronatem Unesco) - większość z nich bytuje za mniej niż 1 dolara dziennie. Cieszę się, że urodziłam się w Polsce. Wiem, że nie mam prawa narzekać, bo życie w Azji to walka o przetrwanie, nieśmiała prośba o kolejny dzień egzystencji. Jednak pomimo wielu nieszczęść, społeczeństwa tam mieszkające - są szczęśliwe. Cieszą się każdą dobą, członkowie różnych rodzin - bardzo serdecznie goszczą autora i traktują go jak brata.
       Pisarz wielokrotnie spojrzał śmierci w oczy (często na własne życzenie). Wilk nie sprawdzał dokładnie terminu ważności wizy, głodował, był ,,na muszce” rebeliantów, widział tuż przed sobą węże, lwy, nosorożce... Dzięki jego opowieściom zapamiętałam, że wyruszając w nieznane – należy mieć zawsze przy sobie wszystkie pieniądze (głęboko schowane) oraz szczegółowo obejrzaną wizę. Trzeba o tym pamiętać podczas organizowaniu wycieczek w przyszłości :) 
 
        Historie Wilka bardzo mnie poruszyły. Najbardziej zaszokowała mnie kultura hinduska. Sporo wiedziałam o Indiach, jednak ciągle za mało... Ten bollywoodzki kraj - zamieszkały przez 1,5 miliarda ludzi, to państwo pełne nierówności społecznych. Przeraziła mnie religia, która dzieli tubylców na 5 kast. Hindusi wychodzą z... poszczególnych członków Najwyższego. Ostatnia, 5 – najgorsza sfera wyłania się z odchodów najważniejszego bóstwa. O osobach będących w tej kaście mówi się ,,niedotykalni” - nie mają oni żadnych praw, są traktowani jak gówno (z którego podobno się wywodzą). Nie mogą przejść do wyższej strefy. 
       Hinduskie kobiety są w swoim kraju – nikim. Najpierw należą do ojca, potem do męża, a następnie do synów. Tuż po pierwszej miesiączce (zazwyczaj przed 14 rokiem życia) zostają wydane za mąż, a małżeństwa aranżują rodzice. Często dziewczynki nie znają swoich ślubnych, bo są od nich o wiele lat młodsze. Ich jedynym poważnym zadaniem jest urodzenie dzieci. W czasie ciąży nie mogą wychodzić z domu, w których pełnią rolę gospodyń. Kiedy mają okres, nie wolno im dotknąć żadnego mężczyzny (bo są nieczyste). Zazwyczaj małżonek umiera pierwszy, kobiety pozostają same. I wówczas dalszy los Hindusek zależy od rodziny poślubionego. Przeważnie są one wypędzane i obarczane jarzmem klątwy. Czekają na śmierć. Do niedawna, wdowy palono na stosie razem ze zmarłym mężem. Na szczęście, (podobno) te czasy już się skończyły. Dziewczyny odbierają porody, bo przy nich ma się styczność z krwią, która jest nieczysta. Kobieta uzależniona są od mężczyzny, bo tak nakazuje religia. Płeć żeńska jest wg kultury hinduskiej klęską dla mężczyzn.
        Dziwnym zwyczajem jest palenie martwych ludzi przy świętej rzece Ganges, do której następnie wsypuje się prochy zmarłych. W tej wodzie codziennie kąpią się dorośli, pływają dzieci. Można tam znaleźć różne śmieci z włączeniem... fekalii krów – również taplających się w znanej rzece. Mućki  uznawane są w Indiach za święte. Kiedy idą prostą drogą, samochód musi poczekać, aż krowa przejdzie dalej. Czasem trwa to bardzo długo, należy być cierpliwym, bo krowy nie wolno pośpieszać – nawet poprzez krzyknięcie. Łaciate zwierzęta mają w kraju większe prawa niż ludzie, są ważniejsze niż kobiety. W Indiach czci się również szczury. Istnieje specjalna świątynia tych gryzoni, to miejsce chce zobaczyć każdy turysta. 
        Kolejną, kontrowersyjną hinduską tradycją są urzędujące w państwie Kumari. Podczas castingów - młode dziewczyny zostają wybierane do pełnienia funkcji królowych. Dzieci, które wygrają eliminacje, umieszczone są w świątyniach (biednych ruderach) i tam mieszkają - odwiedzane przez pielgrzymów do momentu uzyskania pierwszej miesiączki, kiedy to stają się nieczyste. Następnie, wyrzuca się je na bruk i zastępuje nowymi Kumari. Skąd wziął się ten dziwny zwyczaj? Pewien hinduski władca, który miał 5 żon i wiele dzieci, postanowił zorganizować przyjęcie. Ostatnimi czasy, bardzo mu się nudziło (żadnych wojen, nowych małżonek), więc postanowił urozmaicić swoje monotonne życie. Nagle zobaczył przez okno piękną dziewczynkę o kobiecych już kształtach. Okazało się, że jest to córka biednego złotnika, który pobladł na samą myśl o niecnych zamiarach władcy wobec jego dziecka. Wielka feta w pałacu udała się! Wszyscy bawili się znakomicie, oprócz owej 11letniej dziewczyny (o imieniu Kumari). Była ona gwałcona całą noc przez swojego zwierzchnika i zmarła nad ranem. W tym samym czasie, piąta żona władcy - urodziła mężowi kolejne dziecko, pierwszą córkę. Uznano to za cud, bo do tej pory starszy rządzący miał tylko synów. Wzruszony zaistniałą sytuacją mężczyzna, znalazł wytłumaczenie niespodziewanego wydarzenia. Najpierw polecił, aby przyniesiono zwłoki Kumari, owinięte w zakrwawione prześcieradło. Następnie oświadczył, że zmarłe dziecko postanowiło dać z siebie ofiarę, aby mogła się narodzić córka władcy! Wszyscy poddani oczywiście mu uwierzyli, oprócz ojca Kumari, który zwariował z rozpaczy. Szczęście barbarzyńcy nie trwało długo. Rok (a może 2?) po tym szokującym zdarzeniu, na pałac najechały wojska nieprzyjaciół, zabiły one całą rodzinę i świtę rządzącego. Na pamiątkę tej smutnej (dla większości radosnej...) chwili – śmierci dziewczynki, wybiera się w Indiach bogini Kumari, która jest uważana za świętą do momentu pojawienia się u niej pierwszej krwi. 
        Ostatnim, wspomnianym w książce dziwnym zwyczajem jest porywanie chłopców i pozbawianie ich całej męskości. Po tym okrutnym zabiegu, oszpeceni mężczyźni nazywani są ciotami. W dalszej części życia, okaleczone osoby wpraszają się na różne uroczystości, przebierają za kobiety i tańczą. Szantażują gospodarzy i grożą, że jeśli nie dostaną pieniędzy lub nie zostaną spełnione ich zachcianki, porwą (przykładowo) pana młodego i wcielą go do swojego grona.

            Na finalnych stronach lektury, autor dosadnie krytykuje pomoc międzynarodową. Podpiera się różnymi danymi statystycznymi, książkami i przykładami z życia. Na zagranicznej pomocy bogacą się tylko osoby pracujące w znanych organizacjach (których obowiązuje podpisana umowa - nie wyznawania tego co dzieje się wewnątrz instytucji) i władcy autorytarnych krajów, powiększających swoje wielomilionowe, często miliardowe konta walutowe. Obszar biedy w krajach trzeciego świata - pogłębia się coraz bardziej, rebelianci buntują się, nie chcą przyjmować wsparcia od ,,przyjaciół". Do najuboższych dociera tylko 1 procent obiecanej pomocy z zewnątrz. Poziom cierpienia i agresji wzrasta. Zachód (w szczególności USA), obdarował nieświadome państwa wolnością, uwolnił od kolonializmu - ale tylko pozornie, bo jednak uzależnił od siebie i swojej pomocy. Najpopularniejszą formą wsparcia są pożyczki udzielane za nic, z których narastają coraz większe odsetki.

       W zakończeniu, pisarz wyjaśnia, skąd zaczerpnął pomysł na tytuł książki. Wilk zaraża pasją podróżowania. Czytelnik chce wybrać się z nim na wycieczkę do Azji i poznawać wszystkie kultury. Mam nadzieję, że autor napisze więcej ciekawych lektur o swoich wyjazdach, bo uważam, że jedna pozycja to stanowczo za mało. Jako, że uwielbiam dzieła o tematyce turystycznej, każda kolejna książka jest dla mnie wielką radością. Przyznam, że o ,,Nagiej Asu” nigdy wcześniej nie słyszałam. Nie znałam również podróżnika – Konrada Wilka, dlatego bardzo cieszę się z wygranej lektury, bo dzięki niej mogłam uzupełnić swoją wiedzę historyczną, geograficzną i kulturową. 
 
          Książka miała jednak również kilka minusów. Przeszkadzało mi niedopasowanie zdjęć do tekstu. Kiedy czytałam o Kambodży, przed moimi oczyma znajdowały się obrazki z Bangladeszu itd. Musiałam zatem szukać ilustracji - adekwatnych do aktualnie widniejących treści. Szkoda, że nie były one umieszczone po każdym omawianym państwie jako podsumowanie, tylko trochę pomieszane. Dodatkowo, drażnił mnie często język autora - bardzo osobisty. Zdarzało się, że fragmenty pisane kursywą, musiałam czytać kilka razy - aby zgadnąć, co Wilk miał na myśli. Podsumowując moje zbyt długie pewnie wywody, polecam książkę każdemu. Stawiam lekturze ocenę 8/10.

piątek, 12 kwietnia 2013

Kwiatki błogosławionego Jana Pawła II

Hej! Ostatnio udało mi się wygrać w konkursie internetowym książkę, postanowiłam ją od razu przeczytać.





           Tytuł: ,,Książki błogosławionego Jana Pawła II"
           Autor: Janusz Poniewierski
           Rok wydania: 2011
           Okładka: twarda
           Ilość stron: 188


    
     Lektura została podzielona na 4 rozdziały (Świecki, Ksiądz, Biskup i Papież) + przedmowę. Książkę czyta się bardzo szybko, ponieważ napisano ją językiem prostym w formie anegdotek i ciekawostek. ,,Kwiatki Błogosławionego Jana Pawła II” to wydanie kieszonkowe, ale druk nie męczy oczu, bo strona graficzna została ciekawie zaprojektowana, charakterystyczne są żółte kartki. Uważam, że ciekawym pomysłem było zamieszczenie na każdej stronicy małego kwiatka, który na początku opowieści jest pączkiem, a poprzez kolejne części lektury rośnie, po to by na koniec stać się rozwiniętą roślinką. Myślę, że ten kwiat jest alegorią życia każdego człowieka – rodzimy się pod postacią małego zarodka, z każdym dniem rozwijamy się coraz bardziej, ale zawsze musi nastąpić kres egzystencji, więc zaczynamy się pomału starzeć i usychać, ostatecznie - całkiem się obsypiemy i znikniemy z tej ziemi. 
      Książką jestem zachwycona. Z chęcią przeczytam kolejne propozycje o papieżu. Dzień jego śmierci pamiętam bardzo dobrze, to niesamowite jak polskie społeczeństwo umiało się wtedy zjednoczyć. Jan Paweł II to osoba, którą zawsze będę podziwiać. Cieszę się, że wygrana lektura dostarczyła mi wielu cennych informacji z życia Karola Wojtyły, będącego dla mnie autorytetem. 
       Lektura uświadomiła mi jak ubogą miałam do tej pory wiedzę na temat tej historycznej postaci, która pilnowała porządku całego świata. Papież interesował się nie tylko problemami kościoła, ale przede wszystkim całego społeczeństwa. Dowiedziałam się, że Jan Paweł II w wieku 9 lat stracił swoją matkę, a niedługi czas później jedynego brata. Kiedy Wojtyła skończył etap bycia nastolatkiem, zmarł jego ostatni, najbliższy krewy – ojciec. Jestem pełna podziwu dla jego postaci, nieliczne osoby mają tak silną osobowość, a ich priorytetem jest chęć czynienia dobra.
      ,,Kwiatki błogosławionego Jana Pawła II” postrzegam bardzo pozytywnie. Podczas czytania książki, targały mną różne emocje: wielokrotnie przetarłam ze zdumienia oczy - dowiedziawszy się o nieznanych mi wcześniej przygodach naszego rodaka, kilka razy zapłakałam nad losem młodego Karola, często śmiałam się – wyobrażając sobie żartującego papieża, bo Wojtyły nigdy nie opuszczał dobry humor.
       Książkę polecam wszystkim osobom, których interesują kwestie religijne i historia; lektura dostarcza silnych wzruszeń. Moim zdaniem Jan Paweł II był jedną z najważniejszych postaci na arenie światowej, więc warto znać jego życiorys. ,,Kwiatkom błogosławionego Jana Pawła" przyznaję ocenę 9/10, ponieważ uważam, że 3 historie zawarte w pozycji są raczej nie realne, traktuję je jako legendy. 

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Intruz - film

Hejka!
        Pochwalę się cudownym weekendem we Wrocławiu ^^ W czwartek uczestniczyłam w koncercie Comy, a wcześniej na spotkaniu z zespołem w empiku. Odebrałam również swoje nagrody, które otrzymałam w wyniku wygranych konkursów na fanpage Międzynarodowych Targów Turystycznych: książkę podróżnika i kosmetyki Oriflame (tusz do rzęs, 2 mydełka, żel pod prysznic, krem do ciała i gąbeczka).
      W sobotę wybrałam się na wspomniane targi turystyczne, brałam udział w wykładzie Beaty Pawlikowskiej i Wojciecha Cejrowskiego, było super! Nie odbyło się bez autografów i zdjęć. Dodatkowo nazbierałam ze wszystkich stoisk mnóstwo przewodników, map, smyczy, pocztówek, płytę dvd, magnes i ołówek. W Arkadach Wrocławskich spotkałam Pawła Małaszyńskiego :) 
          Postanowiłam również udać się do kina. Był to piątek - a w Polsce miała miejsce premiera ,,Intruza”. Książkę, na podstawie której nakręcono film, czytałam 3 lata temu. Lekturę przekartkowałam jednym tchem, bardzo mi się podobała. Co prawda, miała ona ok. 600 stron, ale nie było to dla mnie żadną przeszkodą, ponieważ na uczelni trwała akurat sesja, a ja skończyłam właśnie czytać słynną sagę ,,Zmierzch”. Widząc zapowiedź wyczekanej produkcji - zdecydowałam, że powinnam zobaczyć niezwłocznie adaptację ,,Intruza” na dużym ekranie.





                      Tytuł: ,,Intruz"
                      Reżyseria: Andrew Niccol
                      Rok produkcji: 2013
                      Gatunek: Sci - Fi,  thriller, romans
                      Czas trwania: 2.5 h

Fabuła:
         Daleka przyszłość. Na ziemi pozostaje jedynie kilku ludzi, którzy ukrywają się przed obcymi przybyszami z innych planet. Nieznajomi są duszami, które przejmują ciała napotkanych obywateli. Po udanym zabiegu otrzymania ziemskich sylwetek, ponownie wskrzeszone do życia osoby, otrzymują nowe – świecące oczy. Dusze uważają, że dzięki ich decyzjom – świat jest lepszy (panują wszechobecne: uczciwość i zaufanie, nikt nie potrzebuje pieniędzy bo wszystko jest za darmo).
        Melanie ucieka przed nieprzyjaciółmi. Nie chce, aby ktoś przejął jej kształty, więc decyduje się na samobójczy skok z okna. Dziewczynie udaje się przeżyć, lekarze w jej ciało wszczepiają duszę – Wagabundę. Melanie nie potrafi przyzwyczaić się do nowej towarzyszki w swojej skórze. Czy uda jej się pozbyć Wandy? W jaki sposób na tę nową sytuację zareagują jej brat i chłopak? Dowiecie się tego, oglądając film :)

Obsada:
Saoirse Ronan jako Melanie (Wagabunda). 18 letnia aktorka nieźle poradziła sobie ze swoją pierwszą, większą rolą. Pamiętam ją z kreacji małej Briony z melodramatu ,,Pokuta" i już wtedy zwróciłam na nią wzmożoną uwagę. Będę uważnie śledzić jej filmową karierę.
Max Irons jako Jared Howe. Artysta jest synem znanej angielskiej gwiazdy - Jeremy'ego Ironsa. Chłopak starał się zagrać swoją postać najlepiej jak potrafił, jednak po zakończonym seansie, byłam w stanie zapamiętać jedynie jego ładną buzię.
Jake Abel jako Ian O'Shea. Przystojny aktor - wcielając się w rolę Jake, zyskał moją sympatię. Jego występ oceniam bardzo pozytywnie.
Z największym zainteresowaniem śledziłam kreacje drugoplanowe: Łowczyni (Diane Kruger), Maggie (Frances Fisher), Jeb'a (William Hurt). Gra znanych aktorów przyćmiła role młodszych artystów. W ich zachowaniu można było zauważyć klasę i doświadczenie sceniczne, czego brakowało głównym bohaterom. 

        Mam wobec filmu mieszane uczucia. Trochę się jednak zawiodłam na ekranizacji ,,Intruza”, liczyłam na ciekawszą adaptację książki pod postacią produkcji. Uważam, że Emiliy Browning zupełnie nie pasowała do roli Pet. Aktorka pojawiła się w thrillerze tylko na kilka minut, ale kreacja, którą stworzyła nie spodobała mi się. Według mnie, minusem była również długość filmu. Trwał on ponad 2 h i momentami nudził. Niektóre sceny były świetnie wyreżyserowane i przyczyniały się do szybszego bicia serca, ale wiele ujęć było jednak żenujących i niepotrzebnych. Plusem produkcji był soundtrack, który pozytywnie mnie zaskoczył. Do gustu przypadły mi pięknie ujęte krajobrazy, które ratowały jakość produkcji. 
      Podsumowując, moim zdaniem ,,Intruz” to średni film. Myślę, że zmarnowano ciekawy potencjał książkowy. Dzieło Niccol'a jest nijakie i obawiam się, że zostanie szybko zapomniane przez publiczność. Aczkolwiek nie żałuję, że wybrałam się do kina na ten seans :) Moja ocena thrillera to: 6.5/10.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Pięćdziesiąt twarzy Greya

 Witajcie!
        Mam na imię Alicja. Od dawna czytam Wasze blogi, w końcu pomyślałam, aby założyć również własną stronę. Nie wiem, jak długo będę miała ochotę pisać swoje przemyślenia, ale mam nadzieję, że stanie się to dla mnie świetną zabawą przy której się zrelaksuję :) W pierwszej notce postanowiłam wypowiedzieć się na temat słynnej lektury...

     Właśnie skończyłam czytać najgłośniejszą książkę ostatnich lat o tematyce erotycznej. W związku z tym mam do Was małą prośbę. Jeśli ktoś dał radę przebrnąć przez tom 2 i 3, niech napisze mi (proszę) chociaż w kilku zdaniach, co działo się w tych lekturach. Myślałam, że opowieść o Grey'u jest jedną częścią, a tymczasem okazało się, że powstały również kontynuacje... Przez kilka dni męczyłam się z pierwszym tomem, tylko po to by poznać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, które prawdopodobnie zostały umieszczone w ,,Ciemniejszej stronie Grey'a” i ,,Nowym obliczu Grey'a”. Rozpoczynając serie książkowe, zawsze musiałam przeczytać wszystkie lektury wchodzące w jej skład, bez względu na to czy byłam zachwycona czy też nie (tak samo zachowuję się w stosunku do filmów). Dzieło E. L. James reklamowane jest jako m.in. hipnotyzujące, uzależniające, szokujące, zaskakujące, kontrowersyjne itp. Nie zgadzam się z żadnym z tych stwierdzeń. Po przeczytaniu pierwszej części trylogii, poczułam ogromne znużenie i niesmak. Nie mam chęci zapoznawać się z kolejnymi tomami. Jeśli ktoś czytał dalsze części trylogii, proszę aby dał mi znać, jakie były dalsze losy związku Anastazji i Grey'a oraz wyjaśnił dlaczego tytułowy bohater miał blizny. Nie mam zamiaru zapoznawać się z kolejnymi opasłymi księgami, w których nic się nie dzieje... Jest to dla mnie męczarnia, strata czasu. Nie mniej jednak jestem ciekawa zakończenia historii. Może kiedyś jak już ochłonę, dam jeszcze szansę następnym tomom.





          Tytuł: ,,Pięćdziesiąt twarzy Greya"
          Autor: E. L. James
          Okładka: miękka
          Ilość stron: 608
          Rok wydania: 2012
          Tom 1
 Poniżej mój bardzo krytyczny opis.

        Dwie przyjaciółki kończą studia. Anastazja, która woli, aby na nią mówić Ana, mieszka u Katy. Anastazja uważa, że Katy jest piękną kobietą – ideałem; natomiast mimo iż sama jest śliczną dziewczyną, nie docenia swojego perfekcyjnego wyglądu.
     Ana jest wyjątkowa... Oprócz nienagannej aparycji, ma kolejny atut - to jedna z najlepszych uczennic w szkole. Dodatkowo, studentka pracuje w sklepie ogrodniczym. W domu pojawia się zawsze późnym wieczorem, uczy się parę chwil i o 22 jest już gotowa, by iść spać. Anastazja ma również czas na ugotowanie zupy czy ploteczki z Katy. Sama je niedużo, w związku z czym ma rewelacyjną figurę. Jej ulubione śniadanie jest typowo amerykańskie: naleśniki z syropem klonowym i bekonem plus herbata. Ana ma również dwóch przystojnych wielbicieli, którzy są w niej zakochani do szaleństwa. Natomiast mama Anastazji jest w związku z czwartym mężczyzną (mieszkają na drugim końcu USA). Ojciec Any zmarł, gdy dziewczynka była mała, więc to do męża matki numer 2 - mówiła tato. 
        Katy nie pracuje, ale prowadzi popularną gazetkę studencką, której jest redaktorem naczelnym. Pewnego dnia dziewczyna budzi się poważnie chora – ma katar, czerwony nos, kicha, prycha. Tym samym, dramatyczny stan - uniemożliwia jej wyjazd na umówiony już pół roku wcześniej wywiad z szalenie bogatym i nieziemsko przystojnym Christianem Grey'em (najważniejszą osobą w świecie biznesu). Spotkanie ze znanym przedsiębiorcą było marzeniem Katy, niestety choroba krzyżuje jej plany. Co postanawia redaktor magazynu studenckiego? Nie, nie wydaje polecenia innym kolegom - z którymi pracuje przy powstawaniu gazety, aby ją zastąpili. Przebojowa dziewczyna prosi Anę, by ta pojechała za nią przeprowadzić wywiad. Początkowo przyjaciółka nie chce się zgodzić, ale po namyśle, wsiada do samochodu i udaje się na spotkanie z tytułowym bohaterem. Kiedy studentka przybywa na umówione miejsce, przypomina sobie, że nie wie, kim jest osoba, z którą ma rozmawiać (zapomniała sprawdzić ile biznesmen ma lat, czym się zajmuje), na dodatek Katy nie dała jej biografii Grey'a. Anastazja nawet nie ma pojęcia jak wygląda znany multimiliarder.  
        Konfrontacja twarzą w twarz pomiędzy dwójką głównych bohaterów, okazuje się być przełomem. Zarówno Anę jak i Christiana przeszywają prądy elektryczne, dreszcze emocji. Wizja romansu wydaje się być nieunikniona. Kolejne spotkanie zakochanych jest przypadkowe (jak wszystko w tej książce), ponieważ biznesmen wstępuje do sklepu, w którym pracuje Anastazja. Dziewczyna również całkiem przypadkowo przypomina sobie, że Katy chciała dodać do magazynu studenckiego sesję fotograficzną z Grey'em. Multimiliarder zostawia Anie swój numer telefonu, umawiają się na kolejne posiedzenie (kawa – herbata). 

        Wszyscy domyślają się zapewne jaki jest dalszy ciąg tej lukrowanej historii. W tym miejscu mogłabym zakończyć swoją opowieść na temat książki. Jeśli jednak ktoś jest jeszcze ciekawy, jak potoczyły się losy dwójki bohaterów, zapraszam na poniższy opis (A co! Jak już krytykuję, to do końca!) Uwaga – spoileruję!

         Po kilku dniach Christian zabiera nową ,,przyjaciółkę” na weekend do Seattle. Podróżują odrzutowcem, ponieważ Grey ma od 4 lat licencję pilota. Po dotarciu na miejsce, biznesmen daje Anastazji umowę, z której wynika, że ich dalsza znajomość może istnieć, jedynie jeśli ona zgodzi się być jego ,,uległą” numer 16 (oznacza to, że dziewczyna nie może się mu w niczym przeciwstawiać). Zgodnie z regulaminem studentka ma spać 8 h dziennie. Co więcej, musi jeść 4 posiłki dziennie, nie wolno jej pomiędzy nimi nic podjadać - ewentualnie owoce (gdyby przytyła nie byłaby już tak atrakcyjna, Christian nie mógłby się nią interesować – wszak najważniejsza jest u kobiety figura). Ana powinna ćwiczyć 4 razy w tygodniu z osobistym trenerem. Oczywiście najważniejszy w ich oryginalnym związku byłby seks z użyciem m.in. kajdanek czy pejczów. Dziewczyna jest zdezorientowana! Nie wie, co ma robić! Pragnie Grey'a, który jest dla niej wymarzonym ideałem (inteligentny, bogaty, wysportowany, niemożliwie przystojny – najbardziej pożądany na świecie 27 letni kawaler), ale z drugiej strony panna Stelle nie jest pewna, czy ma chęć być ,,uległą”.
          Główna bohaterka idzie z Katy do baru, aby świętować zakończenie nauki. Anastazja ma słabą głowę, w okresie studenckim nigdy nie piła alkoholu (jedynie czasem z przyjaciółką tanie wino). W pubie dziewczyna zamówiła (aż) 2 Margarity, co skutkuje niemożnością utrzymania równowagi przez kobietę! Bardzo pijana Ana dzwoni w środku nocy do Christiana, który przyjeżdża po kilku minutach. Jeden z wielbicieli Anastazji, pragnie pocałować ukochaną wbrew jej woli. Na szczęście na czas pojawia się Grey! Zabiera prawie nieprzytomną Anę do samochodu, która nie może przestać wymiotować. W tym samym czasie – brat Christiana zabawia się w barze z Katy (świat jest wszak mały, więc nic dziwnego, że wszyscy się znają).
         Biznesmen spędza noc z Anastazją w hotelu. Okazuje się, że mężczyzna po raz pierwszy spał z kobietą w łóżku (zawsze omijał ten mebel). Ana jest powodem mętliku w głowie Grey'a. Nowością dla Christiana jest seks waniliowy (bez użycia zabawek). 
         Przystojniak kupuje wybrance samochód – mercedesa. Anastazja może w końcu w swoim nowym aucie jeździć w szpilkach, bo w jej starym Garbusie - dziewczyna musiała prowadzić na boso! (Na marginesie.. zna ktoś kierowcę podróżującego bez butów? Swoją drogą sterowania w butach na szpilce również sobie nie wyobrażam) Grey sprawia chętnie radość Anie również poprzez zakup dla niej drogocennych książek. Kluczową postacią w lekturze jest także osobisty szofer - asystent głównego bohatera. Taylor to były wojskowy i nie odstępuje swojego pana na krok, reaguje na każde jego skinienie, a wykonywanie różnych dziwnych poleceń (np. wybór bielizny dla Anastazji) to dla niego codzienność.
       Kolejny fragment książki był niezwykle zabawny (ma autorka poczucie humoru, oj ma!). Christian prosi swoją dziewczynę, by ta sprawdziła na komputerze elementy ich umowy. Ana z rozbrajającą szczerością stwierdza, że nie posiada takiego sprzętu, gdyż nigdy nie był jej potrzebny. Jestem jeszcze w stanie zrozumieć, że kiedy Anastazja ma chęć, to po prostu pożycza laptopa od Katy (może jest staroświecka, nie dotyczy jej uzależnienie od Internetu, które nagminnie można zauważyć szczególnie u młodych ludzi). Tak więc kurier przynosi Anie cacko najnowszej generacji – prezent od Grey'a. Kobieta jest zaskoczona... a do czego posłuży jej takie urządzenie? :D Odpowiedź jest prosta... do pisania e-maili z jej wybrankiem. Anastazja zauważa niewielki problem... przecież ona nie ma adresu internetowego :D Kurier uświadamia dziewczynie (20 + ), że jej pan już założył Anie własnego e-maila (szok!). Kobieta szlocha ze szczęścia... nie może uwierzyć, że spotkał ją taki zaszczyt – prywatna skrzynka pocztowa :D Posiadanie e-maila.. hoho, toż to wyróżnienie w dzisiejszych czasach. Również płakałam podczas czytania tego fragmentu, ale raczej z głupoty książki. Autorka musiała napisać ją pod wpływem silnych substancji odurzających. Czy pisarka wie jak wyglądają studia? Obecnie każdy uczeń musi mieć własną skrzynkę internetową.. Być może lektura została przypadkowo nazwana erotykiem? Ja bym ją zakwalifikowała bardziej do gatunków komediowych i fantastycznych.

Zastanawiałam się czy nie przerwać kartkowania słynnego bestsellera. Ale ciekawość zwyciężyła. Rozmyślałam, jakie zabawne wątki wplotła do książki jeszcze E. L. James. Długo nie musiałam czekać na kolejne komediowe fragmenty.

       Anastazja otrzymuje od swojego sponsora kolejny prezent – telefon. Dziewczyna.. nie przywykła do używania komórki, nie jest jej potrzebna :D (młodzież rzadko kiedy używa takiego sprzętu, czyż nie?) Zdarza się, że Ana zagląda na ekran telefonu dopiero pod wieczór. Za każdym razem zauważa, że ma mnóstwo sms-ów i nieodebranych połączeń od Christiana. Nie jej wina, że nie ma w zwyczaju trzymać w pobliżu siebie komórki!
         Zazwyczaj jednak główni bohaterowie przesyłali sobie e-maile. Z zasadzie... pisali do siebie - co chwilę! Ich wiadomości były tak idiotyczne, że przewijałam je z zażenowaniem. Kiedy tylko Anastazja napisała do wybranka krótki tekst, przystojniak odpisywał po paru sekundach (zawsze miał czas, nawet jeśli znajdował się wówczas na zebraniu w pracy). Czasem e-maile były długimi wypracowaniami na kilka stron A4. Przed wyjściem do pracy, Ana wysyłała do kochanka tyle wiadomości (wszystkie treści informowały, że zbiera się do wyjścia), iż nie mogłam się już doczekać, kiedy dziewczyna znajdzie się już poza domem! E-maile były oryginalne, bo cechowały je tytuły: ,,Panie Grey”, ,,Panno Stelle”, które podniecały głównego bohatera. Poza tym umowa pomiędzy parą stanowiła, że Anastazja musiała mówić do biznesmena ,,Proszę Pana”.
         Nie dziwi również fakt, że Christian był znakomicie zorganizowanym człowiekiem, zawsze na wszystko miał czas. Bez problemu realizował swoje największe pasje: ćwiczył na siłowni, grał na fortepianie, prowadził firmę, udzielał wywiadów, spotykał się z Aną – mężczyzna idealny (gdyby nie ta druga - ciemna strona). Poza tym, Anastazja ciągle nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że tak szybko ją odnalazł, kiedy była pijana – a może on ją śledził!? (biedna dziewczyna.. również obca jej była znajomość systemu, który namierza telefony komórkowe).
           Ana uwielbia ,,przewracać oczami”. To nie podoba się Grey'owi, który wymierza Anastazji bolesne kary (klapsy ręką w pupę bądź bicie pasem). Kobita nie jest zachwycona jego zachowaniem, więc ucieka do matki na drugi kraniec kontynentu. Chce tam sobie wszystko spokojnie przemyśleć. Biznesmen oczywiście rezerwuje jej w samolocie lot pierwszą klasą. Wypoczynek Any trwa u (bardzo długo niewidzianej) mamy aż 4 dni. Zaraz po dotarciu na miejsce, dziewczyna dochodzi do wniosku, że bardzo tęskni za Christianem. Nie tracąc ani chwili, Anastazja postanawia napisać do ukochanego e-maila, który jest porównywalnie tak długi jak dzieło Sofoklesa ,,Antygona”. Zazdrość Grey'a o wybrankę jest ogromna, nie może wytrzymać bez niej kilku dni i przylatuje do kochanki odrzutowcem. Ana nie mając żadnych wyrzutów sumienia, opuszcza matkę, z którą nawet nie zdążyła porozmawiać (nie ma czego żałować, pewnie znowu zobaczą się za kilka lat). Anastazja ma ciekawsze zajęcia, np. lata szybowcem z Christianem, który pilotuje podniebną maszyną.
               Główna bohaterka jest pewna, że zakochała się w swoim sponsorze, zdaje sobie sprawę z tego, że jej wybranek jest psycholem. Ona jednak chce od niego ,,czegoś więcej”. Grey ma mroczną przeszłość. W wieku 4 lat był na pogrzebie swojej prawdziwej matki, która zmarła pogrążona w prostytucji i narkomanii. Przybrani rodzice adoptowali Christiana i jego rodzeństwo. Siostra biznesmena – Mia - jest rówieśniczką Any (23 lata).  
               Kiedy Grey miał 15 lat, uwiodła go koleżanka jego przyszywanej mamy. Chłopak był przez 6 lat jej ,,uległym”, co bardzo mu się podobało. Przystojniak jest zadowolony ze związku ze starszą kobietą; twierdzi, że to ona nauczyła go jak egzystować w świecie pełnym agresji, gdyby prowadził inny tryb życia, mógłby skończyć jak jego rodzicielka. Christian do tej pory utrzymuje przyjacielskie kontakty z ową panią Robinson, która jest również jego partnerką w interesach. Opiekunka Grey'a nie miała pojęcia o romansie syna. O tej tajemnicy dowiedziała się jako pierwsza Anastazja, którą zdegustowała wizja tak chorego układu. We wspomnieniach Christiana pojawia się również mąż byłej partnerki, który na wieść o zdradzie żony, zażądał rozwodu. 
         Mężczyzna nie chce przyznać się Anie, dlaczego jego ciało pokryte jest bliznami od przypalanych papierosów (ta kwestia również i mnie najbardziej ciekawi, niestety odpowiedzi w tym tomie nie znalazłam). Grey' nie pozwala się dotykać – to jego granica bezwzględna. Anastazja wyznaje miłość ukochanemu, Christian jest w ciężkim szoku. Dziewczyna pod wpływem chwili, porzuca go i odchodzi do kolejnego mieszkania Katy, które zostało zakupione przez jej rodziców. Btw. Przyjaciółka Any ma przystojnego i inteligentnego brata (jemu również podoba się Anastazja), który przez rok zajmował się jedynie podróżowaniem w Europie. Na końcu powieści dowiadujemy się, że Ana otrzymała staż w wymarzonym wydawnictwie.

            Głównej bohaterki nie byłam w stanie polubić. Była dla mnie płytką, przerysowaną postacią; nudziła i denerwowała. Miałam wrażenie, że jest osobą nieco nierozgarniętą, żyjącą w swoim świecie. Jej powtarzające się nagminnie teksty: ,,O święty Barnabo”, ,,Moja wewnętrzna bogini seksu..”, przyprawiały mnie o ból głowy. Do tego nieustannie gryzła wargę i przewracała oczami (sic!). Tytułowy mężczyzna również nie skradł mojego serca. O autorko! Wybacz, ale takie osoby nie istnieją... Kawaler z pierwszych stron gazet, w którym kochają się wszystkie kobiety, flirtuje z dziewczyną mówiąc: ,,Grosik za pani myśli”! Ta lukrowana i przesadnie nagłaśniana historia nie miała prawa powstać. Ubogi język pisarki jest nie do przyjęcia! W jaki sposób ten najgorszy erotyk na kuli ziemskiej, zaistniał w świecie medialnym? Co się w nim ludziom podoba – banalny styl autorki czy tandetna opowieść? Nie potrafię zrozumieć.. Jedyne osoby w książce, które poniekąd przykuły moją uwagę to: Katy, która nie przepada za Christianem i natychmiast rozgryza jego osobowość oraz jej chłopak Elliot Grey (brat kochanka Anastazji). Tło akcji jest tak cukierkowe, że aż nie do wytrzymania - wszyscy są piękni, bogaci i mają szczęście. Czytałam wiele powieści o takiej tematyce, jednak żadna nie drażniła mnie aż tak jak dzieło E. L. James. Moja ocena lektury to 2/10.

        Mimo wszystko jestem ciekawa, jak potoczyły się losy głównych bohaterów. Niestety, mam jednak pewność, że moja podświadomość nie zniesie kolejnych dwóch tomów, które byłyby zapewne następną męczarnią. Fabuła erotyku nie różni się niczym od książek dla nastolatek, dodano tu jedynie kilka pikantnych scen. Dlaczego akurat ta trylogia odniosła na rynku czytelniczym wielki sukces? Język, jakim posługuje się autorka jest na poziomie szkoły podstawowej. Podczas czytania wielu fragmentów, śmiałam się z zażenowania i zamykałam książkę, gdyż nie mogłam już nawet patrzeć na ten pełen paradoksów tekst. Ostatni raz miałam taki ubaw, kiedy wypożyczyłam 4 część sagi ,,Zmierzch” (1 tom mi się podobał, 2 był jeszcze niezły, 3 doczytałam już z większą trudnością, ale 4 nie powinien się nigdy ukazać). Pamiętam, że przez pół godziny nie mogłam przestać rechotać, mając przed sobą fragment historii, gdy Bella spośród dwójki wielbicieli – wybrała wampira Edwarda. Urodziła dziecko partnerowi, na wskutek czego - Jacob (zakochany wcześniej do szaleństwa w Izabelli), doznał tzw. wpojenia i pomimo że był w wieku Edwarda zapałał miłością do córki byłego rywala. Kiedy wampir powiedział do dawnego przeciwnika ,,synu”, dostałam głupawki. Miałam problemy z dalszym czytaniem lektury, ponieważ nie mogłam się skupić na tej bzdurnej historii – dla mnie był to bełkot.
        Przepraszam Was za moje długie przemyślenia w stosunku do książki, ale jestem na świeżo po jej lekturze, więc targa mną mnóstwo emocji. Jest to moja pierwsza recenzja na blogu, więc proszę o wyrozumiałość. Mam nadzieję, że kolejne notki będą krótsze :) Ciekawa jestem czy ktoś z Was czytał ten erotyk? Jakie są wasze opinie? Pozdrawiam!